Monthly Archives: Lipiec 2013

Trochę o pracy, trochę o zbawie

Sobota, jupii!

Żeby zachować chronologię, zacznę od podsumowania tygodnia pracy.

Póki co moja działalność przebiega dwutorowo. Jestem porywana albo przez Ramyę, albo przez Davida. Ona ma mnie nauczyć możliwie dużo technik, David z kolei zaczyna mnie angażować w swoje eksperymenty na białkach z takiego dziwnego żyjątka (które nota bene ewolucyjnie wycięło z odpowiedniego genu wszystkie łączniki i zostawiło czyściutkie najważniejsze domeny; nie udało się to wcześniej naukowcom – 1:0 dla Matki N.).

Codziennie robię jeden albo dwa eksperymenty, które polegają głównie na badaniu kompleksów DNA z jednym, dwoma lub trzema białkami. Robiłam już chyba 3 żele poliakrylamidowe w warunkach niedenaturujących. Zestaw do ich przygotowywania i samej elektroforezy jest bardzo śmieszny. Oba szkiełka skleja się za pomocą jakiejś wazeliny, potem spina dużymi klipsami biurowymi, wylewa żel, następnie przykleja się go do aparatu na pomarańczową plastelinę 😀 Hit! David przyznał, że to a little oldschool, ale tak lubią i tak im zawsze wychodzi. Więc co mi tam, przyklejam na plastelinę. Poza tym jednym wyjątkiem sprzęt jest bardzo wygodny. Bez szaleństw i luksusów, ale pełen komfort. W sumie moje działania póki co nie były specjalnie zróżnicowane, więc nie widziałam wszystkiego.

Wczoraj powtarzałam eksperyment z czwartku, żeby potwierdzić wynik i moje kompleksy białkowe, zamiast tworzyć zgrabne paseczki na żelu, rozlały się w brzydkie smiry. David zareagował bardzo ładnie, powiedział, że generalnie widać, że wyszło to samo, chociaż „I have to admit it’s not the prettiest thing I’ve ever seen”, to jednak good job, wkrótce będziesz miała rutynę i będziesz cykać żel za żelem bez żadnego problemu. Wczoraj mój kolega powiedział, że jak amerykański profesor tak mówi, to znaczy, że jest źle 😛 Ale ja wolę to, niż stres, w końcu się przecież faktycznie wyrobię, będę szybka, sprawna i skuteczna 😛

Ogólne wnioski po pierwszym tygodniu są bardzo pozytywne. Doszłam do wniosku, ze to, co robię, to mój ulubiony typ pracy, fajne biochemiczne doświadczenia (bez pracy na kapryśnych organizmach, bez czysto chemicznej nudy). Dostaję białka, które mają jakieś właściwości, trzeba się trochę nagłowić jak tu je zbadać i to jest całkiem ciekawe 🙂 Stwierdzam, że dobrze trafiłam, a to baaaardzo dużo – bardzo mnie to cieszy.

Z najświeższych newsów – wczoraj była u nas parapetówka. Przyszło sporo osób, oczywiście większość z naszego programu – mój rocznik i kilka osób z poprzednich rozdań, poza tym nasi nowi amerykańscy znajomi – para mieszkająca kilka mieszkań dalej, koledzy z Mad house’a, i jeszcze dwie osoby (para?), których co prawda my nie znałyśmy, ale jakoś się u nas znalazły 🙂 okazało się jednak, że pracują w jednym labie z naszymi znajomymi, więc wszystko pod kontrolą.

Niestety nie wzięłam ze sobą karty z aparatu, więc nie będzie póki co zdjęć. W ogóle jeszcze ich nie przeglądałam, więc nie wiem czy będą publikowalne 😛 zobaczymy. W każdym razie było baaardzo miło! Kupiłyśmy nachosy, hummus do dipowania i zrobiłyśmy tosty w piekarniku 🙂 nasi goście przynieśli dużo piwa. Było dużo śmiechu, szczególnie przy niezastąpionej grze Jungle Speed. Nawet sąsiedzi nie zgłaszali reklamacji (uff).

Dziękujemy wszystkim za przyjście <3

Patrzcie i podziwiajcie!

Ciągle w to nie wierzę.

Spotykamy tylu Dobrych Ludzi! 🙂 🙂

Dzisiaj niezastąpiony, anielsko cierpliwy Jarek znowu pojechał z nami do sklepu <3

Potem przyjechał Gavin ze swoim ziomkiem Rickiem i przywieźli nam same smakowite kąski. Patrzcie i podziwiajcie – nowa OGROMNA skórzana kanapa, na dodatek bezbłędnie pasująca kolorem do naszego ukochanego salonu <3, do tego zestaw głośników, wzmacniacz i gigantyczny subwoofer.

Nasze mieszkanie naprawdę zaczyna wspinać się na półkę „lux” ;). Teraz możemy zapraszać jeszcze więcej gości. Na piątek planujemy parapetówę. Suuuper!

Całuję mocno wiernych czytelników!

K8i

PS. W pracy OK, dzisiaj był lab meeting i ogólnie duuużo pracy koncepcyjnej, dla mnie ogromna porcja nowych informacji, mniej roboty fizycznej. Sporo też rozmawiałam z kolegami z labu i przede wszystkim z Ramy’ą. Czuję się już jak u siebie w Auble Lab. Jutro o 9 spotkanie sam na sam z Davidem, mam nadzieję, że mnie nie przerośnie!

Trening i spać.

K

Co za wieczór :)

Dzień zaczął się od spraw urzędowych, rejestracji w systemie UVa, zakładania konta email itp. Po zawiłej konfiguracji udało mi się uruchomić połączenie z uczelnianą siecią wifi na własnym laptopie – sukces!!

Potem przyszły ciężkie godziny robienia westerna i żelu. Dwa eksperymenty na raz = cały czas na nogach, bieganie między stanowiskami do różnych czynności. Zaczynam przyzwyczajać się do przerwy lunchowej – to takie wybawienie w środku dnia, można bezkarnie zniknąć na godzinę i np. iść z Martą na bajgle i giga sałatkę 🙂

Do domu wróciłam przed 19, baaardzo zmęczona. Zanim zdążyłyśmy ugotować obiad, zobaczyłyśmy przez balkon Gavina i zaprosiłyśmy go do siebie. Spędzaliśmy miło czas siedząc na balkonie (btw., rozwaleni na rozłożonych zasłonach 🙂 ), jedząc penne z kurczakiem i pijąc piwko, kiedy nagle zaczęła się przygoda. Przyczyna była bardzo prosta – Beata przez przypadek zatrzasnęła nas na balkonie. Nikt z nas nie pomyślał, że klamka jest tylko w środku i po zasunięciu drzwi zapada się nieotwieralny od zewnątrz zamek. Po  kilku momentach szarpania, powoli zaczęło do nas docierać, że jesteśmy zamknięci jedynie z sokiem pomarańczowym, butelkami po piwie, głośnikiem i – na szczęście! – telefonem Marty.

Przez chwilę rozważaliśmy co dalej. Dodatkowego dramatyzmu dodawał fakt, że zarówno ja, jak i Beata MUSIAŁYŚMY natychmiast iść do toalety.

Cóż nam pozostało – z polskiego telefonu zadzwoniłyśmy do Łukasza, żeby nas uratował. Śmiał się przez 5 minut i do końca nie był pewien, czy mówimy serio (faktycznie nie brzmi to prawdopodobnie). Ale w końcu przyjechał na rowerze razem z Karoliną. Całe szczęście, że drzwi wejściowe nie były zamknięte na zasuwkę, gdyby nie to, nie mam pojęcia jak byśmy sobie poradzili!

Cała sytuacja była bardzo śmieszna, jeszcze bardziej nas śmieszyła, kiedy już pobiegłyśmy do toalety  (wcześniej nie było nam do śmiechu). Swoją drogą, dobrze,  że mamy dwie łazienki 😉 Łukasz i Karola zostali u nas na piwku i kilku partyjkach Jungle Speeda (najlepsza gra ever <3), teraz siedzimy w Mad house i korzystamy z jego dobrodziejstw – bilarda, ping ponga i internetu 🙂 A wieczór zapowiadał się tak spokojnie! Z nami to naprawdę nigdy nie wiadomo, przygoda czai się za każdym rogiem! Hehe.

Żeby notka nie była smutna, dodaję obiecane zdjęcie  z soboty – takie tam ja i kurczak w mango 🙂

Dobranoc, a raczej dzień dobry Polsko!

K8

Pierwszy dzień pracy

Pierwszy prawdziwy dzień w labie. Rano trochę się stresowałam – było to spowodowane głównie myślą, że to już nieodwracalny koniec wolności na najbliższy rok. Trochę słabo, że po całym sesyjnym kotle i wysiłku, teraz musimy od razu iść do pracy…

W labie byłam jakoś przed 9. Jeszcze prawie nikogo nie było, tylko zamknięty w gabinecie David i Shana, nasza techniczka.

Najpierw pogadałam z szefem, Davidem, opowiedział mi o swoich eksperymentach.

Potem przyszła Ramya i zaczął się główny punkt programu. Ramya jest Hinduską, właśnie obroniła doktorat i za mniej więcej miesiąc zaczyna pracę w firmie biotechnologicznej, którą współzakładał David. Zrobiła bardzo dużo dobrych badań (beautiful biochemistry – jak to mówi David 😉 ), napisała procedury do eksperymentów i ogólnie jest ogarniaczem. Ja wchodzę trochę zamiast niej do zespołu, ta świadomość trochę mi ciążyła.

Okazało się, że Ramya jest bardzo pozytywna i bardzo dobrze się rozumiemy. Cieszy się, że przekazuje projekt wkręconej osobie, jest zadowolona, kiedy zadaję sensowne pytania i mówię, że rozumiem, o czym do mnie mówi. Myślę, że będzie jej lżej zmieniać pracę ze świadomością, że nauczyła mnie wszystkiego, co trzeba.

Zaczęła dzisiaj – zrobiłyśmy pierwszy eksperyment. Zaczęłyśmy od szczegółowego omówienia instrukcji, łącznie z przepisaniem jej treści, uwzględniając wszystkie wprowadzone modyfikacje (np. przeliczenie ilości) tak, aby mieć już w 100% gotowy protokół. Trochę to może za bardzo gorliwe, ale doceniam jej chęć przekazania mi wszystkiego rzetelnie i tak, żebym wiedziała co robię. Jestem też bardzo zadowolona ze sposobu, w jaki ze mną rozmawia. Jest bardzo bardzo miła, chwali wszystko, co dobrze zrobię, a na dodatek przeprasza, że tak mnie bombarduje informacjami.

Dla zainteresowanych: przyłączałyśmy kawałki DNA zawierające TATA box do takich super Dynabeads, do DNA jedno białko (inicjujące transkrypcję), potem badany przez nas enzym, a na końcu jeszcze dodawałyśmy ATP i konkurencyjne DNA. Chodziło o to, żeby zbadać zachowanie, a dokładniej ruch naszego enzymu. Świetnie się pracowało na tych immobilizowanych cząsteczkach – żeby np. przepłukać je buforem, wystarczyło wsadzić eppendorfa do specjalnego magnetycznego statywu i można było z łatwością odessać supernatant.

Poza Ramyą, Shaną i oczywiście Davidem jest w moim labie jeszcze doktorant Jason i Alicia, postdoc. Wszyscy razem (oprócz zajętego szefa:( ) byliśmy dziś na poniedziałkowym wspólnym lunchu. Jadłam mojego pierwszego burgera w Stanach 🙂 Był bardzo dobry, ale jednak tęsknię za Bobbym… Fajnie wyglądało zamówienie – na specjalnych blankietach zaznaczało się które mięso i dodatki mają być w burgerze. Do tego oczywiście w cenie były frytki, więc całość tradycyjnie tłusta i zapychająca. Do picia wszechobecna kranówa, dobrze, że nie tylko z posmakiem chloru, ale także cytryny i lodu.

Ogólnie rzecz biorąc atmosfera w moim nowym miejscu pracy jest bardzo przyjemna, ale z drugiej strony widać, że kontakty nie wychodzą poza pracę. Chodzi o to, żeby zapewnić dobry klimat i przetrwać te długie godziny, a potem szybko uciec do domu i tam dopiero żyć.

Ja dzisiaj wyszłam o 18:30. Trochę późno, ale Ramya chciała zrobić maksymalnie dużo, żeby mieć wyniki na środowy lab meeting. Nie byłam nawet zmęczona, ale niestety dzień się mocno skurczył. Po powrocie zjadłyśmy wspólny obiad (z wczoraj:P) i standardowo spędzamy wieczór w Mad housie. Nie mając ani telefonów, ani Internetu, ani – przede wszystkim – czasu nie możemy załatwić kilku ważnych rzeczy. Ale cóż, przyjdą z czasem – może nie do mnie – nie udaje mi się od 3 dni kupić przez Internet karty SIM T-Mobile ­– ale może chociaż do Mart i Beaty (im się jakimś cudem udało dokonać zakupu…).

Idę na siłownię i spać.

Dobranoc!

K8

Subskrypcja

Działa nowa wtyczka do subskrypcji, z poprzednią był problem. Przepraszam za niedogodności 🙂 mam nadzieję, że nikt się nie zniechęci i wpiszecie swoje adresy na listę jeszcze raz.

Aby otrzymywać powiadomienia o nowych notkach na swój adres email, należy klinkąć ikonkę Follow w prawym dolnym roku i podać swój email. Na skrzynkę przyjdzie wtedy automatyczna wiadomość z linkiem potwierdzającym. UWAGA zdarza się, że ląduje w folderze ze spamem!

Zapraszam!

K8

Weekend!

Pierwszy weekend w USA zbliża się ku końcowi.

W piąteczek odwiedziłyśmy Asię i Ewę, które organizowały małą imprezę w swoim domu. Niestety wszyscy się dosyć szybko zmyli, ale my siedziałyśmy Asi na głowie do późna (a może wczesna?), bo zebrało się na babskie rozmowy. W ogóle okazało się, że z Asią chodziłyśmy do tego samego liceum i miałyśmy tych samych nauczycieli. Mały świat! W obie strony szłyśmy pieszo około 5 kilometrów, bo się jakoś mijałyśmy z autobusami (jak już pisałam, system komunikacji nie jest specjalnie przejrzysty).

W sobotę wstałyśmy dosyć późno, zrobiłyśmy z Martą podejście do siłowni, ale kiepsko nam szło, zarwana noc trochę się dała we znaki. Potem pojechałyśmy z Jarkiem na wielkie zakupy, głównie jedzeniowe. Muszę przyznać, że jestem pozytywnie zaskoczona produktami spożywczymi. Spodziewałam się czegoś o wiele gorszego, a okazuje się, że można tu kupić praktycznie te same rzeczy, do jakich jesteśmy przyzwyczajone. Z resztą przy opisie naszego niedzielnego lunchu przekonacie się, że wcale źle tu nie jemy.

Po zakupach wpadł do nas Jarek, a potem jeszcze Karolina z Łukaszem. Bardzo się cieszymy, jak mamy gości, wtedy czujemy, że mamy swój własny dom. Poszliśmy na Corner (taka miejscówka, gdzie jest mnóstwo restauracji i knajpek) zjeść obiad w stylu tajskim. Mój kurczak w sosie z mango był przepyszny. Oczywiście mam zdjęcie 😉 wstawię, jak przyśle mi je Karolina.

Z Cornera udaliśmy się na Downtown („meanwhile downtown…” 😉 ) – wypadało by wreszcie zwiedzić centrum miasta. Okazało się całkiem urocze. Centralnym miejscem jest deptak, przy którym można znaleźć dużo knajpek i fajnych sklepów. Szczególnie mi się podobały vintage shopy z używanymi ciuchami i gratami. Muszę kiedyś pójść tam na dłuższe zakupy! Deptak kończy się budynkiem ratusza i amfiteatrem koncertowym. Świetną rzeczą jest murek, na którym można pisać kredą co tylko się chce. W wydaniu amerykańskim działa to dobrze, dominują napisy typu „Jesus loves you”, a nie wulgaryzmy, jakby to pewnie było w PL 🙁

Sobotni wieczór spędziłyśmy bardzo zabawnie 😀 Siedziałyśmy sobie w Mad housie, naszym drugim domu, surfując trochę po sieci. Poznałyśmy Gavina, który tu pracuje, co polega głównie na oglądaniu TV, bo zwykle nikt nic od niego nie chce. Pogadaliśmy trochę, a potem graliśmy we czwórkę w bilard i było dużo śmiechu ;))

Niedziela zaczęła się od wizyty świętego Mikołaja – kolejni Dobrzy Ludzie podarowali nam porcję potrzebnych w mieszkaniu rzeczy. Przede wszystkim mamy już stół i krzesła!!! Co prawda tylko dwa, trzecia osoba musi siedzieć na walizce albo czymś podobnym. Ale i tak się bardzo cieszymy :)) Mamy nawet śliczny obrus, na którym nawet plastikowe naczynia wyglądają trochę szlachetniej. Poza tym dostałyśmy także router (przyda się jak już podłączymy internet), suszarkę do prania (jupii!), chyba z 10 szklanek (wspaniale jest mieć prawdziwe naczynia), oprócz tego jeszcze komodo-półkę. Nasze mieszkanie zaczyna naprawdę być mieszkalne!

Po akcji z meblami postanowiłyśmy obadać pralnię. W efekcie zajęłyśmy 3 pralki, piorąc nasze ubrania i kocw/narzuty/kołdry, które kilka dni temu przywiózł nam Karol (dziękujemy!). Zdecydowałyśmy, że nie będziemy korzystać z suszarki, bo to niszczy ubrania i w konsekwencji nasze mieszkanie zostało całe obwieszone mokrymi ciuchami. W powietrzu jest tak dużo wilgoci, że rzeczy nie schną na balkonie mimo bardzo wysokiej temperatury powietrza. Nawet jeśli wydają się suche, to zostaje w nich ukryta wilgoć (hasło dnia), co jest trochę kiepskie i obawiam się, że jednak zmusi nas do używania suszarki bębnowej. Póki co testujemy inne opcje. Najlepszym pomysłem wydawało się wstawienie podsuszonego prania do środka. Na zdjęciu widać całą instalację – zasadniczą rolę pełni wiatrak sufitowy.

Na jakiś czas zajęła nas jeszcze jedna wciągająca czynność. Mianowicie odkryłyśmy, że Beata przywiozła ze sobą taki super zestaw do robienia wzorków na paznokciach. Z miejsca zakochałyśmy się w szablonie z sówką i z zacięciem zdobiłyśmy się nawzajem.

Po intensywnych pracach domowych przyszedł czas na gotowanie lunchu. W menu był ryż z krewetkami w sosie z zielonego curry (ha, i kto teraz powie, że w USA jest niedobre jedzenie?) oraz pyszna sałatka z pomidorami i oliwkami. Było pysznie!

Po obiedzie przyszedł czas na to, co miałyśmy robić dzisiaj caaaały dzień – czytanie publikacji i materiałów, które dotyczą naszych projektów. W związku z tym udałyśmy się do Mad housa i sobie tu siedzimy. Na zewnątrz dla odmiany trwa ulewa i słychać grzmoty. Biorę się za czytanie publikacji od Davida. Życzcie mi szczęścia! Patrząc na miny Beaty i Marty myślę sobie, że może nie być tak lekko…

Cmok!

K8

Podróże małe – a może duże?

Jak już wspominałam, mam dzisiaj wolny dzień. Nie miałam żadnych konkretnych pomysłów co dzisiaj robić. Jestem jeszcze mało zorientowana w topografii Szarlotki, więc nie pojechałam do żadnych znajomych. Konstruktywne pomysły skończyły mi się w momencie, kiedy mieszkanie opuścił pan złota rączka. Poszłam więc zagłębić się w Internety, co zajęło mi trochę czasu. Weszłam do kuchni, żeby zjeść płatki, ciesząc się, że do suszarki na naczynia dołączone było kilka plastikowych miseczek (swoją drogą dziwne). Przypomniało mi się jednak, że nie mamy żadnych sztućców, ani nawet naczynia, w którym można zrobić herbatkę! To gorzkie rozczarowanie przeważyło szalę – idę na zakupy! Na dodatek wiedziałam, że dziewczyny byłyby bardzo zadowolone, gdybym kupiła kółka do zawieszenia zasłonki do wanny (kupując zasłonę nie zauważyłyśmy, że nie ma ich w zestawie).

Łatwiej postanowić, niż wykonać. Do tej pory wszędzie woził nas Jarek (taki był kochany!). Ale wytłumaczył nam też, jak się poruszać autobusami. Przystanek mamy bardzo blisko. How bad can it be? Wyszłam z domu. Ahoj przygodo!

To, co działo się dalej, uświadomiło mi dobitnie dlaczego mówi się, że w Stanach panuje kultura samochodowa. Po pierwsze – autobus nr 8, który chciałam złapać, jeździ co godzinę. Nie jest to podmiejski odpowiednik PKSa, żadna prowincjonalna, nieważna linia. Raz-na-godzinę. Lekki szok. Tak się złożyło, że miałam więcej szczęścia niż rozumu – wg rozkładu autobus miał przyjechać za niewiele ponad 5 minut. Faktycznie wsiadłam do niego po niecałym kwadransie. Przejazdy są dla mnie darmowe po okazaniu karty studenckiej – tu akurat duży plus.

Przejechanie tych paru kilometrów, dzielących mnie od centrum handlowego przy Barracks Road (Polacy mawiają tu „jechać na baraki”) zajęło dziwnie dużo czasu. Wysiadłam, zrobiłam zakupy w dwóch sklepach. Zdobyłam jednorazowe, ale porządne naczynia, trochę kosmetyków i taśmę klejącą. Ciągle jednak nie miałam zawieszek do łazienki! Wróciłam na przystanek. Z tego samego miejsca odjeżdżają ósemki w dwóch kierunkach (trasa autobusu prowadzi przez to centrum handlowe dwa razy, żeby każdy na pewno miał szansę wydać trochę siana): do domu (kuszące) albo dalej, do miejsca, gdzie na pewno dostanę to, czego potrzebuję. Do autobusu powrotnego miałam jeszcze ponad pół godziny (!), akurat przyjechał ten drugi, a moje zadanie ciągle było nie wypełnione. Wsiadłam.

Zanim dotarłam do Big lots, przejechałam (bardzo wolno) przez chyba 3 inne centra handlowe. Trasa tego autobusu to nic więcej niż przejazd przez wszystkie możliwe zakupowe miejsca, i to czasem dwukrotnie!! Czy tylko po zakupy Amerykanie jeżdżą autobusem? Zapytałam się jakiejś pani gdzie mam wysiąść, wskazała mi przystanek. Przygotowana na najgorsze, sprawdziłam za ile czasu mogę wrócić do domu. Pół godziny, hurra! Całkiem sensowny odstęp. Co prawda zakupy zajęły mi trochę mniej, byłam na przystanku z bezpiecznym wyprzedzeniem.

Droga powrotna minęła bez przygód poza tym, że prawie zamarzłam od klimatyzacji (chociaż już się nauczyłam, żeby zabierać bluzę lub sweter, kiedy mam zamiar wejść do supermarketu). Przejechałam znowu przez baraki, a potem prosto na Oxford Hill, pod sam dom.

Wychodząc z autobusu, I couldn’t help but wonder, dlaczego wyjście do sklepu zajęło mi 2,5 godziny? 😀

Dzięki temu, że nigdzie się nie śpieszyłam i doceniałam krajoznawcze walory tej wyprawy, cała sytuacja bardziej mnie rozśmieszyła niż zdenerwowała. Szkoda, że nie ma tu małych osiedlowych sklepików, do których zawsze jest blisko i że potwierdza się stereotyp – w USA naprawdę ciężko żyć bez samochodu.

Idę zwiedzić Mad house’ową siłownię 🙂

K

4 lipca

Dzisiaj relacja – głównie zdjęciowa – z wczorajszego święta.

Około 4 po południu zostaliśmy wszyscy przywiezieni do domu pana Zygmunta. Ja, Beata i Marta jechałyśmy z Kasią i dzięki temu mamy już na koncie pierwszą przejażdżkę kabrioletem w USA 😀

Kiedy dotarłyśmy na miejsce, właśnie zostały przywiezione zakupy, które pomagały robić 3 osoby z naszego rocznika.

Wspólnie przygotowaliśmy same pyszności – sałatki, koreczki, szaszłyki, steki <3, wspaniałą jagnięcinę, a także łososia i rybę-miecz. Wszystko zgrillowane smakowało fantastycznie!

Na deser były lody (amerykańskie lody są przepyszne) i grillowane plastry ananasa.

Po jedzeniu pojechaliśmy do pobliskiego parku miejskiego oglądać niepodległościowe fajerwerki. Pokaz trochę się opóźnił, ale warto było czekać. Całość trwała bardzo długo, ciężko ocenić, ale moim zdaniem z 10-15 minut. Fajerwerki nie zrobiły na nas piorunującego wrażenia (stwierdziłyśmy z Agatą i Martą, że na Wiankach w Warszawie są lepsze :P). Poza tym wszyscy mamy jeszcze trochę jet lag i wieczorami wcześnie jesteśmy senni. Ja za to budzę się przed budzikiem.

Pan Zygmunt odwiózł mnie i moje współlokatorki z powrotem na Oxford Hill. Jako, że było już ciemno, postanowiłyśmy zapalić lampy, które dostałyśmy od Jarka. Niestety nasza instalacja nie polubiła jednej z nich i wysiadło nam oświetlenie :] Wzięłam prysznic, oświetlając łazienkę laptopem 😉

Dzisiaj rano dziewczyny poszły do labów, a ja zadzwoniłam, żeby zgłosić usterkę. Po kwadransie przyszedł miły pan, naprawił światło, pikający bez potrzeby czujnik CO i nieotwierające się okno. Wygląda na to, że takie sprawy załatwia się na naszym osiedlu miło, sprawnie i bezproblemowo.

Nasze mieszkanie powoli zaczyna być coraz bardziej funkcjonalne i przytulne, ale póki co pozostaje świątynią minimalizmu 😉

Kończę, bo siedzę w Madhousie już chyba 2 godziny i zamarzam od klimatyzacji. Miłego oglądania zdjęć, całusy!

K

Hello, world! :)

3… 2… 1… Start!!

No, to przybyłam i zobaczyłam 🙂 czas na pierwszą, przydługą, zbyt szczegółową notkę organizacyjną.

Podróż minęła spokojnie, była zaskakująco mało męcząca. Lot do Monachium i przesiadka poszły bardzo sprawnie; odcinek Monachium- Waszyngton był większym wyzwaniem.
Lot trwał ponad 9 godzin. Na szczęście w Airbusie 330 czułam się trochę jak w pociągu 🙂 prawie wcale nie dało się odczuć turbulencji czy w ogóle ruchu. Jednak taka duża machina jest znacznie bardziej stabilna.
Ja przetrwałam podróż w typowym dla siebie stylu, zapadając w głęboki sen jeszcze zanim samolot oderwał się od ziemi 😉
Dodatkowa zaleta było niewątpliwie towarzystwo. Tak się złożyło, ze 8 osób z programu kopiło bilety na to samo połączenie. Każde z nas czuło się o wiele raźniej i bezpieczniej, nie mówiąc o tym, ze czas mija szybciej, kiedy jest z kim pogadać.

Po przylocie do Waszyngtonu każde z nas musiało odbyć rozmowę z konsulem. Ja byłam ostatnia w kolejce i dostałam chyba najdziwniejszy zestaw pytań. Co pani studiuje? Biotechnologię? Będzie pani robić bomby? 😀 W pierwszym odruchu chciałam zażartować, tak bardzo absurdalne wydało mi się to podejrzenie, ale na szczęście ugryzłam się w język. Amerykanie są śmiertelnie poważni w takich kwestiach, lepiej nie pozostawiać nawet cienia niedosłowności w swoich wypowiedziach. Nigdy nie wiadomo, kiedy ktoś postanowi podążyć temat i cala akcja urośnie do rozmiarów afery międzynarodowej.

Na lotnisko przyjechał do nas pomysłodawca i główny organizator całego programu – prof. Zygmunt Derewenda, drugi busik prowadził polski student Paweł. Świadomość, ze po wyjściu z samolotu nie będziemy musieli na własną rękę szukać transportu do Charlottesville, znacząco zmniejszyła stres związany z cala podrożą.

Po około 2 godzinach byliśmy na miejscu (oczywiście w samochodzie zapadłam natychmiast w sen). Ja i moje współlokatorki – Beata i Marta – nie miałyśmy w nocy dostępu do naszego mieszkania, więc zostałyśmy na noc u znajomych polskich studentów.
Nie dane nam było długo spać, bo o 10 musiałyśmy już być w labie na spotkaniu. Każdy został zaprowadzony do swojego tutora. David, szef mojego labu, jest bardzo kochany i życiowy. Poopowiadał mi trochę o tym, nad czym pracują i co planuje dla mnie. Jestem bardzo zaciekawiona i podekscytowana, mam wrażenie, że dobrze się mną zajmą. Poznałam resztę zespołu (4 osoby, wszyscy Amerykanie) i poszliśmy razem na lunch, było super sympatycznie 🙂
W piątek nie muszę iść do pracy (mało kto miał zamiar być w labie dzien. po obchodach 4 lipca), wiec dopiero w poniedziałek przystąpię do działania. Nawet całkiem się nie mogę doczekać 🙂

O 13 mieliśmy umówione kolejne spotkanie, tym razem trzeba było wyrobić legitymację studencka i wypełnić papiery. Potem całą zgrają udaliśmy się do banku, żeby założyć konta. Zostaliśmy bardzo sprawnie obsłużeni i rzetelnie poinformowani o tym, jak obsługiwać bankomat 😉

Potem zaczęła się przygoda z mieszkaniem. Pobiegłyśmy z Beatą odebrać klucze z odpowiedniego biura. Czasu nie było dużo. Na miejscu okazało się jednak, że zabrakło nam jakiejś minimalnej liczby dolarów do całej należnej kwoty. Pani, która nas obsługiwała stwierdziła, że do bankomatu jest 5 minut drogi, wiec poszłyśmy szybko we wskazanym kierunku.
Okazało się, że Amerykance nie przyszło do głowy, że nie mamy do dyspozycji samochodu. Do banku dotarłyśmy po 25 minutach, zziajane i mokre, skorzystałyśmy z bankomatu, do którego powinno się podjeżdżać samochodem. Miałyśmy już kasę w garści, ale powrót w 10 minut, które zostały do zamknięcia biura wydawał sie niemożliwy. Byłyśmy zdesperowane, nie chciałyśmy zwlekać z odebraniem kluczy ani chwili dłużej. Dodatkowo stresował nas fakt, ze następnego dnia biuro miało być zamknięte (4 lipca), wiec nasza tułaczka przedłużyłaby sie jeszcze bardziej.
Poradziłyśmy sobie w jedyny możliwy sposób. Zaczepiłyśmy panią, wyjeżdżająca z supermarketu razem z córeczka. Cale zziajane i zaaferowane opowiedziałyśmy w skrócie, ze mamy emergency situation i poprosiłyśmy o podwózkę. Pani była trochę zdezorientowana, ale podjęła wyzwanie, ratując nasze polskie tyłeczki 🙂 Tylko dzięki niej udało nam sie w ostatniej chwili wpaść do biura i odebrać wszystkie potrzebne klucze, kluczyki i papiery. Dodatkowej grozy dodały grzmoty, zapowiadające burze. Na szczęście oberwanie chmury nastąpiło, kiedy juz byłyśmy pod dachem.

Od razu pobiegłyśmy pod drzwi naszego mieszkania nr 722A. Miałyśmy ogromna nadzieje, że to, co zastaniemy w środku, zrekompensuje nerwy ostatnich godzin. Rozczarowanie mogłoby nas pchnąć na skraj załamania 😛
Na szczęście w naszym mieszkanku zakochałyśmy sie od pierwszego wejrzenia.
Po schodkach weszłyśmy do środka i naszym oczom ukazał sie przestronny i jasny salon z balkonem, wyłożony wykładziną (jak reszta mieszkania). Pokoje tez zrobiły dobre wrażenie, chociaż mogłyby mieć trochę większe okna.
Szczególnie przypadła nam do gustu kuchnia z ogromna lodówka, wielka kuchenka i piecykiem oraz zmywarka w rozmiarze półprzemysłowym 😉
Łazienka tez była wyczyszczona, biała i schludna.
Uczucie ulgi, ze nasze mieszkanie nie rozczarowało (a wręcz przeciwnie), zasnute było jednak świadomością, ze to dopiero początek… Szkopuł w tym, ze w naszym gniazdku jest póki co kompletnie pusto. Nie ma ani jednego mebla, ani nawet lamp w pokojach. Tutaj taki jest standard- landlord nie zapewnia żadnego wyposażenia.
Cale szczęście w Szarlotce panuje bardzo sprawna rotacja mebli i sprzętów domowych. Meblowanie mieszkań i domów polega na kombinowaniu i zdobywaniu rzeczy. W tym momencie sporo osób wyjeżdża (nasi poprzednicy), wiec często największym problemem nie jest samo znalezienie potrzebnych przedmiotów, ale transport tych większych.
Trochę przerażająca jest taka zupełna pustka, ale z drugiej strony wizja meblowania, a raczej polowania na meble wydaje sie dosyć zabawna i wciągająca. No, i trzeba przyznać, ze jesteśmy minimalistkami, przynajmniej przez chwile. 100 przedmiotów pozostaje ciągle w sferze Marzen ;))

Nie bardzo miałyśmy juz sile na przeprowadzkę tego dnia, było juz późno. Postanowiłyśmy jeszcze na jedna noc skorzystać z gościny znajomych. Pojechaliśmy na zakupy, do chińczyka po kolacje (mniam!), i po małym posiedzeniu integracyjnym 😉 poszliśmy spać.

Dzisiaj jest 4 lipca, Święto Niepodległości 🙂 Dla nas rzeczywiście zaczyna się niepodległość – chłopcy pomogli nam przewieźć nasze rzeczy do mieszkania, a przede wszystkim sprezentowali nam kilka potrzebnych rzeczy: materace, lampy i inne. Wczoraj kupiłyśmy też środki czystości, kosmetyki itp., więc dziś wielkie sprzątanie i rozpakowywanie 😀 Wspaniała sprawa.

Po południu jedziemy na świątecznego grilla do pana Zygmunta, na pewno będzie super 🙂 oczywiście na koniec obowiązkowo jedziemy oglądać fajerwerki, hurra!!

Całuję wszystkich, którzy dobrnęli do końca :* <3

 

Follow

Get every new post on this blog delivered to your Inbox.

Join other followers: