Czas na nowości!

Jeżeli podobał Ci się klimat bloga K8away, może spodoba Ci się również mój zupełnie nowy blog?

Zapraszam serdecznie na kasiarowny.pl!

Tematyka będzie trochę inna niż tutaj, głownie dotycząca mojej pasji, czyli kosmetyki naturalnej. Będzie też na pewno trochę o podróżach i lajfstajlu. Warto zajrzeć 😉

Zapraszam też na Facebooka!

Komentarze

comments

O Sympozjum, baseballu oraz kilku [bardziej lub mniej planowanych] nocnych niespodziankach

Dziś niedziela, koniec spokojnego weekendu – zasłużonego odpoczynku po szalonych wydarzeniach ostatniego tygodnia. Muszę to wszystko spisać, żeby oczyścić umysł. Poza tym w następnych dniach szykują się kolejne przygody (California), także przyda się podsumować wcześniejsze zdarzenia.

Ostatnie tygodnie sprowadziły się do jednego – przygotowań do Sympozjum, które zorganizował dla nas pan Zygmunt Derewenda, który jest pomysłodawcą i organizatorem Visiting Research Graduate Traineeship Program już od 10 lat. Wszystkie osoby, które brały udział w naszej wymianie w tym roku (razem 12), prezentowały swoje projekty i wyniki.

Nad swoją prezentacją pracowałam w sumie całkiem długo, bo ponad tydzień przed Sympozjum miałam już przedstawić ją (na próbę) przed moim labem. Było to dosyć bolesne przeżycie – wystarczy powiedzieć, że dyskusja nad moją 15 minutówką trwała 1,5 h. No, ale otrzymałam bardzo dużo cennych porad i wskazówek, do których skwapliwie się zastosowałam. Było w tym baaaaardzo dużo nauki – nigdy wcześniej nie prezentowałam niczego poważnego w tak krótkim czasie. Przedstawienie podstaw teoretycznych zagadnienia w taki sposób, żeby ludzie o różnej wiedzy zorientowali się o co chodzi, następnie opowiedzenie o eksperymentach i wynikach, podsumowanie i podziękowania – zmieścić to wszystko w 15 minutach to naprawdę wyczyn. No i każdemu polecam robienie próbnych prezentacji przed publicznością – uwagi są bezcenne.

W końcu przyszedł czwartek, nasz wielki dzień. Ja byłam chyba w najlepszym położeniu – prezentowałam druga, czyli nie pierwsza (wiadomo – stres), ale szybko mogłam się odstresować. W ostatniej z czterech sesji miałam jeszcze za zadanie przedstawiać kolejnych spikerów, ale to oczywiście nie było aż tak stresujące. Pod koniec całego sympozjum odwiedziła nas pani dziekan UVa School of Medicine, co było bardzo miłe, bo nie dość, że dodało nam +50 do prestiżu, to jeszcze mogliśmy poznać tę fantastyczną osobę.

Podsumowując – całe wydarzenie sporo nas kosztowało emocjonalnie, ale wszystko udało się bardzo dobrze. Przetrwał nawet Chris, który jest informatykiem, ale wysiedział w zamknięciu pół dnia jako nasze wsparcie 🙂 We mnie został jednak pewien niedosyt – z powodu ograniczonego czasu, nie mogłam powiedzieć tego, co najbardziej chciałam przekazać – ile różnych umiejętności zdobyłam czy ulepszyłam przez ostatnie 10 miesięcy i to na bardzo różnych polach. Może na pociechę napiszę o tym osobną notkę, żeby moje spostrzeżenia nie przepadły.

Bardzo mi było przyjemnie, kiedy pan Zygmunt publicznie docenił mój wkład w nawiązanie współpracy z Polsko-Amerykańską Komisją Fulbrighta, organizacją, przyznającą bardzo prestiżową stypendia w ramach naukowej wymiany między Polską a USA. Dzięki pomocy ze strony Komisji, udało się nawiązać współpracę z kolejnymi polskimi uniwerkami (bardzo to dziwne, ale to właśnie był etap limitujący!) i dzięki temu więcej studentów będzie mogło skorzystać z naszego programu. To dla mnie naprawdę duża satysfakcja!

Zjedliśmy pyszny lunch i rozeszliśmy się. To jednak nie był koinec wrażeń. Powiedziałabym, że raczej początek…

O 18:30 pan Zygmunt zaprosił nas na kolację. Poszliśmy do bardzo fajnej restauracji Himalayan Fusion, gdzie mieli przepyszne jedzenie z Indii i okolic (lamb!!!!<3) oraz obłędne mango mojitos. Coś czuję, że będziemy tam wracać… 😉

Około 20 wraz z Martą i Beatą wyszłyśmy z restauracji. Była piękna letnia noc, aż szkoda było chować się w jakichś wnętrzach, więc poszłyśmy do parku i patrzyłyśmy w gwiazdy. Wszystko było idealne, ale ja trochę się denerwowałam. A to dlatego, że od kilku dni planowałam niespodziankę urodzinową dla Betti. Co prawda jej uro były w piątek, ale z kilku powodów stwierdziłam, że czwartek pasuje o wiele lepiej.

Dołożyłam wszelkich starań, żeby wszystko było jak najlepiej przygotowane i zorganizowane – razem z Chrisem zrobiliśmy potrzebne zakupy, zapakowaliśmy prezenty, przygotowaliśmy kartkę (razem z długopisem!) do podpisania dla wszystkich gości, zamówiliśmy najlepszy tort w całym mieście… No, ale w decydującym momencie naszym zadaniem było dostarczenie jubilatki na czas, nie mieliśmy wpływu na to, jak ostatecznie będzie wyglądało miejsce imprezy. Akcja rozegrać się miała w całkiem niesamowitym miesjcu – na wzgórzu, gdzie znajduje się obserwatorium UVa. Jest tam bardzo klimatycznie, głównie dlatego, że prawie zupełnie ciemno.

Wróćmy do sytuacji w parku. Siedziałyśmy sobie tam we trzy w radosnej atmosferze, zachwycając się pięknem świata. Niedługo dołączył do nas Chris. W tym momencie miała miejsce pierwsza niespodzianka wieczoru, bo odśpiewałyśmy dla niego Sto lat i wręczyłyśmy zaległe urodzinowe prezenty. We czwórkę wybraliśmy się na drinka do baru, który nie ma sufitu.

Wszyscy byliśmy już naprawdę zmęczeni, w ramach relaksu popijaliśmy drinki i dalej patrzyliśmy w gwiazdy. I to było bardzo, bardzo sprytne. Sprowadziłam rozmowę na ten temat – jakie piękne gwiazdy, bezchmurne niebo, znam miejsce, które jest stworzone do star gazingu. Od słowa do słowa stwierdziliśmy, że wycieczka na Observatory Hill to świetny spontaniczny pomysł.

Nie wierzyłam własnemu szczęściu, nie przypuszczałam, że tak łatwo uda się Betti zaciągnąć w tak dziwne miejsce. Kiedy byliśmy już niedaleko, daliśmy znać osobom, które już były na miejscu, że niedługo dotrzemy. Ciągle byłam trochę zaniepokojona. Mimo dokładnych instrukcji moi pomocnicy mogli o czymś zapomnieć. Wkrótce przekonałam się, w jak dużym byłam błędzie.

Poprowadziliśmy zdezorientowaną Betti przez ciemne pustkowie. Kiedy skręciliśmy za budynek, ukazał się nam widok iście bajkowy. Ekipa niespodziankowa zrobiła niesamowitą robotę aranżując przestrzeń. Ułożyli ścieżkę ze świeczek, która prowadziła do stołu, na którym pięknie ułożono dwa torty (Łukasz i Marta też jeden zamówili nie wiedząc, że dublują), talerzyki, kubeczki, snacki, świeczki, kwiaty, baloniki z helem… Całość wyglądała naprawdę wspaniale w tej ciemności.

Bardzo już zmęczona i zaskoczona Beata zalała się łzami (kochana 🙂 ). Przez jakieś 15 minut zajmowaliśmy się otwieraniem prezentów, wyściskiwaniem jubilatki, obwieszaniem się glowing sticks i przygotowaniami do jedzenia wszystkich pyszności.

Wszystko przebiegało pięknie, w idealnie urodzinowej atmosferze, kiedy nagle usłyszałam przeraźliwy krzyk. Odwróciłam się i zobaczyłam, że stolik przewrócony jest do góry nogami, torty zmiażdżone, wszystko rozsypane, a wszyscy obecni mają szok wymalowany na twarzach. Jakiś mężczyzna świecił latarką i krzyczał jak zacięta płyta „get the fuck out of here!”. Był naprawdę BARDZO przerażający. Kazał nam wszystko zbierać i się wynosić. Kiedy przytomnie zauważyłam, że ciężko jest posprzątać tort, który rozgniótł na trawie, powiedział, że ma cierpliwość (sic!).

Cała akcja brzmi dosyć komicznie, ale naprawdę nie było nam do śmiechu. Tego człowieka nie było zupełnie widać w ciemności, zakradł się i bez ostrzeżenia, z pełną furią uderzył stolik. Nikt nawet nie wdał się z nim w dyskusję, biła od niego agresja (chociaż aż nas nosiło, szczególnie chłopców i mnie). Nie wiem co tak bardzo zirytowało go w grupce 9 czy 10 osób kulturalnie spędzających czas, ewidentnie świętujących urodziny (balonik Happy Birthday, torty), nie spożywających nawet alkoholu (jeszcze nie zdążyliśmy ;))… Chyba się tego nie dowiemy. Nawet, jeśli w jakiś sposób złamaliśmy zasady, to wydaje mi się grubą przesadą takie zachowanie, a przede wszystkim niszczenie naszego mienia (szczególnie ekskluzywne torty, RIP).

Nie mając wyboru zwinęliśmy manatki i przenieśliśmy imprezę do mieszkania Chrisa. Wróciliśmy do zabawy, zjedliśmy to, co się dało uratować z czekoladowego ciasta (marcepanowe Princess Cake przepadło), wypiliśmy jakieś drinki, posłuchaliśmy muzyki… Wszystko pięknie, chociaż ciągle pozostał niesmak. Szczerze mówiąc, poczucie bezpieczeństwa do tej pory mamy trochę zaburzone.

No, ale najważniejsze, że niespodzianka udała się w 100%, Beatka miała swoją noc, a jak dobrze pójdzie, za jakiś czas ta historia stanie się legendą i będzie wywoływać tylko uśmiech na naszych twarzach. Tak to już jest z takimi wydarzeniami.

W piątek przyszedł czas na nasz pierwszy mecz baseballowy! Sport ten ma to do siebie, że przez dłuższe chwile nie dzieje się nic ciekawego, ale kiedy już jest akcja, to naprawdę dynamiczna. A przede wszystkim, cała rozgrywka jest bardzo przyjemna dla oka. Wynika to chyba z ciekawego kształtu boiska, przepięknych strojów zawodników oraz bardzo wyrafinowanych póz, jakie przyjmują pałkarze. Zdjęcia jak zwykle w galerii poniżej.

Najbliższa przyszłość maluje się w barwach jaskrawych – już w środę wylot do San Francisco! Jupiiii! 😀 Relacja i zdjęcia oczywiście po powrocie, stay tuned!

K8

Komentarze

comments

O tym jak siostry spotkały Generała

P1110051

Ta historia sięga daleko wstecz. Nawet bardzo daleko.

Otóż przy różnych okazjach, w których konieczne jest podanie nazwiska (typu wizyta u dentysty), członkowie mojej rodziny byli pytani o pokrewieństwo z amerykańskim generałem Rownym [rałnim]. Bywało to trochę krępujące, ponieważ nikt z rodziny nie miał na ten temat żadnych informacji. Z jednej strony – nazwisko to samo, a wcale nie tak pospolite. Z drugiej – jak by miało to pokrewieństwo wyglądać? Sprawa stała się czymś w rodzaju inside joke między mną, mamą i siostrami.

Temat niespodziewanie powrócił, kiedy wyjechałam do Stanów. Moja mama zgadała się ze swoją przyjaciółką, której mąż zajmuje się produkcją filmów. Okazało się, że Generał faktycznie istnieje, mieszka w Waszyngtonie (ma to sens) i mimo podeszłego wieku (97 lat!), prowadzi aktywne życie, wydaje nowe książki i być może powstanie o nim film dokumentalny.

Pierwsze co zrobiłam, to oczywiście googlowanie. Jedno spojrzenie na zdjęcie Generała powiedziało więcej niż tysiąc słów – podobieństwo do mojego dziadka Zygmunta jest niekwestionowane. Notka w Wikipedii dała kolejne wskazówki – rodzina Generała pochodzi dokładnie z tego samego regionu, co nasza. Pomyślałam, że to nie może być przypadek.

Jakiś czas później dostałam (również przez mamę) kontakt do pani Celiny Imielińskiej, która zna się z Generałem i bardzo aktywnie promuje pomysł nakręcenia o nim filmu biograficznego (według mnie na podstawie jego kariery można by spokojnie nakręcić hollywoodzki film akcji). Kilka maili później miałam już osobisty adres email Generała Edwarda Rownego.

Syn Generała, Peter, który zajmuje się genealogią rodziny, nie znalazł bezpośredniego pokrewieństwa z naszą gałęzią Równych. Ok, przyjmuję to do wiadomości, chociaż chyba przyznacie, że dowody są mocne? 🙂 Mimo wszystko Generał wyraził zainteresowanie spotkaniem. Kiedy okazało się, że do Waszyngtonu przyjedzie moja siostra, dołożyłam starań, żeby umówić tak, byśmy obie mogły wziąć w nim udział.

Przechodząc do konkluzji – spotkanie miało miejsce w sobotę! Było to niesamowite doświadczenie.

Generał mieszka w specjalnym kompleksie apartamentów, przeznaczonych dla weteranów amerykańskiej armii. Wybraliśmy się tam całą zgrają – ja, Paulina, Kasia – jej współtowarzyszka podróży oraz nasi waszyngtońscy gospodarze Christine i Victor. Miejsce jest naprawdę malownicze, położone w pobliżu lasu, eleganckie. Zapowiedzieliśmy wizytę w recepcji.

Początkowo do mieszkania Generała poszłam tylko ja z Pauliną. Przywitała nas asystentka Generała, a w końcu pielęgniarka przyprowadziła jego samego. Mimo iż Generał porusza się na wózku, siedzi dostojnie, po żołniersku wyprostowany. Ubrany był niezwykle schludnie i elegancko (zobaczcie sami na zdjęciach!). W połowie lat 90′ stracił wzrok, ale wciąż bardzo dobrze słyszy. Nie było problemów z rozmową, mówił jasno i z humorem, czasem tylko lekko się zacinając. Spotkanie trwało około 40 minut. Przez ten czas trochę to my opowiadałyśmy o nas i polskich Równych, to Generał mówił o swojej rodzinie i niezwykłej karierze. Każda z nas otrzymała też egzemplarz najnowszej książki Generała, wydanej – uwaga, uwaga – w zeszłym roku! Powstają już dwie kolejne.

Edward Rowny urodził się w 1917 roku w stanie Maryland. Jedno z moich pierwszych pytań dotyczyło pierwszej wizyty w Polsce. Wyobraźcie sobie, że było to w 1936 roku! Przyczyną było otrzymanie stypendium kościuszkowskiego na studia w Krakowe. Przy okazji młody Edward Równy podróżował sporo po całej Europie. Brał również udział w Olimpiadzie w Berlinie. Opowiadał, jak patrząc na demonstrację sił niemieckich nazistów, zrozumiał, że będzie wojna. To ostatecznie zmotywowało go do powrotu do USA i wstąpienia do Akademii Wojskowej West Point.

Po ukończeniu szkoły (studia inżynierskie na Johns Hopkins University, militarne w West Point, następnie też stosunki międzynarodowe na Yale, oraz doktorat na American University), Edward Równy zrobił niesamowitą karierę w amerykańskiej armii. Brał udział w wydarzeniach II wojny światowej, wojny w Korei, Wietnamie, a także w negocjacjach w sprawie broni nuklearnej w okresie zimnej wojny  z ZSRR. Doradzał pięciu kolejnym amerykańskim prezydentom (Nixon, Ford, Carter, Raegan, Bush).

Paulina zapytała się co było najtrudniejsze w funkcji głównego negocjatora w sprawie broni nuklearnej. I tu znowu zaskakująca odpowiedź – jakże szczera. Generał stwierdził, że same negocjacje – Rosjanie mówili świetnie po angielsku, znali amerykańską kulturę, zwyczaje, słabe strony rywala. Delegacja amerykańska podeszła do tematu bardziej arogancko, bez dobrego przygotowania. Nie jest aż tak ciężko w to uwierzyć…

Bardzo długo mogłabym ciągnąć tę opowieść – powstała o niej niejedna książka. Z interesujących wątków polskich – Generał osobiście sprowadził szczątki Ignacego Jana Paderewskiego do Polski w 1992 roku oraz ufundował stypendium dla polskich studentów na studia w Georgetown University, który specjalizuje się w nauczaniu stosunków międzynarodowych.

To spotkanie na pewno będę zaliczać do szczególnych momentów mojego pobytu w Stanach. To wspaniały zbieg okoliczności, że mieszkam akurat w okolicach Waszyngtonu, a połączenia z Generałem mama namierzyła akurat teraz – też całkiem przypadkiem. Pod koniec naszej wizyty, zaprosiłyśmy resztę naszej kompanii, żeby Victor mógł zrobić kilka zdjęć. Na nich również dostojna postać i bystry umysł Generała zrobiły duże wrażenie.

Po raz kolejny przekonałam się, że życie jest pełne szalonych i interesujących zasobów. Należy do nich sięgać, czerpać całymi garściami i wyciągać samą mądrość. Obcowanie z prawie stuletnim dalekim krewnym nasunęło mi jeszcze inną myśl – chciałabym w jego wieku mieć tak samo dużo niezwykłych historii do opowiedzenia. Mam nadzieję, że odziedziczę ten Równy gen długowieczności (mój dziadek też trzyma się świetnie!). No, i już trochę wiadomo, skąd ostatnie pokolenia Równych, w tym 3 młode Równinki mają zapędy podróżnicze. [Już ojciec Generała miał w sobie ten motorek i jeździł m.in. do Afryki, on sam prowadził różnej natury misje na całym świecie].

Oto album ze zdjęciami z weekendu w DC – wspaniałe towarzystwo Christine, Victora, Kasi i Pauliny, kwitnące wiśnie, oglądanie malutkiej pandy, podrywanie Marines, spóźnienie na poranny autobus do Charlottesville… Kolejny pamiętny weekend.

Komentarze

comments

NYC po raz trzeci oraz Wielkanoc pełna przygód

Kolejny raz zamieszczam post z dużym opóźnieniem (2 tyg!). Podejrzewam, że życie będzie galopowało już tylko szybciej aż do lipca, co jest równie przerażające, jak ekscytujące.

Ostatnie dwa weekendy były pełne wrażeń.

W połowie kwietnia zorganizowałyśmy prawdziwie babski wypad do Nowego Jorku. Ja, Beata, Marta i Liz zarezerwowałśmy bilety na  Les Miserables, wsiadłyśmy w samochód i ruszyłyśmy w drogę. Poszło gładko, przyjechałyśmy bez zatrzymania.

Liz nocowała u znajomych w Jersey City, więc pierwszy raz miałyśmy okazję zobaczyć panoramę Manhattanu z tej strony. Wygląda pięknie, a Statua Wolności chyba z żadnej strony nie jest tak blisko lądu.

W sobotę spędziłyśmy przemiły dzień z Christianem, który po raz kolejny gościł nas u siebie, oraz Bobem. Połaziliśmy po mieście, zrobiliśmy dużo ładnych zdjęć, w ramach lunchu urządziliśmy piknik w Central Parku, oraz wybraliśmy się na przejażdżkę wiszącym ponad rzeką tramwajem na Wyspę Roosvelta.

Wieczorem przyszedł czas na gwóźdź programu czyli Brodway show! Niektórzy czytelnicy może pamiętają, że podczas pierwszej wizyty w Święto Dziękczynienia byłyśmy na Chicago. Muzykę z tego spektaklu znałam bardzo dobrze, poza tym fabuła jest lekka, ogląda się przyjemnie. Z Les Miserables historia jest trochę inna. Spektakle grane są w o wiele większym i bardziej eleganckim teatrze, występuje o wiele więcej aktorów, większa orkiestra… Więc chociaż sam musical jest całkiem smutny, to robi ogromne wrażenie! Poziom wokalny i taneczny jest wspaniały, tricki scenograficzne niezwykle przemyślane, trzygodzinny spektakl nie dłużył się ani przez chwilę. Świetna sprawa!

W niedzielę rano ja i Betti wybrałyśmy się na wycieczkę do Coney Island. Naprawdę było warto! Wystarczyło raz spojrzeć na ocean i drobniutki piasek, zaciągnąć morskim zapachem, żeby poczuć natychmiastowy relaks. Pospacerowałyśmy po plaży, a następnie Marta i Christian dołączyli do nas i wybraliśmy się na lunch. Coney Island to nieoficjalna eksklawa Rosyjska. Nie ma w tej okolicy ani śladu Ameryki. Mówi się po rosyjsku, sprzedaje się rosyjskie jedzenie, ubrania, alkohole. To całkiem interesujące przeżycie, dla mnie całkiem zabawne – takie państwo w państwie. Chociaż pewnie po zmroku było by mi mniej do śmiechu. Niesamowite, jak bardzo mało asymilują się niektóre społeczności. Jakiekolwiek mechanizmy by tym procesem nie kierowały, dla nas oznaczało to jedno – barszcz ukraiński i pierogi na obiad w Rosyjskiej restauracji.

Droga powrotna upłynęła spokojnie, pod znakiem ścieżki dźwiękowej z Frozen Disneya. Ciekawostka podróżnicza – suma skasowana przez bramki na autostradach była sporo wyższa niż koszt benzyny. W 4 osoby i tak opłaca się jechać samochodem, ale przy jednej czy dwóch autobus to chyba lepsza opcja.

To już mój trzeci raz w NYC i za każdym razem odbieram to miasto inaczej. Tym razem było zdecydowanie najmniej turystycznie, wszystko na spokojnie, bez gorączkowego planowania. Już czuję, że będzie mi ciężko pożegnać się na dobre z weekendowymi wypadami do Nowego Jorku czy mojego kochanego Waszyngtonu… Na pociechę – galeria wiosennych zdjęć.

Następny weekend był również wyjątkowy, ze względu na Święta Wielkanocne.

Szczerze mówiąc, cały natłok innych wrażeń przysłonił nam oczekiwanie na Wielką Niedzielę. Ale gdy z kilkudniowym wyprzedzeniem dotarło do nas, że idą Święta, razem z Beatą podjęłyśmy decyzję – musi być tradycyjnie! Oczywiście zadziałał tu efekt niedostępności – będąc w Polsce bierzemy pewne sprawy za pewnik, na odległość wszystko nabiera dodatkowego czaru.

Tak też się stało – w Wielką Sobotę dziarsko wybrałyśmy się do kościoła na święcenie pokarmu. No, może w rzeczywistości było to trochę bardziej nerwowe – pisanki na ostatnią chwilę (wyszły piękne!), szynka sprezentowana przez Ewelinę (polska, prosto z Chicago!), sól i pieprz w kieliszkach do wódki oraz ostatecznie fatalne spóźnienie do kościoła. Ale cóż – czy tak właśnie nie wyglądają przygotowania w każdym domu?

Oczywiście święconka to typowo polski zwyczaj (chociaż np. na Węgrzech też praktykowany), dlatego całe wydarzenie organizowane jest dla okolicznej polonii. Sama byłam zaskoczona, jak bardzo dużo przyjemności dostarczyło mi spotkanie się w tych okolicznościach ze znajomymymi Polakami – chociaż mijamy się często na korytarzach UVa. Była to także okazja, żeby poznać kilka nowych interesujących osób oraz spotkać znajomą parę lekarzy z Polski – Jacka i Basię z dziećmi jak z obrazka :).

Reszta dnia upłynęła nam na sprzątaniu i gotowaniu. Było już bardzo (baaaardzo) późno kiedy skończyłyśmy. Na niedzielę zostawiłam sobie robienie mazurka kajmakowego. Jako że na 10 zaplanowałyśmy wielkanocne śniadanie, postanowiłam wstać około 6 rano i zacząć gotować puszki z mlekiem skondensowanym. Plan wydawał się genialny w swojej prostocie – ok. 8-9 kajmak będzie gotowy. Wstałam ze dwa razy, żeby sprawdzić czy woda nie wyparowała. Wszystko wyglądało idealnie. Około 8:30 obudził mnie huk i od razu wiedziałam co się stało – jedna z puszek EKSPLODOWAŁA, rozbryzgując zawartość po CAŁEJ kuchni. Widok był równie śmieszny, co straszny. Całe szczęście, że druga puszka pozostała nietknięta i mogłam wylać nadzienie na spód z kruchego ciasta oraz ozdobić całość migdałami, rodzynkami, suszonymi morelami i żurawiną.

Prawie że punktualnie, razem z Beatą i Chrisem zasiedliśmy do uroczystego śniadania wielkanocnego. Stół wyglądał bardzo wiosennie. Tradycyjnie dominowały jajka, wędliny i sery. Była też pyszna sałatka jarzynowa z domowym majonezem Bettinki oraz chrzanowy sos wg przpisu mojej babci Teresy, który każdego roku zdobywa nowe rzesze fanów na całym świecie (już teraz oficjalnie). Przy okazji przesyłam w tym miejscu pozdrowienia i ucałowania dla babci, która należy do najwierniejszych czytelników mojego bloga i nawet odpisuje na newsletter. 🙂 Jedzonko popiliśmy pyszną gwatemalską kawą, którą sprezentował nam Chris.

Kolejnym punktem programu było odebranie ze stacji autobusowej moje siostry Pauliny i jej koleżanki Kasi. Dziewczyny, w ramach wakacji, przyjechały do Stanów na 2-3 tygodnie. Główną bazę mają w Waszyngtonie, ale zaplanowały dwudniowy pobyt w Charlottesville. Poza dużą radością, dziewczyny przywiozły same wspaniałości, przede wszystkim nieodzowny świąteczny atrybut – jajka z niespodzianką Kinder!

Około drugiej zebrałyśmy się do wyjścia. Poprzedniego dnia w kościele, Jacek i Basia zaprosili nas do swojego domu w malowniczej Dolinie Shenandoah. Najpierw Jacek zabrał nas na przejażdżkę po pięknych górach. Następnie zajęliśmy się jedzeniem wielu pyszności (to dopiero było prawdziwe wielkanocne śniadanie, a także obiad i deser) oraz rozmową. Wielkanocna Niedziela, chociaż w tym roku daleko od domu, była naprawdę piękna. Idealna wiosenna, świeżutka pogoda, wspaniałe towarzystwo (!!!! <3) oraz niezwykle pyszne jedzenie (tzw. prawdziwe). Nie pozostaje nic innego, niż ogromna wdzięczność, że życie się tak pomyślnie układa i stawia na naszej drodze cudownych ludzi. 🙂

PS. Mam nadzieję, że wszyscy to zauważyli – gelerię zdjęć można włączyć w trybie pełny ekran. Poza tym, wszystkie zdjęcia razem (do wyboru też opcja z podziałem na albumy) są tutaj.

Komentarze

comments

Richmond – miasto tatuaży, street artu i vintage shopów

Hej!

Strasznie chciałam napisać tę notkę, ale nie miałam jakoś czasu przez cały tydzień.

W zeszły weekend, razem z Beatą i Thomasem wybraliśmy się do stolicy Virginii – Richmond. Kompletnie nie wiedziałam czego się spodziewać po tym mieście. Rzeczywistość była dosyć zaskakująca.

Mimo bardzo deszczowej pogody (lało cały dzień), powitał nas bardzo energetyczny event – bieg na 10 km. Biegło chyba całe miasto, a garstka pozostałych mieszkańców miasta wyszła przed swoje domy, żeby kibicować. Ludzie rzucali biegaczom i wracającym już pieszo sportowcom butelki wody oraz piwa (?), zakładali różne przebrania i trzymali transparenty. Gapiliśmy się z otwartymi buziami 🙂

Niedługo później dotarliśmy do jednej z głównych atrakcji miasta, Virginia Museum of Fine Arts.

Bardzo ładny budynek:

20140329_120214
20140329_112253
Mój ulubiony jesienny obraz <3 oraz wczesny Picasso.

20140329_114029

20140329_110810

 

Następny punkt to Carytown. Wydawało nam się, że będzie to standardowy zakupowy deptak, ale to, co na nim znaleźliśmy przysporzyło nam mnóstwo zabawy.

Po pierwsze – sklep z sukniami na prom, czyli bal maturalny. Nasze studniówkowe szaleństwo to przy tym NIC. Sklep jest ogromny, wisi w nim na oko kilka tysięcy sukien. Aż ciężko je opisać… Są totalnie przypałowe, przerysowane, w złym guście (!!!!), a przede wszystkim zrobione z plastiku (jakby były przetopione z używanych butelek czy toreb foliowych, serio). Były tak okropne w dotyku, że nawet nie skusiłyśmy się na przymiarkę dla żartu. Zresztą – obejrzyjcie te cudeńka sami. Absolutnie rozbrajał mnie wyraz twarzy klientek. Dziewczęta przyodziane w szkaradne plastikowe suknie wydawały się wniebowzięte. Mogłabym przysiąc, że naprawdę czuły się jak księżniczki, wyjątkowe, piękne, eleganckie. No cóż, niewiele trzeba 🙂 I jeszcze ciekawostka. Liz powiedziała mi, że w sklepach są rejestry, w których zapisuje się, jakie sukienki zostały już w danym roku kupione przez uczennice danej szkoły – nie ma szansy na powtórki. To się nazywa szaleństwo!

Oprócz tego, na Carytown jest mnóstwo najróżniejszych sklepów z dziwnymi rzeczami. Naszym absolutny faworyt to salon ubrań i akcesoriów z (albo stylizowanych na) początek XX wieku. Absolutnie urocze! Kawałek dalej znajduje się wypożyczalnia przebrań na każdą okazję, a także sklep z profesjonalnymi kosmetykami do makijażu scenicznego.

W Richmond mieszka bardzo dużo studentów kierunków artystycznych. Przejawia się to w bardzo dużym zagęszczeniu salonów tatuażu na kilometr kwadratowy oraz fantastycznej sztuce ulicznej.

Idąc dalej, w stronę właściwego centrum miasta znalazło się jeszcze kilka kuriozalnych sklepów i usług. Więc jeśli ktoś chciałby kupić ukulele, prezenty gwiazdkowe (najlepsze to deskorolki), albo wysłać dziecko do salonu spa, żeby je trochę upiększyć, czy też może skorzystać z darmowego prania flag (tylko amerykańskich!), to wiadomo gdzie szukać. 😀

A tu kilka zdjęć z pubu, w którym schroniliśmy się w końcu przed deszczem. Piwo można było wybrać z listy chyba 30 różnych, niestety głównie amerykańskich.

20140329_175556

20140329_175633

 

Podsumowując – Richmond absolutnie mnie zaskoczyło swoim zróżnicowaniem i nieszablonowością. Mimo, że tak naprawdę nia ma tam nic szczególnego, to miasto w jakiś zakamuflowany sposób wzbudza sympatię. Dlatego chociaż pogoda była fatalna, zjedliśmy najgorszą pizzę na świecie z prawdziwego włoskiego pieca (mogę już oficjalnie stwierdzić – w USA nie da się zjeść dobrej pizzy. Po prostu nie.), to jednak całodniowa wycieczka była bardzo przyjemna.

W następnym odcinku możecie spodziewać się relacji z weekendowego tripa do Nowego Jorku – robimy wypad na Brodway 🙂 Nie mogę się doczekać!!!!

Komentarze

comments

Szarlotkowy update – Zimowe podróże i wiosenne tęsknotki

Czas na mały K8-update!

Jeśli ktoś obserwowałby wnętrze mojego umysłu, na pewno stwierdziłby, że ostatnie kilka tygodni przebiegło burzliwie.

Warunki zewnętrzne nie były zbyt dużą pomocą – w Charlottesville zapanowała długa i zaskakująco śnieżna zima. Każdy opad powodował paraliż miasta, zamknięcie szkół, odwołanie zajęć na UVa itp. Snow Day – dla jednych to wymówka, żeby nie iść do szkoły/pracy, tylko zbudować bałwana w ogródku. Dla innych – konieczność przedzierania się przez nieodśnieżone chodniki, żeby w końcu dotrzeć do pustego labu. Od kilku dni śpiewają już ptaszki i temperatura skoczyła w bardziej akceptowalne rejony, ale ciągle zdarza się nagłe ochłodzenie, co jest irytujące.
P1100828

P1100826

P1100825

 

Na cały miesiąc przyjechał do mnie z daleka wyczekany Gość. Zwiedziliśmy razem jeszcze raz NYC i DC 🙂 Fajnie wystąpić w roli przewodnika po tych miastach. Przy okazji – coś czuję, że niedługo trzeba będzie spisać jakiś poradnik, chociażby dla mojej siostry (visiting soon) i jeszcze naszej nowej koleżanki Bridget z Niemiec, która też planuje zwiedzać Wschodnie Wybrzeże. A nuż przyda się jeszcze komuś 🙂

Kilka obrazów z NYC.

…i z DC.

Jak myślicie, które miasto fajniejsze? 🙂

 

 

Dużo czasu i energii poświęciłam ostatnio na różne przemyślenia i pracę nad sobą. Byłam zmuszona podjąć kilka poważnych decyzji. Uświadomiłam sobie, że czuję się przy tym trochę zagubiona i samotna. Te wszystkie spotkania ploteczki i rozmowy z rodziną, przyjaciółmi i znajomymi, które były częścią mojego życia w Warszawie, nie miały na celu tylko przyjemnego spędzenia czasu, ale dawały mi też poczucie przynależności i wsparcia, kiedy zmagałam się z dylematami, niezależnie od ich rangi.

Na codzień zupełnie nie czuję się samotna w Szarlotce. Jednak są momenty (a im dłużej mieszka się tak daleko, tym częściej się pojawiają), kiedy naprawdę można zatęsknić za domem. Co wtedy zrobić?

Po zerowe (czyli absolutna podstawa) – otaczać się mądrymi, silnymi ludźmi.

Po pierwsze – ćwiczyć jogę. To mój najskuteczniejszy poprawiacz nastroju. Razem z Betti cały czas wytrwale trenujemy i to jest naprawdę super – dla ciała i umysłu.

Po drugie – medytować. To znaczy tak mi się wydaję – jeszcze nie potwierdzam na 100%. Razem z Chrisem zapisaliśmy się na kurs medytacji w Insight Meditation Community of Charlottesville. Póki co byliśmy na jednym spotkaniu i jesteśmy bardzo podekscytowani! Mam nadzieję, że będę wystarczająco wytrwała i uda mi się naprawdę zainstalować to narzędzie w moim mózgu. Wydaje się, że to dobry sposób, żeby zachować równowagę, wyćwiczyć kontrolę nad umysłem czy zdolność koncentracji.
Ostatnio odkryłam też appkę, która pomaga w treningu. Jeszcze nie testowałam (zacznę dzisiaj), ale wygląda obiecująco.

Po trzecie – pracować. Cokolwiek by się nie działo w mojej głowie, robota sama się nie zrobi. Poza tym, zgodnie z zasadami buddyzmu, każda chwila wpływa na następną. Dlatego jeśli wykonam dobrze to, co muszę tu i teraz, to automatycznie pozytywnie wpływam na swoją przyszłość.

Od zawsze niezastąpionym sposobem na ubarwienie rzeczywistości jest dla mnie robienie planów podróżniczych. Wiosna szykuje się pod tym względem wyjątkowo ciekawie. Jak tylko o tym pomyślę, od razu mam uśmiech na twarzy. Ale o szczegółach będzie kiedy indziej.

Peace.

K8

Komentarze

comments

Dalsze odkrywanie osobliwych amerykańskich tradycji

 

Kilka ciekawych wydarzeń miało miejsce w moim życiu w ostatnich tygodniach. Niektóre z nich z listy zrobić podczas pobytu w USA. Przedstawię wszystko chronologicznie.

Polish cooking class

Lorna Sandberg International Center raz w  miesiącu organizuje lekcję gotowania. Nauczycielami są wolontariusze, którzy prezentują jak przygotować ich narodowe potrawy. Beata zgłosiła się jako instruktorka w temacie polskiej kuchni. Jako że roboty z organizacją trochę było (wcale nie taki prosty wybór potraw do zrobienia w 2h, rozpisanie przepisu do materiałów drukowanych, listy zakupów, zrobienie zakupów, przyjście wcześniej żeby przygotować produkty), pomagałam trochę i ja.

Zdecydowałyśmy się na potrawy wigilijne, bo dopiero co wróciłyśmy z Polski i przeżywałyśmy tęsknotę za tymi pysznościami. Gotowany był barszcz, uszka i ryba po grecku. Przyszło około 30 osób, pełna obsada – kuchnia polska wydawała być się dosyć egzotyczna, zwykle królują różne odmiany azjatyckich potraw. Oczywiście miałyśmy sporo obaw, czy wszystko wyjdzie smacznie, czy ludzie się zaangażują itp. Dla mnie największym zaskoczeniem okazała się ogólna fascynacja lepieniem uszek 🙂 W pewnym momencie dosłownie wszyscy rzucili się do produkcji, a pierożki wyszły naprawdę piękne.

Gar barszczu, masa uszek i kilka półmisków ryby po grecku zniknęły bardzo szybko, z czego wnioskujemy, że smakowały wielonarodowej zgrai. Fajnie poczuć, że chociaż mieszkamy tak daleko od domu, to nasza kultura  jest w nas i możemy się nią dzielić (wymieniać?) z innymi. I że te osoby są nią zachwycone. Duma!

[większość zdjęć z fanpage na Facebooku]

Baby shower

Rzecz zupełnie nieznana w Polsce, typowo amerykańska tradycja. Spotkanie zorganizowane dla kobiety, która niedługo urodzi dziecko. Pierwotnie – ceremonia włączenia w krąg matek. Współcześnie – impreza bardzo komercyjna.

Dużo mówią już zaproszenia. Na pierwszej stronie bocian, zdjęcie dzidziusia. Uroczo, słodko, człowiek bezwiednie się uśmiecha. Na odwrocie za to znajduje się informacja, gdzie para zarejestrowała prezenty. W drugiej dekadzie XXI wieku procedura wygląda następująco. Należy wejść na stronę sklepu internetowego, wpisać nazwisko osoby, przez którą lista została utworzona, wybrać prezenty i zrobić przelew. Reszta dzieje się poza nami – paczka jest wysyłana bezpośrednio do obdarowanych. Żeby nie przychodzić z pustymi rękami, należy przynieść jeszcze jeden prezent. W tym konkretnym przypadku była to książka dla jeszcze nie urodzonej dziewczynki (nie bardzo rozumiem czemu akurat książka, raczej prędko się nie przyda… chyba to coś w stylu przyszłego kapitału intelektualnego).

Stali czytelnicy łatwo odgadną, że trio z Oxford Hill zaproszone zostało na baby shower Randi (i Josha, ale w centrum uwagi zawsze jest mamusia). Zabrałyśmy Chrisa jako wsparcie i ruszyliśmy w drogę.

Impreza zorganizowana była przez rodziców Josha. W związku z tym odbyła się w ich domu, prawie 2 godziny drogi od Charlottesville. Kiedy przyszliśmy, większość gości była już na miejscu. Często baby shower jest tylko dla kobiet, ale nie tym razem. Przekrój gości był pełen, od dzieciaczków z rodziny po dziadków, ciocie i wujków, a także przyjaciół rodziny no i znajomych młodych rodziców (chociaż wbrew pozorom, ta grupa była najmniej liczna).

Szczególnie charakterystyczny był wystrój. Mama Josha przepięknie ozdobiła dom, utrzymując różową kolorystykę i nie dając zapomnieć co świętujemy. Wszędzie wisiały baloniki, dziecięce ubranka i inne urocze atrybuty.

Szczerze powiedziawszy byłam trochę zaskoczona ilością jedzenia. Spodziewałam się, że będzie to główna atrakcja (wishful thinking), natomiast ograniczono się do chipsów z wspaniałymi dipami oraz dwóch garów zupy chili. No i oczywiście ogromnego okolicznościowego tortu, który nazwałabym cukrzycą na żądanie 😉

Baby shower ma swój specyficzny przebieg i nie może zabraknąć specjalnych konkursów. Pierwszy był dla panów. Każdy miał włożyć sobie pod koszulę balon, udający ciążowy brzuszek. Konkurs wygrywał ten, który najszybciej „urodzi” balon bez użycia rąk. Konkurs dla kobiet był wg mnie jeszcze lepszy. Siedem pieluszek zostało oznakowanych różnego rodzaju czekoladowymi przysmakami. Każda z pań musiała otworzyć pieluchę i zbadać korzystając z własnych zmysłów (wzrok, węch, dotyk, dla chętnych smak) co to za batonik. Wyglądało to naprawdę obrzydliwie.

Inną aktywnością, która toczyła się przez całą imprezę, było robienie opasek na głowę dla malutkiej Sophie. Pół długiego stołu zajmowały materiały – wstążeczki, kwiatuszki, klej na ciepło. Jak się okazało na końcu, to także była kategoria konkursowa. Randi i Josh wybrali 3 najładniejsze opaski, a ich autorzy dostali nagrody.

Cała impreza wzbudziła we mnie mieszane uczucia. Z jednej strony, niezwykle urocze spotkanie, celem wsparcia dziewczyny z ogromnym brzuchem, która pewnie jest trochę przerażona. Z drugiej, bardzo duże było nastawienie na prezenty, wg mnie trochę ich za dużo (dziecko nie będzie małe na tyle długo, żeby założyć wszystkie ubranka w rozmiarze new born, poza tym – spokojnie można używać ubranek po innych dzieciach w rodzinie i wśród znajomych, to ekologicznie i ekonomicznie uzasadnione). Z godzinę trwało publiczne otwieranie paczek, łącznie z mówieniem, kto ją przyniósł. Dla nas to było trochę niesmaczne, ale to pewnie kwestia przyzwyczajenia.

Podsumowując, nie dziwię się, że w filmach i serialach chodzenie na baby shower do znajomych jest raczej przedstawiane jako koszmar. Mimo to cieszę się, że miałyśmy okazję przeżyć coś takiego na żywo – to prawdziwe poznawanie amerykańskiej kultury. A jak już chodzić na baby shower, to w tym najpiękniejszym wydaniu. To zapewniła mama Josha, Michelle. Zobaczcie tylko zdjęcia!

Super Bowl

…czyli finał amerykańskiej ligi footballowej (National Football League, NFL). W tym roku grali Seattle Seahawks przeciw Denver Broncos. Football amerykański nie należy według mnie do sportów, które szczególnie dobrze ogląda się w telewizji, poza tym pierwsza drużyna wygrała z wielką przewagą (43:8), także gra była przewidywalna. No, ale przecież nie o grę tu chodzi. Super Bowl to dzień apogeum amerykańskiego footballowego szału, dzień specjalnych game snacks (głównie panierowane skrzydełka), kupowania gadżetów, spotkań z rodziną i znajomymi, a przede wszystkim ogromny biznes. Za pośrednictwem Youtuba, światową sławę zdobywają reklamy, emitowane w przerwach (a także przed i po grze). Są one specjalnie nagrywane na tę okazję, kiedy oglądalność jest szczytowa i stały się już wydarzeniem samym w sobie.

Ja i Betti oglądałyśmy mecz (czy raczej jego część) w International Center w ramach zorganizowanego spotkania. Mi osobiście najbardziej podobał się koncert w przerwie między połowami. Bruno Mars zaśpiewał dwie piosenki, a Red Hot Chili Peppers jedną, ale za to z przytupem 🙂 Chociaż nie jest łatwo naprawdę emocjonować się Super Bowl, to jest to jedno z tych wydarzeń, które chciałam przeżyć podczas pobytu w Stanach.

Otwarcie Igrzysk Olimpijskich w Soczi

Relację (nie na żywo – różnica czasowa) oglądałyśmy znowu w naszym ulubionym międzynarodowym domu. Amerykanie nie pałają, jak wiadomo, miłością do Rosjan, dlatego nie było aż tak wielkiego poruszenia. Ja, pamiętając otwarcie z Londynu, nie mogłam się doczekać. Spektakl był według mnie bardzo piękny, szczególnie fragmenty baletowe. Niefortunna sytuacja z nieotwartym kołem olimpijskim (nota bene reprezentującym obie Ameryki) zostawiła jednak pewien niesmak. Chociaż sama koncepcja rozwijających się śnieżynek była urzekająca!

 

Zaczynam już czuć, że czas dziko galopuje i nie do końca potrafię nad tym zapanować. Mam nadzieję, że uda mi się wyciągnąć ile się da z pozostałych kilku miesięcy w USA. Tak, to już tylko kilka miesięcy!… Trochę mnie to stresuje, chciałabym jak najwięcej podziałać w labie, zebrać dane  i zamknąć je w ładnej pracy magisterskiej. Może uda mi się też zorganizować jakąś większą podróż… Jest kilka pomysłów. Z drugiej strony, tęsknię porządnie za Europą, za tym co znajome i swojskie, za brakiem baby showerów i pysznym jedzonkiem, za bliskimi ludźmi i braniem udziału w ich życiach. Ale staram się nie przejmować i cieszyć się chwilą. Jeśli takie sprzeczne emocje są ceną za urozmaicone życie, to proszę bardzo – mogę ją zapłacić 🙂

K8

Komentarze

comments

W poszukiwaniu straconego (?) czasu

Czasami, kiedy zaczynamy zdobywać doświadczenie w nowej dziedzinie, ciężko w wymierny sposób odnotować postępy. Do tej pory tak samo myślałam o mojej pracy – czułam się oczywiście coraz pewniej, ciągle jednak raz na jakiś czas robiłam błąd, z którego musiałam wyciągnąć lekcję.

W ostatnich dniach miałam okazję przypomnieć sobie, jaką mgłą byłam otoczona zaraz po przyjeździe do Szarlotki oraz stwierdzić, że naprawdę zrobiłam spory progres. Wszystko zaczęło się od tego, że mój szef chciał, żebyśmy wrócili do wyników z serii eksperymentów, które robiłam w lipcu i sierpniu. Wydawało mi się, że nie będzie z tym żadnego problemu, mam wyniki, mam notatki, wszystko robiłam sama, no, i nie minęło przecież aż tak dużo czasu.

Otóż z przykrością musiałam stwierdzić, że temat, który uważałam za zamknięty, został ledwie rozgrzebany. Wyników właściwie nie dało się jakoś sensownie podsumować – wymagają dodatkowych powtórzeń i duuuużej analizy. Zrobiło mi się totalnie wstyd! Ale czułam głównie zaskoczenie, z lekką nutą niedowierzania. Jak ja mogłam to TAK zostawić?

Właśnie to bezgraniczne zdziwienie uświadomiło mi, jak rozwinęło się moje naukowe myślenie przez ostatnie 7 miesięcy na UVa. Zestaw danych z eksperymentów, za które zabrałam się w następnej kolejności, wygląda już ładnie, wszystkie dane liczbowe są zebrane w arkuszach, zilustrowane pojedynczymi wykresami, a także jednym zbiorczym. Mam świadomość, że z drugiego eksperymentu łatwiej było uzyskać porządne dane liczbowe, wszystko zmierzyć i przeanalizować. Ten zestaw wakacyjny ciągle sprawia mi problemy (głównie przez konieczność wyciągania liczb z mało wyraźnych obrazków), na pewno jeszcze sporo pracy będę musiała włożyć w ogarnięcie materiału. Z tym, że teraz dojrzałam już na tyle, żeby tę świadomość mieć, zaakceptować i zmierzyć się z nią. Czy tamten czas był stracony? Z pewnością nie, bo tamtego etapu nie dało się przeskoczyć, musiałam przez niego przebrnąć, żeby teraz widzieć więcej. Cieszę się, że tak wyraźnie mi się ten postęp zarysował, to całkiem satysfakcjonujące.

W Szarlotce kilka dni temu spadł śnieg, ciągle jest lekki mróz, więc utrzymał się biały krajobraz. Cieszę się bardzo, lubię zimę. Szczególnie taką nie-zimną, jak tutaj. Mróz wcale tak nie szczypie w policzki, jest rześko, ale w dobrym znaczeniu tego słowa 🙂

Uściski dla wszystkich czytających 🙂

K

 

[zdęcie z fanpage University of Virginia na FB]

Komentarze

comments

Kilka metod na to, jak wykonywać powtarzalną pracę i nie zwariować

Od powrotu do Polski, aż do dzisiaj, pracowałam praktycznie non stop. W środę przypadła moja kolej, żeby prezentować wyniki podczas lab meetingu. W związku z tym, że 2 grudniowe tygodnie spędziłam w Polsce, miałam w pewnym sensie zaległości w eksperymentach. Dlatego po powrocie cały tydzień i weekend intensywnie nadganiałam, potem nagle przyszedł poniedziałek, następnie moja prezentacja (która też nie przebiegła super gładko)…  Teraz, w piątek wieczorem, wreszcie mogę odetchnąć.

Biorąc pod uwagę, że praca laboratoryjna jest przerażająco powtarzalna, przez co często monotonna, konieczne było opracowanie strategii jak nie zwariować, wykonując ten sam eksperyment po raz siedemdziesiąty szósty. Ostatnio, za sprawą Betti, zstąpiło na mnie olśnienie. Jest sposób, żeby podczas pracy wkonywać jeszcze jedną cudowną i rozwijającą, a przy tym mało angażującą czynność. Mianowicie – można przyswajać książki… przez uszy! Od dawna jestem fanką audiobooków, ale jakoś nie przyszło mi wcześniej do głowy, żeby urozmaicać sobie nimi czas w labie. Słuchałam czasem muzyki, ale jakos mnie to denerwowało. Dopiero Beata dała mi dobry przykład. Słuchając książki łatwiej się wyciszyć i skoncentrować, czas mija o wiele szybciej i produktywniej – gdyby nie forma słuchowiska, za nic w świecie nie mogłabym w pracy czytać. A tak – nie dość, że przyjemne, to jeszcze rozbudza wyobraźnię. Najlepiej!

Kolejna rzecz, która przywraca równowagę i pozwala się zdystansować, to joga! Nie wiem, czy każdy inny rodzaj ruchu działa tak samo, ale po wieczornej sesji jogi, następny dzień wygląda zupełnie inaczej. Przede wszystkim ciało jest zrelaksowane, rozciągnięte, wzmocnione, rano łatwiej się obudzić. A poza tym, jakoś łatwiej zdystansować się do rzeczywistości i patrzeć na życie z większym entuzjazmem i pogodą ducha 🙂 W tym momencie, nie muszę wcale mobilizować się do chodzenia na zajęcia. Myślę sobie raczej, że jeśli się nie wybiorę, to będzie ogromna  ujma dla mojego zdrowia fizycznego i psychicznego – aż żal się tak zaniedbywać. Przydaje się taki reset – to na pewno.

Mam nadzieję, że z czasem znajdę jeszcze kilka takich lifehacków 🙂 Każdy taki trick to nowa jakość!

Życzę wszystkim dobrego, relaksującego weekendu! :)))

Komentarze

comments

Przełom 2013/14

Miniony listopad zaskoczył mnie tym, jaki był urozmaicony, zwykle był to raczej martwy miesiąc. Iście szalony grudzień to chyba jednak standardowy scenariusz 🙂

Przede wszystkim starałam się przez ostatni miesiąc 2013 sporo pracować, mając w perspektywie świąteczną przerwę. Poza tym, jak to w grudniu, odbyło się całe mnóstwo świątecznych spotkań, imprez i eventów. Najbardziej oficjalne były obchody „okresu świątecznego” mojego departamentu (nie wypada mówić, Christmas, żeby nie urazić odmiennych od chrześcijańskiej religii). Chociaż może „oficjalne” to za mocne słowo 🙂 Lokal, wynajętey na tę okoliczność, przypominał prywatny salon. Jedzenie też było domowe – każdy przynosił jakiś specjał – więc atmosfera raczej kameralna i swojska. W poprzednich latach bywało bardziej elegancko, stroje wieczorowe itp. Teraz jednak sytuacja finansowa się pogorszyła, stąd te domowe klimaty. Według mnie to akurat bardzo miłe. Mój szef, David, też tak powiedział – po co się wbijać we frak, skoro chodzi o to, żeby się spotkać i spędzić przyjemnie czas poza pracą. 

Aby wprowadzić polski świąteczny klimat, dla kilkorga znajomych (Christiana, który gościł nas w Nowym Jorku, a w grudniu przyjechał z rewizytą, Liz i Erdema) przygotowałyśmy barszcz z uszkami oraz rybę. Mówili, że bardzo dobre jedzonko 🙂 z całą pewnością inne, niż znali do tej pory. Śmieszy mnie trochę, że akurat po wyjeździe przyszło mi robić takie rzeczy – nie jestem najlepsza w gotowaniu polskich potraw, ale nabieram wprawy!

Przyszedł w końcu upragniony moment wytchnienia, ja i Betti zapakowałyśmy się do wyładowanego już samochodu Liz i wyruszyłyśmy w stronę DC. Tego dnia w naszych stronach było około 20 stopni (Celsjusza!), więc nie było powodu do niepokoju jeśli chodzi o punktualność lotów. Wszystko przebiegło tak bardzo sprawnie, że nie udało nam się zmęczyć, a przez to przespać chociaż ułamka długaśnego lotu. Na pewno swoje zrobiły też emocje, związane z powrotem do Polski i zajawka perspektywą zobaczenia najbliższych już za kilka godzin.

Jak dobrze było wrócić do Polski! Spędzić Święta z rodziną, Sylwestra z przyjaciółmi, odbyć ważne rozmowy, dobrze się bawić (nie tylko do 1:30 jak w Virginii), przytulać, wysypiać. Absolutnym hitem wszystkiego było jedzonko <3 Do tej pory wmawiałam sobie, że amerykańskie produkty nie są takie złe, da się na nich przeżyć. Teraz jem tylko z rozsąsku – nic nie wygląda apetycznie czy zachęcająco. Wczoraj mając do wyboru tlustą pizze (trochę się spóźniłam na porę lunchową), zjadłam ostatecznie porcję wodorostów z sezamem, wyglądały tak zdrowo!

Powrót do Stanów zapowiadał się nieciekawie. Do tej pory nie rozumiem, czemu aż takie wielkie halo na temat zimy stulecia w USA było podniesione w polskiej telewizji, w każdym razie trąbiono o tym wszędzie. Nastawiłam się bojowo i przygotowałam psychicznie na ewentualne koczowanie na lotnisku czy też przymusowe lądowanie w innym miejscu niż zamierzone. Okazało się, że nasz plan ani na chwilę nie został zakłócony. Poszło nawet lepiej niż zwykle, ponieważ wiele lotów nie dotarło do DC, więc nie było kolejek do kontroli paszportowej. Na lotnisko przyjechał po nas kochany Erdem 🙂

Taki dwutygodniowy pobyt w Polsce to z jednej strony coś pięknego – powody chyba oczywiste. Z drugiej jednak trochę rozbija emocnojalnie, sprawia, że częściej myśli się o tym wszystkim, co zostało te 6 tysięcy mil stąd. Żeby nie było aż tak smętnie – można też docenić kilka aspektów życia w nowym środowisku i w pełnej samodzielności 🙂 Jednak nostalgia za pewnymi rzeczami zostaje.

Ciekawym zjawiskiem przy przemierzaniu takich sporych odległości jest jetlag. Fascynuje mnie obserwowanie, jak mój organizm reaguje na 6-godzinną zmianę czasu. Poza oczywistym – sennością w dziwnych godzinach – występuje jeszcze cała gama pomniejszych objawów. Trochę utrudnia życie fakt, że głodnieje się w zupełnie niestosownych porach. Kiedy chodzę do pracy, jem zgodnie z regularnym schematem i w rezultacie pora lunchu jest o 18-19 czasu polskiego, a kolacji – dokładnie w środku nocy, kiedy już śpię. Kiedy już zwlokę się z łóżka (najchętniej wczesnym polskim popołudniem), czuję się głodna jak wilk!

W drugą stronę działa to znacznie lepiej. Kto by nie chciał mieć więcej siły rano? Budzić się skoro świt, otwierać szeroko oczy i od razu być rozbudzonym? Mieć czas by zjeść śniadanie spokojnie, bez pośpiechu, ucinając dłuższą pogawędkę z równie zjetlagowaną współlokatorką? Dla osoby takiej jak ja, która ma manię długich śniadań (to dla mnie jedna z największych małych przyjemności), to naprawdę fajne uczucie. Aż by się chciało zatrzymać taki tryb, szczególnie, że fajnie jest być w labie przed wszystkimi (np. o 7:30) i na spokojnie sobie popracować. Niestety w środku dnia przychodzi kryzys, oczy się zamykają i aż ciężko uwierzyć, że jeszcze chwilę temu można było góry przenosić.

Po tygodniu wszystko wraca już powoli do normy. Trzeba znowu rozpocząć pracową rutynę i walczyć z wyzwaniami, jakie stawia każdy dzień. W nowym roku mam zamiar cały czas starać się, żeby w moim życiu nie zabrakło momentów wartych zapamiętania, super przygód, podróży i tych wszystkich drobnych chwil szczęścia, które pozwalają zabarwić szarą rzeczywistość jaskrawym różem 🙂

Korzystając z tego, że zostało mi jeszcze pół roku życia we względnym odcięciu od wszystkiego, co otaczało mnie i kształtowało tak długo, chciałabym poświęcić sporo uwagi zaglądaniu we własne wnętrze i odkrywaniu czego chcę, czego potrzebuję do szczęścia i jak widzę siebie w przyszłości. Mam świadomość, że po powrocie do Polski czekają mnie całkiem ważne decyzje. Chyba dobrze będzie znaleźć wewnętrzny balans i podejść do sprawy możliwie spokojnie.

No, i oczywiście, lekarstwo na wszystko – joga, joga, joga, jak najwięcej jogi w tym roku! 🙂

Kilka fotek listopadowo-grudniowych dla ozdoby wpisu 🙂

 

Komentarze

comments

Follow

Get every new post on this blog delivered to your Inbox.

Join other followers: