Monthly Archives: Lipiec 2013

Biurko odgruzowane!

Właśnie skończyłam czyścić moje nowe rewiry. Niezły syfek się tu nagromadził! Z braku innego preparatu, używałam do sprzątania 70% etanol – mogę śmiało stwierdzić, że moje miejsce pracy jest teraz sterylne. 🙂 Zrobiłam sobie też stojak na markery z tekturowej tuby, którą od spodu owinęłam parafilmem i dodatkowo wzmocniłam kliszą z jakiegoś popsutego blota. Teraz już jest trochę bardziej po mojemu, z czasem na pewno będzie coraz lepiej.

Czas zastanowić się co robić dalej przez resztę tygodnia. Tryb MYŚLENIE on. Oczywiście najpierw kawa od Kevina.

Buźki, miłego wieczoru!

K8

Goście goście!

Tak, jak obiecałam, kilka zdjęć z polskiej kolacji dla naszych nie-polskich znajomych 🙂 przy okazji świętowaliśmy też urodziny Marty! 🙂

Pierwsi pojawili się przedstawiciele labu Beaty – Liz i Sutir. Następni byli sąsiedzi – Josh i Randi, trochę spóźniony dotarł Gavin (wracał z jakiegoś festiwalu). Miała być jeszcze Chelsi, też koleżanka Beaty, ale nie dotarła niestety. 🙁

W menu była zupa pieczarkowa (pyszna nam wyszła!), a później sałatka i 3 rodzaje pierogów: z mięsem, ze szpinakiem i serem cheddar oraz zmodyfikowane – z braku laku – ruskie z fetą zamiast twarogu i doprawione paprykową przyprawą, co nadawało im trochę hinduski smak. Na deser były owoce i tort urodzinowy, który Marta dostała od swojego szefa (!). Wszyscy bardzo chwalili jedzenie, więc chyba im smakowało. 😉 Furrorę zrobiła także polska malinówka, która czekała w zamrażarce na odpowiednią okazję.

Cały sobotni wieczór spędziłyśmy na sprzątaniu, w niedzielę prawie cały dzień w kuchni. Ale bardzo dużą przyjemność sprawiło nam przyjmowanie gości, było suuuper! Około 2 1 dołączyli do nas jeszcze Rafał i Łukasz. Odsunęliśmy stoły (a raczej stół i biurko – ledwo się pomieściliśmy wszyscy razem, 4 krzesła pożyczyłyśmy od J&R), żeby zrobić miejsce na tradycyjne już rozgrywki w Jungle Speeda 😀 Josh i Randi są wielkimi fanami tej gry, więc właściwie każdy nasz wspólny wieczór kończy się tak samo. Dla mnie bomba! Rozkręciliśmy się do tego stopnia, że Rafał pojechał szybko do siebie po inną grę, bardzo śmieszną, opierającą się na niekonwencjonalnych połączeniach słów – Apples to Apples. Graliśmy chyba z 4 godziny, na pewno będziemy do niej wracać.

Żeby nie było aż tak słodko, przyszedł poniedziałek. Zebrałyśmy się do pracy półprzytomne. Ja, korzystając z tego, że nie ma mojego szefa, pojechałam późniejszym autobusem, żeby pospać jeszcze trochę dłużej. Baaardzo ciężko się było skupić po kilku godzinach snu i – nie bójmy się tego powiedzieć – na kacu. Co gorsze, z samego rana spotkało mnie rozczarowanie. Myślałam, że dzisiaj już dostanę swoje  biurko i zajmę się jego urządzaniem. Okazało się jednak, że w piątek o 3  w nocy Ramya dostała telefon, że zamrażarka -80 C się zepsuła i trzeba ratować jej zawartość. Przyjechała więc i zajęła się tym, ale nie dała rady już ogarnąć swoich szpargałów z bencha do pracy i z biurka. Moje współczucie w kwestii nocnej pobudki nie zdołało niestety w 100% zagłuszyć rozczarowania i irytacjii bałaganem.

Zabrałam się więc za swoją robotę. Zaczęłam od robienia potrzebnego buforu i szło jak po gruzie – głowiłam się przeliczając stężenia, nie mogłam znaleźć odczynników, a jak się kogoś pytałam, to się okazywało, że są na wierzchu. Dopiero po cotygodniowym lab lunchu trochę się opamiętałam i poważnie zabrałam do roboty. Pokarało mnie za poranną opieszałość – siedziałam prawie do 19, żeby skończyć to, co miałam zaplanowane. No ale cóż, zachciało się imprezowania, to trzeba następnego dnia za to płacić. 😉

Z lepszych wieści, to po południu przyszła Ramya i jednak posprzątała 🙂 więc jutro się wprowadzam, będę wreszcie miała dużo miejsca, jupiii!

Lecimy pohasać na siłowni, bo po tym wielkim żarciu zrobiło się nam ciężko. Poza tym dziewczyny właśnie oglądały metamorfozy na stronie Ewy Chodakowskiej, także jest motywacja!

Całuski Poland, miłego dnia!

K8i

Wyzwania i rozczarowania

[sobota]

Hej!

Wczoraj nastąpił w pewnym sensie przełom w moim życiu szarlotkowym. Skończyła się pewna era – Ramya wraz z końcem tego tygodnia, kończy pracę w Auble lab. Wszyscy bali się tego momentu, ponieważ jest to osoba wszechogarnięta, wszechwiedząca wręcz. Kilka razy dziennie ktoś z labu zadawał jej różne pytania, począwszy od tego, gdzie stoi dany odczynnik, skończywszy na proszeniu o porady dotyczące sposobu wykonania doświadczeń.

Dla mnie odejście Ramii to spora rewolucja. Przejmuję jej biurko, jej bench czyli blat do pracy, a przede wszystkim staję się samodzielną jednostką. Do tej pory miałam przez większość czasu nadzór, nie podejmowałam też decyzji o tym, w którą stronę mają dalej iść badania, jakie robić kolejne eksperymenty itp. Do wczoraj głównie chodziłam za Ramyą i próbowałam jak najwięcej zapamiętać z tego, co robimy. Byłam ewidentnie w roli uczennicy i w takim trybie pracował mój umysł.

Od poniedziałku czeka mnie nowe wyzwanie. Muszę samodzielnie zagłębić się w temat badań i zacząć narzucać tempo mojemu projektowi. Nie ukrywam, że stres jest. Mam nadzieję, że podołam wyzwaniu, zrozumiem problem, zobaczę bigger picture i osiągnę imponujące wyniki 😀 Na szczęście David zdaje sobie sprawę z tego, że zostałam rzucona na głęboką wodę… Mam nadzieję, że nie będzie wymagał ode mnie aż tak bardzo dużo na początku. W tym tygodniu nie będzie go wcale, więc będę miała czas na spokojne zaaranżowanie przestrzeni do pracy, przemyślenie kilku wątków i zrobienie paru doświadczeń sama.

[niedziela]

No to teraz coś przyjemniejszego niż pożegnania i wyzwania – weekend!

W piątek razem z Martą (Beata została zaproszona na kolację do swojej host family) udałyśmy się na imprezę urodzinową Pawła i Rafała. Było bardzo dużo ludzi, większość Polaków, ale nie tylko. Super się bawiłyśmy, dzięki chłopaki! :)) Poza tym, kilka osób, które poznałam, kojarzyły mnie już z bloga! Jak fajnie 🙂

W związku z tym, że balowałyśmy do rana, sobotni poranek nie należał do najlżejszych. Ale w końcu udało się zebrać mi i Beacie (Marcie nie:P), stwierdziłyśmy, że pójdziemy na zakupy, bo nie mamy już zupełnie w czym chodzić (regularnie ubywa nam ciuchów z powodu ułomności pralek, które robią dziury w koszulkach i od czasu do czasu zostawiają rdzawe plamy).

Pomysł niczego sobie. Wybrałyśmy się w związku z tym na Fashion Square, zdeterminowane i trochę podekscytowane. Przed wyjazdem wszyscy znajomi mówili nam, że w USA są takie tanie ubrania, żeby w ogóle ze sobą żadnych nie brać, bo kupimy na miejscu fajniejsze i tańsze. Nasze oczekiwania były więc spore.

Rzeczywistość niestety była okrutna. Long story short – przez pół dnia (ze 4 godziny na pewno), łaziłyśmy po centrum handlowym, po sklepach, w których było MILION ciuchów, setki wieszaków i stołów obłożonych rzeczami. Niestety wszystko było po prostu szpetne, od kolorów począwszy, na materiałach skończywszy. W końcu, po paru godzinach, trafiłyśmy na małe stoisko z ubraniami z Mango – radość, europejskie ciuchy! I to w dodatku bardzo tanie (pewnie Amerykanom nie pasują, więc je wyprzedają). Kupiłyśmy sobie trochę bluzek, Beata jeszcze fajną koszulę z Levisa, mi się trafiły kobaltowe spodnie w GAPie. No i kupiłam wreszcie porządny sprzęt do Skypa (trochę przepłaciłam, ale jest jakość! Można dzwonić 🙂 ). Wnioski są smutne, trzeba szukać jakichś innych miejsc do kupowania ubrań, no i korzystać z okazji, jak będziemy w DC lub NYC.

Dzisiaj zapowiada się ciekawy dzień. Zapraszamy naszych amerykańskich znajomych na polską kolację 🙂 Cieszymy się, że robimy w końcu coś dla nich – każda z tych osób nam już bardzo pomogła w którymś momencie , chcemy się jakoś odwdzięczyć.

Mam nadzieję, że dobrze nam pójdzie z gotowaniem, ja sama się nie czuję pewnie jeśli chodzi o lepienie pierogów 😛 no ale cóż, może uda nam się nadrobić miną w razie niepowodzenia (odpukać!).

Postaram się zrobić jakieś fajne zdjęcia i wrzucić w poniedziałek.

Całuski!

K8

Ale mam jutro dzień!

Dzisiaj wyjątkowo wpis prospektywny 🙂

Jutro szalony i ciekawy dzień. Startujemy o 9 lab meetingiem – prezentuje Jason, więc może nie będzie nudno.

Później narada wojenna z Davidem i Ramy’ą, a zaraz potem videokonferencja z profesorem z Yale, z którym już wcześniej współpracował nasz lab. Ten profesor realizuje u siebie w labie taką super technologię, tzw. optyczne szczypce. Chodzi o to, że liniowa cząsteczka DNA rozciągnięta jest pomiędzy dwoma koralikami, które są uwięzione w laserowej pułapce. Oddziaływania DNA z białkami można mierzyć poprzez pomiar zmiany odległości koralików od siebie (np. powstawanie pętli na DNA) oraz zmianę siły oddziaływania lasera na koraliki. Niesamowita sprawa! Do tego dochodzi jeszcze opcja fluorescencyjnego otagowania białka, dzięki czemu widać jego położenie. Niezłe Star Wars… 2 lata temu Ramya pojechała na tydzień do Yale przeprowadzać takie eksperymenty. Mówiła, ze było szaleńczo dużo pracy, ale niesamowita zajawka. Bardzo bym chciała też mieć okazję się tego nauczyć i przede wszystkim zwiedzić taki fajny uniwersytet i oczywiście poznać tam ludzi. Muszę zrobić dobre wrażenie podczas tego Skypa!

Ok 16:30 wychodzimy z pracy i idziemy na pożegnalną kolację dla Ramyi i Kunala, którzy odchodzą z labu po obronie doktoratu.

Myślę, że to będzie naprawdę urozmaicony dzień! Super 🙂

K8

P.S. Z serii anegdotki z pralni.

Wczoraj wróciłyśmy zmęczone z pracy, dziewczyny nawet chore 🙁 Ale musiałyśmy koniecznie zrobić pranie. Po odpowiednim czasie wybrałam się z Beatą, żeby je przynieść do mieszkania. Marta spała kamiennym snem, chora 🙁

Możecie sobie wyobrazić nasze zdziwienie, kiedy się okazało, że nie możemy wejść z powrotem do domu. Okazało się, że przy okazji jakiejś rutynowej naprawy, zreperowana została także nasza klamka i zamek – teraz się zatrzaskują. Znowu zablokowane na zewnątrz!…

Rozwiązanie: poszłyśmy do Mad house’a, tam na fb znalazłyśmy numer Marty i zadzwoniłyśmy z telefonu na gmailu ( za darmo do całego USA!). Proste. Dobrze, że się obudziła, bo czasem bywa to problematyczne… 😉

Weekend w DC!

No to czas na długą opowieść. Z dużą liczbą zdjęć, i to takich, na których są ludzie, nie tylko widoki!

W piątek wybiegłyśmy z pracy najwcześniej jak się dało (ja się uwinęłam tak, że przed 15 byłam wolna, David oznajmił, że traktuje nas jak dorosłych i jeśli skończyłam to, co miałam, to jego nie interesuje o której wyjdę. Przy okazji – piękny żeluś zrobiłam w piątek!). Jakoś po 17 przyjechał po nas Sutirtha. To właśnie on rzucił przy Beacie kilka dni temu w labie, że w piątek wybiera się samochodem w stronę Waszyngtonu, co było katalizatorem naszej decyzji o wyjeździe. Sutirtha to bardzo sympatyczny Hindus (pięknie się uśmiecha), który właśnie obronił doktorat u szefa Beaty. Teraz wybiera się do Nowego Jorku i tam będzie pracował. Niestety nie dane mi było dowiedzieć się więcej, bo swoim zwyczajem przespałam dokładnie całą drogę :>

Jeszcze przed wyjazdem z Szarlotki, dostałam telefon od Victora, że jego żona, Christine miała wypadek samochodowy i musi po nią pojechać. Miałyśmy jednak nie zmieniać planów. Dostałam instrukcje jak trafić do domu i gdzie schowany będzie klucz. Byłyśmy lekko skonsternowane całą sytuacją (może w takim momencie nie powinnyśmy zawracać głowy właściwie obcym ludziom?), ale szczerze mówiąc, nie miałyśmy nawet czasu na przemyślenie sprawy – trzeba było jechać.

Wysiadłyśmy z samochodu Sutirtha przy stacji metra Vienna na obrzeżach Waszyngtonu. Stamtąd bezpośrednio pojechałyśmy pomarańczową linią do centrum.  Po drodze spotkała nas tylko jedna mini przygoda – bramki nie chciały nas wypuścić na zewnątrz. Okazało się, że za mało zapłaciłyśmy za bilety – do jednorazowej karteczki przejazdowej dopłacić trzeba dodatkowego dolara. Na szczęście pan strażnik tylko wytłumaczył nam o co cho i wypuścił boczną bramką. Nasze zdziwienie całym zamieszaniem było szczere, nie mogłyśmy wyglądać na drobnych rzezimieszków, którzy specjalnie nie dopłacają. Po wyjściu z podziemi, naszym oczom ukazała się piękna okolica mieszkalna w południowo-wschodniej części DC.  Przy prostopadłych ulicach stały szeregowe domki o zadbanych gankach i ogródkach.

Bez problemów znalazłyśmy właściwy dom. Okazało się, że Christine nie musiała zostać w szpitalu i oboje z Victorem wrócili kilka chwil przed naszym przyjściem. Nasi gospodarze bardzo serdecznie nas powitali i umieścili w uroczym pokoju gościnnym, w którym stało podwójne łóżko i wielki materac (który nb sam się pompował po podłączeniu do kontaktu). Byli dla nas od pierwszych sekund niesamowicie serdeczni, od razu poczułyśmy, że jesteśmy u przyjaciół. Przy kolacji Christine opowiedziała co dokładnie się wydarzyło. Jechała do ośrodka jogi, oddalonego o 2 godziny drogi od DC (z resztą w stronę C-ville), kiedy nagle zajechał jej drogę samochód, skręcający w lewo na autostradzie (!). Nie miała czasu zareagować. Na szczęście uderzyła w jego przednie koło, samochody zaczęły się obracać i w ten spin weszła cała energia. Miała wiele szczęścia, nie odniosła większych obrażeń, chociaż cała była posiniaczona i obolała. Jej ukochany samochód prawdopodobnie jest do kasacji.

Po kolacji (pyszne tajskie jedzonko z dostawą do domu), entuzjastyczny jak zawsze Victor, zabrał nas na przejażdżkę po mieście, żeby pokazać nam Capitol Hill nocą. Monumentalne budynki są pięknie podświetlane, efekt rzeczywiście robi wrażenie! Podczas jazdy samochodem oraz spacerowania po stolicy, wreszcie poczułam klimat USA – rozmach, ogrom możliwości, doniosłe osiągnięcia, dumę narodową, piękno – cała mieszanka doznań i odczuć. Szczególnie hipnotyzujący wydał mi się Lincoln Memorial – gigantyczna świątynia prezydenta z bardzo dużym pomnikiem w środku. Całość prezentowała się niesamowicie, ale nie mogłam pozbyć się myśli, że to trochę zbyt wystawny pomnik dla tak skromnego człowieka. Największym rozczarowaniem był natomiast Washington Monument. Po trzęsieniu ziemi zostały na nim pęknięcia, które teraz są naprawiane, przez co obelisk otulony jest rusztowaniami. Całość podświetlona od wewnątrz prezentuje się wg mnie brzydko. Mieszkańcy miasta traktują to raczej jako taki inside joke (może trochę tak, jak my różowy PKiN?) i nawet chcieli, żeby tak zostało. Trzeba przyznać, że taki element przełamuje nieskazitelną i dostojną biel okolicy.

Niestety zdjęcia w ciemności wyszły słabe. A, właśnie, co do zdjęć – jest to mieszanka autorstwa Beaty, Victora i mojego. Mój aparat, do którego ciągle nie mam ładowarki, jakimś cudem cały czas działa! To istny fenomen.

Sobotę zaczęliśmy oczywiście od śniadania: kawy, tostów, jogurtów, i naszego ostatniego przeboju – kanapek z masłem orzechowym i wszystkimi owocami, jakie są pod ręką. Następnie ruszyliśmy na podbój miasta.

Pierwszym punktem programu był pobliski targ z ogromną liczbą wspaniałych straganów. Najpierw oczarowała nas sztuka, biżuteria i ubrania, w drugiej części świeżutkie jedzenie – zarówno zielenina, jak dorodne mięsiwa i kolorowe przetwory.

Kilka chwil później wysiedliśmy z metra pod budynkiem Air and Space Museum, należącego do całego kompleksu Smithsonian. Było fantastycznie! Eksponaty w przestronnej głównej sali stanowiły głównie statki kosmiczne (zaskakująco małe), kapsuły, w których przebywali ludzie (ciasne jak pralki!) i ogromne (szczególnie w porównaniu do maszyn załogowych) rakiety amerykańskie i sowieckie.  W bocznych korytarzach i salach znajdowały się ekspozycje tematyczne, które bardziej szczegółowo omawiały konkretne zagadnienia. Całość miała również bardzo wysokie walory estetyczne, prezentowała się zajmująco i przejrzyście, zawierała elementy interaktywne (ale bez niezdrowej przesady).

Następny punkt programu znajdował się nieopodal – Museum of the American Indian. [Może Was zaskoczyć nasze zainteresowanie muzeami, ale każdy by je zrozumiał, gdyby znalazł się w tym wilgotnym upale!] Victor sam pochodzi z Nowego Meksyku, jego matka należała do jednego z wielu tamtejszych plemion, dlatego do tego muzeum ma szczególny stosunek. 5 pięter wystawy o historii i kulturze Indian robi wrażenie! Zjedliśmy pyszny lunch złożony z adekwatnych do klimatu potraw, niezwykła sprawa.

Po drugim muzeum przyszedł czas na spacer w stronę Kapitolu. Po drodze weszliśmy jeszcze do ogrodu botanicznego, gdzie znajduje się ogromny kwiat, który wydziela bardzo nieprzyjemny zapach, kiedy się otworzy.

Kapitol jest ogromny, lśniąco biały. Gdyby nie męczący upał, spędzilibyśmy więcej czasu w otaczającym go parku. Nie mieliśmy zarezerwowanego z wyprzedzeniem zwiedzania, więc wpuszczono nas tylko do ogólnodostępnej strefy dla zwiedzających. Wnętrza są bardzo eleganckie, pięknie wykończone, dostojne. Wystawa o historii budowli oraz systemie politycznym USA wygląda bardzo ładnie i całkiem ciekawie się ogląda.

Specjalnym tunelem (klimatyzacja!) przejść można do Biblioteki Kongresu. Tak też zrobiłyśmy, już bez Victora, który pojechał z Christine do lekarza. Wnętrza biblioteki są wykończone z takim przepychem, że wyglądają prawie śmiesznie.

Pozostawione same sobie, postanowiłyśmy trochę połazić, poczuć klimat miasta, zgubić się… Jednak okazało się to zbyt przytłaczające, z powodu gorąca. Muzea pozamykały już ogromne wrota, nie było gdzie się schronić, więc przemknęłyśmy się (szukając kawałków cienia) do parku, gdzie w ekspresowym tempie zjadłyśmy topiące się na bieżąco lody (nie pozostało to bez wpływu na gardła 🙁 ). Potem postanowiłyśmy wrócić do domu (kilka stacji metrem), żeby trochę się odświeżyć i wyjść znowu wieczorem.

Skończyło się na długiej kolacji z burgerami i domowym guacamole, opowiadaniem historii rodzinnych Christine i Victora, oglądaniem domu, zdjęć, filmów i wielu innych rzeczy. Było bardzo śmiesznie i miło, czas leciał szybko i w końcu zmorzył nas sen.

W niedzielę, po śniadaniu, pojechaliśmy do Keniworth Park and Aquatic Gardens, gdzie Christine chciała obejrzeć kwitnące lotosy. Park okazał się niezmiernie malowniczy. Żadna z nas nie widziała jeszcze na żywo kwiatów lotosu. Christine, która jest wyznawczynią i nauczycielką jogi, wytłumaczyła nam symbolikę tej rośliny i w jaki sposób symbolizuje ludzkie życie.

Po odwiezieniu Christine, zaliczyliśmy jeszcze dwa obowiązkowe punkty zwiedzaniowe. Pierwszy był oczywiście Biały Dom. Nie robi on jakiegoś ogromnego wrażenia na żywo, szczególnie w porównaniu do innych gigantycznych budowli. Ale wiadomo, że to ‚must see’. O wiele bardziej podobała nam się dzielnica (kiedyś osobne miasteczko) Georgetown. To miejsce z niepowtarzalnym klimatem, pełne knajpek i sklepików (póki nie wiadomo, co z naszą wypłatą, zadowoliłyśmy się Second Time Around – ekskluzywnym second handem). Zjedliśmy pyszny lunch w restauracji Wietnamskiej i przeszliśmy się po ulicach, ogrodach i mostku nad kanałem.

W końcu przyszedł czas jazdy na dworzec i pożegnanie 🙁

Przez ten jeden weekend bardzo zżyłyśmy się z naszymi wspaniałymi gospodarzami. Spędziłyśmy wspaniały czas z nimi i ROSCOE, pięknym wyżłem weimarskim, wcieleniem słodyczy i jednocześnie charakteru. I tutaj ważne podziękowania!!!!!! Dla mojej siostry Pauliny! Jak słusznie stwierdził Victor – to wszystko dzięki opiece, jaką otoczyła Ch i V, kiedy przyjechali na festiwal filmowy Jewish Motifs do Warszawy. Wspaniała znajomość 🙂 Musisz koniecznie przyjechać do DC i Szarlotki!!

Dodaję ostatnią porcję zdjęć i kończę tę długaśną opowieść. Może na raty ktoś przeczyta ją sobie dzisiaj, mam nadzieję, że moja relacja sprawi Wam radość i przeniesie na chwilę do Capital City of the USA.

Całuję mocno!

K8

xx

Na gorąco, po powrocie…

Jakieś pół godziny temu wróciłyśmy z D.C. Było fantastycznie! Niezwykłe miasto, cudowni ludzie, super przygoda.

Mamy sporo zdjęć i tyyyyle się działo, notka będzie długa i jutro 😉 Teraz odpoczywamy.

xx

K8

 

I znowu wieczór pełen wrażeń

Miałam już w przygotowaniu jedną notkę, ale życie samo napisało scenariusz na dziś!

Zupełnie zwyczajny wieczór nabrał rozpędu z dwóch powodów. Po pierwsze, zupełnie spontanicznie zaplanowałyśmy wypad do DC. Znajomy Beaty z labu powiedział jej, że wybiera się do Waszyngtonu i jak mamy ochotę, to możemy się z nim zabrać i wrócić w niedzielę wieczorem.  Zadzwoniłam więc do znajomych, z którymi byłam już wstępnie umówiona na spotkanie, tak właściwie to są znajomi Pauliny 😉 ale zaprosili nas do siebie, więc będziemy miały zapewniony dach nad głową, cudooownie! Jutro po pracy – ahoj przygodo! Bardzo się cieszymy i nie możemy doczekać 🙂 🙂 Trochę tak się nie mogłyśmy zebrać, żeby pojechać gdzieś dalej, a czas ucieka! Ta opcja podwózki zmobilizowała nas do działania – i dobrze.

 

Chyba powinnyśmy częściej robić pranie, w laundry roomie zawsze dzieje się coś ciekawego 🙂 Poprzednio trafiłyśmy na piękny stolik, a dzisiaj spotkałyśmy Josha. Pisałam wcześniej o Joshu i Randi, naszych sąsiadach, ale chyba nie wystarczająco, żeby oddać ich klimat 🙂 On ma 27 lat, całe przedramię w tatuażach, śmieszną czuprynę, jest muzykiem a w prawdziwym życiu zajmuje się laserami. Randi ma lat 20, jest najbardziej uroczą dziewczyną na świecie, ma ogromne oczy i krótkie brązowe włosy, wygląda jak laleczka, a jak się śmieje, to już jest tak słodka, że ojej. Od sierpnia zaczyna studia na UVa. J i R są parą od 1,5 roku i prezentują się razem barwnie 🙂 No więc wstawiamy pranie, przychodzi Josh. Pytamy się jak tam nowa praca, a on na to, że dobrze, ale ma lepsze newsy. Cytuję: „I’m gonna be a father”. Informacja totalnie niespodziewana, nas lekko wcięło, co dopiero ich samych, kiedy dowiedzieli się wczoraj rano. Ciągle są w lekkim amoku, ale zapewniają, że się bardzo cieszą.

Nawet jeśli nie zna się kogoś bardzo długo, to jednak taka informacja wzbudza emocje. My natychmiast stwierdziłyśmy, że trzeba to uczcić i tak też się stało – partyjka Jungle Speeda plus winogrona i woda dla mamusi, a dla reszty piwko i cydr 🙂 Fajnie się złożyło, że poznaliśmy się wcześniej i przez ten rok będziemy obserwować sytuację, całą ciążę i później jeszcze przez kilka miesięcy dzidziusia! To całkiem niesamowite, szczególnie, że mieszkamy kilka drzwi dalej, w sąsiednich budynkach. Standardowo wieczorem wpadł też Gavin. Już się przyzwyczaiłyśmy, że codziennie wieczorem ktoś nas odwiedza, to bardzo miłe!

Szykuje się weekend pełen wrażeń – będzie o czym pisać 🙂

Póki co idę spać, bo słabo się czuję – chyba za długo siedziałam w cold roomie przy żelu 🙁 Oby dobry sen pomógł mi się wyleczyć – nie mogę sobie pozwolić na słabość, DC wzywa!

K8

Różności bieżące

Trochę się nazbierało zdjęć, przemyśleń i newsów 🙂 Tak naprawdę nie pisałam nic, bo wydawało mi się, że nic się nie dzieje, a teraz jak się zastanawiam – nie mogę w ogóle zebrać myśli z powodu nadmiaru wrażeń.

Zacznę od tego, że dzisiaj jest doooobry dzień! Najważniejsze – udało mi się wreszcie skonfigurować router i internet śmiga!! Już była pierwsza videorozmowa z siostrunią 😉 więc przetestowane na wylot.

hangout_snapshot_10

 

 

 

 

 

 

 

W pracy nie miałam za dużo do roboty (pierwszy raz!), więc czas minął mi na całkiem przyjemnych czynnościach, np. na rozmowie z Kevinem i robieniu zdjęcia do powieszenia na tablicy ogłoszeń. Kevin jest pracownikiem administracyjnym (woźnym?), ale jego barwna osobowość sprawia, że znany jest na całym piętrze i wszyscy go uwielbiają. Codziennie rano przygotowuje trzy termosy kawy. Dzisiaj wytłumaczył mi, że używa specjalnych ziaren i miele je na miejscu. Chociaż przygotowana w klasycznym amerykańskim przelewowym ekspresie, kawa smakuje bardzo dobrze. Kubek kosztuje 50 centów. Ja już mam w zwyczaju wrzucanie rano dolara i przychodzenie po dolewkę w środku dnia 🙂 Poza tym Kevin od dwóch lat intensywnie uczy się chińskiego. Odlicza czas do emerytury, kiedy planuje przeprowadzić się do Chin i uczyć tam angielskiego. Barwna postać 🙂

Po powrocie wpadłyśmy do Ramy’i, która jutro rano się przeprowadza i przytaszczyłyśmy do siebie krzesło biurowe (do pokoju Beaty, stanęło przy pięknym szklanym biurku od Gavina) i biureczko na laptopa, które zastąpi mój ukochany podnóżek 🙂
W ramach Święta Internetu zjadłyśmy pyszną kolację, sałatkę z grzankami (tak, tak, kupiłyśmy sobie toster!) i dużo owoców 🙂
Potem wpadli Gavin, Łukasz, Jason i Jarek, który jutro opuszcza USA 🙁 i siedzą sobie u nas do teraz 🙂

Poza tym, przez te kilka dni spotkało nas jeszcze kilka fajnych rzeczy, np. zakupy z Chelsi, której zrobiło się nas żal, że nie mamy samochodu, wczorajszy piwny wieczór w Mellow Mashroom, dużo sytuacji w pracy… Ogólnie żyjemy sobie wesoło i wszystko idzie mniej więcej jak trzeba 🙂

Zdjęcia niestety z telefonu, robione na spontanie…

Cytując klasyka – pozdrawiam wszystkich Polaków 🙂

K8i

Niedziela, dzień Pański

Dzisiaj przyjechał do nas Karol (razem z żoną i synkiem Maxem) i przywiózł niedzielną Dobrą Nowinę w postaci…. uwaga uwaga…. łóżka! Co więcej, łóżko trafiło do mojego pokoju – Marta już ma, a Beata chce większe 🙂

Jestem przeszczęśliwa, super wygląda mój nowy mebel! 120 x 200, więc rozmiar w sam raz 😉 no i fajnie nie spać już na materacu, tak mniej prowizorycznie.

Nie mniejszą radość sprawiły nam talerze i sztućce (prawdziwe, metalowe!). Używanie plastików zaczynało nam już bardzo działać na nerwy 🙁

Tak to właśnie krok po kroku się urządzamy. We wtorek ma być internet. Fingers crossed!

Obowiązkowe zdjęcie nowego wystroju:

P1080887

 

 

 

 

 

 

 

Zaraz chyba trzeba będzie zrobić wycieczkę do sklepu, bo lodówka świeci pustkami (dosłownie). Nie planuję nic na później, bo nigdy nie wiadomo kiedy wrócimy 😀 haha

Całusy xx

K8

Sobotnie małe przygody

W ten weekend miałyśmy wreszcie zrobić COŚ. Pojechać za miasto, pójść do Casa Bolivar albo na zakupy ciuchowe. Skończyło się na tym, że zatrzymały nas sprawy domowe.

Pierwsza rzecz, jaką zajęłyśmy się po wstaniu, śniadaniu i ogarnięciu, było pranie. Zaczyna się trochę większy ruch na naszym osiedlu, ludzie się wyprowadzają, na ich miejsce przyjeżdżają inni. Na sytuację w pralni ma to wpływ raczej negatywny – pralki są wiecznie zajęte. Także sprawa nie była taka prosta. Ale udało się 🙂

Wracając z pralni odkryłyśmy pozytywną stronę ruchu osiedlowego – znalazłyśmy wystawiony na śmietniku piękny drewniany (!) stoliczek, idealny pod nasze hifi! Właścicielka powiedziała, że próbowała go sprzedać, ale się nie udało. Od razu przytachałyśmy go do domu i umyłyśmy. Efekt na zdjęciu, moim zdaniem fantastyczny 🙂

Kolejną czynnością, która zajęła nas na prawie cały dzień było łatanie podrapanej przez kota kanapy. Osoby, które znają moje zdolności manualne nie zdziwią się, jak powiem, że Beata i Marta się tym zajęły 😀 I wyszło im to wspaniale! Małymi igiełkami godzinami przyszywały łatkę. Wygląda super, szacunek! Jedyna zasługa, jaką mogę przypisać sobie, to kupienie zestawu nici, z których jedna była w idealnie pasującym kolorze. Zdjęcia przed, w trakcie i po poniżej.

Z serii smaczki Ameryki – dzisiaj odwiedziły nas mormońskie misjonarki, całkiem zabawne to było. Na szczęście nie zabawiły zbyt długo, ale przypomniało mi się wszystko, co czytałam w „Wałkowaniu Ameryki” na temat fascynacji Amerykanów religią. To naprawdę istnieje!

WRESZCIE udało mi się aktywować mój amerykański numer, więc mam już telefon – na pewno się przyda 🙂 Niestety załatwianie spraw nie jest tu specjalnie proste… Dzisiaj przez 20 minut rozmawiałyśmy z konsultantem dostawcy internetu, który bardzo słabo mówił po angielsku, w ogóle nie rozumiał nas, a my jego! Było to niezwykle śmieszne, ale też straszne…

Niestety zdjęcia z parapetówki okazały się dosyć nieskładne, więc nie zostaną opublikowane 😉 wrzucam tylko kilka grupowych.

Miłego oglądania i fajnej niedzieli 🙂

K8

Follow

Get every new post on this blog delivered to your Inbox.

Join other followers: