Monthly Archives: Sierpień 2013

Mały wpisik

Dzisiaj dostałam paczkę prosto z Warszawy! Przywiozła mi ją Asia, która pojechała do Polski, pełnić zaszczytną funkcję świadkowej na ślubie swojej siostry. Dziękuję!

Pewnie nie robiłabym kłopotu ani Asi, ani mojej mamie i siostrze, gdyby nie to, że zapomniałam bardzo ważnej rzeczy. Ładowarki do aparatu! Jeszcze mi się to chyba nigdy nie zdarzyło, a musiało akurat teraz, kiedy sobie wymyśliłam podróżowanie i blogowanie.

No, a jak już była akcja przekazywania rzeczy, to dołączyłam do listy jeszcze kilka. Kilka najpotrzebniejszych lekarstw – bo tutaj na ból gardła sprzedają cukierki, moją ukochaną pomadkę Bebe – co z tego, że półki się uginają od innych pomadek, żadna nie była lepsza – oraz kilka płyt Ewy Chodakowskiej, żeby wreszcie urozmaicić nasze trneningi.

Otrzymanie tego zestawiku baaardzo mnie ucieszyło! Aparat już naładowany, gotowy do akcji 🙂 Treningu chyba dzisiaj nie zrobię, bo źle się czuję cały dzień, ale na pewno będzie grany już wkrótce. Leki – mam nadzieję, że się nie przydadzą, ale przezorny zawsze ubezpieczony.

 

Dostałam dzisiaj jeszcze jeden fajny prezent, tym razem od mojego szefa. Trafił w mój czuły punkt, bo kupił mi program komputerowy (sweet, prawda?), który służy do obróbki statystycznej danych doświadczalnych. Proces wygląda tak: najpierw przeprowadzam reakcje w małych probóweczkach, nakładam poszczególne próbki na żel, podłączam pod prąd, żeby odpowiednio się ustawiły, robię im zdjęcie na specjalnej machinie. Potem specjalnym programem mierzę intensywność prążków na żelu – który jest bardziej czarny 🙂 W efekcie dostaję wartości, które nie mają same w sobie sensu. Trzeba narysować wykres, a potem dopasować równanie, które pasuje do zależności i opisuje ją najdokładniej. To właśnie robi mój program 🙂

Dzisaj uzyskałam całkiem ciekawe wyniki, może wreszcie coś fajnego się okaże, Mot1 uchyli rąbka tajemnicy 🙂 Zobaczymy. W każdym razie trochę się nie mogę doczekać jutra, więc chyba pozytywnie.

Buziaki dla wszystkich, którzy czytają :*

K8away

Meetup’owe przygody

Notka miała być pisana na gorąco, nawet zaczęłam wczoraj od razu po powrocie. Niestety tradycyjnie zasnęłam przy Grze o Tron, więc nadrabiam teraz 🙂

Wczoraj spędziłam bardzo intrygujący wieczór. Otóż jakiś tydzień temu, Łukasz zaproponował mi, żebyśmy wybrali się na spotkanie. Miałam mieszane uczucia, ale pomyślałam, że nie zaszkodzi się przejść, może poznamy ciekawych ludzi? Poza tym, zamiłowanie Amerykanów do tworzenia społeczności i grup różnego typu było jedną z rzeczy, które chciałam zbadać podczas swojego pobytu w USA.

Całą drogę musiałam oczywiście przejść pieszo (kocham system autobusowy Szarlotki :> ), więc wpadłam do sali spóźniona i zgrzana. Moim oczom ukazał się duży prostokątny stół, przy którym zasiadało już kilkanaście osób. Usiadłam koło Łukasza, napisałam swoje imię na nametagu („Hello, my name is ______” ) i przyjrzałam się otoczeniu odrobinę uważniej. Wszyscy, poza mną, Łukaszem i jeszcze jedną dziewczyną w naszym wieku, która przyszła, bo brała udział w jednym z opisywanych w prezentacji badań, byli w wieku okołoemerytalnym, więc najpierw czuliśmy się trochę dziwnie. Szczerze mówiąc, w sumie nie wiem dlaczego, spodziewałam się bardziej uniwersyteckiego klimatu. No ale co za różnica – przyszedł czas na wysłuchanie prezentacji profesora Andersona z UVa.

Profesor napisał książkę „Why do we believe in god(s)”, która jest naukowym opisem mechanizmów w ludzkiej psychice i fizjologii, które powodują, że religia jest ludziom potrzebna i że w ogóle narodziła się w procesie rozwoju cywilizacji.

Nie byłam przekonana czy temat mnie porwie. W końcu nie mieści się w głównym nurcie moich zainteresowań. Ale wydaje mi się, że prof. Anderson mógłby do mnie mówić na każdy temat i byłabym tak samo zafascynowana. Okazało się bowiem, że prezentacja była wspaniale przygotowana – struktura przemówienia, słowa, slajdy, oraz synchronizacja między nimi. Trzeba przyznać – takie wystąpienia to jest coś, w czym Amerykanie są naprawdę diabelnie dobrzy.

Zaczęło się od omówienia teorii ewolucji życia na Ziemi i człowieka, później kilku przełomowych momentów tego procesu, wreszcie nastąpiło płynne przejście do religii i jej obrzędowości. Niejednokrotnie podana została definicja rytułału religijnego – hard to fake, honest, costly signal of committment. Pojawił się także ciekawy, a wręcz intrygujący eksperyment. Wszyscy słuchacze mieli najpierw zastanowić się, jak się dzisiaj czują, opisać to jednym słowem, później uszczypnąć się mocno w rękę – zadać sobie ból i przywołać w myślach osobę, z którą miało się ostatnio konflikt. Potem nastąpiło coś niespodziewanego. Dostaliśmy za zadanie objąć się ramionami (w kole), kołysać na boki (zsynchronizowany ruch) i zaśpiewać 4 zwrotki Amazing Grace (tekst był na slajdzie). Te wszystkie elementy stanowią tzw. „song, dance, and trance”, czyli podstawę pierwotnej religii. Ich wykonywanie zwiększa poziom endorfin i oksytocyny, co powoduje m.in. powstawanie więzi między ludźmi oraz ogólną poprawę samopoczucia. Po odśpiewaniu piosenki (wg mnie było to bardzo śmieszne + lubię tę piosenkę!), mieliśmy powtórzyć czynności – ocenić swój nastrój (opisałam go wcześniej w swojej głowie słowem intrigued, więc nic się nie zmieniło w wyniku ćwiczenia, wręcz przeciwnie 😉 ), uszczypnąć w ręke (nie było wg mnie różnicy). Co mnie zaskoczyło – przypomnienie sobie konfliktu zajęło mi o wiele więcej czasu niż kilka minut wcześniej i musiałam się bardzo skupić! A więc coś w tym jest, taki grupowy rytuał ma kojącą (dobre słowo?) moc.

Po prezentacji, która naprawde była bez zarzutu, wywiązała się rozmowa na średnim poziomie. Najwięcej emocji wywołał fakt, że Anderson kazał śpiewać religijną pieśń ateistom – niektórzy czuli się dotknięci czy zniesmaczeni.

Największym hitem było to, co stało się później. Okazało się, że współautorka książki, która też była na sali, jest w połowie Polką, a jedyne tłumaczenie jakie się ukazało, to – zgadnijcie – wersja polska. Kiedy ja i Łukasz powiedzieliśmy, że jesteśmy Polakami, kobieta się upewniała „Are you Polish-Polish, real Polish, like, you speak Polish?” 🙂 Radość była wielka. W efekcie dostaliśmy egzemplarz polskiej książki „Dlaczego wierzymy w boga(-ów)?” z dedykacją od obojga autorów. Bardzo śmieszne, że spotkanie, do którego wcale nie byłam przekonana, okazało się tak bardzo intrygującym i wzbogacającym doświadczeniem. Jednak niesiedzenie w domu popłaca 🙂

Jeszcze kilka zdań o sprawach zawodowych. Dzisiaj byłam na prawie godzinnej rozmowie u mojego szefa. Niesamowicie mnie to doładowało. Powiedział, że chce, żebym po roku w jego labie miała „a story to tell”,  jakieś konkretne odkrycia i efekty mojej pracy. Póki co mam się skupić się na jednym wątku, bo każdy jeden eksperyment w jego ramach mówi coś nowego o badanym kompleksie białkowym. Czuję, że będą się działy wielkie rzeczy! David jest tak w to wkręcony, że napędza też mnie do pracy. Efekt natychmiastowy – dzisiaj siedziałam do 19 🙂 Ale tak naprawdę to dlatego, że skończył mi się jeden bufor i zrobienie go zajęło mi sporo czasu, a  późno zaczęłam.

Pozdrowienia i buziaki dla wszystkich, którzy czytają 🙂 Tęsknię już dosyć mocno za moim warszawskim życiem, wielu rzeczy i OSÓB mi bardzo brakuje. Ale cóż, skupiam się na tym, że tu też jest fajnie i jakoś ciągnę do przodu 🙂

K8away

Radości deszczowego weekendu

W każdy piątek wieczorem przepełnia mnie energia do odpoczywania 🙂 Zawsze mam ochotę gdzieś wyjść, zrobić coś fajnego, innego niż przez cały tydzień.

W ten piątek było tak samo, do momentu, kiedy nie przyszło nam do głowy, żeby obejrzeć kolejny odcinek „Gry o Tron”. Godzinne oglądanie, w połączeniu z wypiciem dwóch piwek, spowodowało natychmiastowy efekt usypiający. W rezultacie poszłam spać o północy, nie opuszczając mieszkania nawet na moment. Ale cóż, potrzebowałam widocznie odpoczynku 🙂

Sobota zaczęła się bardzo przyjemnie. Z inicjatywy Ivana, grupą kilku osób wybraliśmy się na poranną kawę do miejsca, w którym pracuje Randi. Mają tam przepyszną, świeżo paloną kawę, zapach unosi się wszędzie, zostaje nawet na ubraniu. Sobotnie śniadanie to dla mnie świętość, najprzyjemniejszy chyba posiłek, więc bardzo się cieszyłam, że mogę go spędzić go w gronie znajomych, w przytulnie urządzonej kawiarni. Wprawiło mnie to w dobry nastrój od samego rana.

Po śniadanku Josh dzielnie pojechał z nami na zakupy. Dziewczyny zaszalały trochę bardziej, ja wyszłam z nowymi Conversami w kolorze odblaskowo-malinowym 🙂

Później przyszedł czas na lunch w Lemon Grass i krótką wycieczkę do labu. A potem… główny punkt programu!!! Otóż piszę właśnie z mojego nowego komputera 😀 Korzystając z tego, że elektronika jest o wiele tańsza w  USA niż w Polsce, spełniłam swoją geekową zachciankę i kupiłam wymarzony komputer. Nazywa się Yoga i można z niej zrobić tablet 🙂 jupiii! Oczywiście jako totalnie komputerowy człowiek byłam bardzo podekscytowana i szczęśliwa. Cały czas odkrywam nowe rzeczy i to jest suuuuper 🙂

Wieczorem razem z Martą, Randi i Joshem pojechaliśmy do znajomych na oglądanie zdjęć z Hawajów. W pewnym momencie wyszliśmy na chwilę się przewietrzyć i przez przypadek trafiliśmy do domu naprzeciwko. Okazało się, że był tam już Paweł i grał na gitarze. Potem grał Josh. Po chwili okazało się, że obecnych jest jeszcze kilkoro muzyków. Ostatecznie grali na zmianę na gitarze, bębenku Pawła i uwaga… saksofonie! Cała akcja, że obcy ludzie spotykają się i po chwili zaczynają improwizować, grać i śpiewać była magiczna 🙂 Śpiewaliśmy też trochę polskich piosenek, a na koniec piosenki z filmów Disneya w różnych językach 🙂 Taki to jest właśnie klimat w Szarlotce – czasem zupełnie przypadkiem poznaje się wspaniałych ludzi i spędza najlepszy czas!

Dzisiaj rano zamieszkał z nami nowy współlokator – kotek rasy Manx o imieniu JB 🙂 Tak naprawdę należy do Randi i Josha, ale z powodu perturbacji mieszkaniowych zostanie jakiś czas u nas. Jest niezmiernie piękny, ma charakterystyczny dla rasy krótki ogon i psi charakter 🙂

Z powodu kiepskiej pogody – deszcz przez całą noc i pół dnia – niedziela minęła leniwie i sennie. Pojechałam na zakupy spożywcze do fajnego, „lepszego” marketu z Jake’iem, znajomym z piętra, potem naszym standardowym 5-osobowym składem (+ JB) obejrzeliśmy „Parnassusa”. Później przyszła „pora na trening”, który był dosyć szczególny, bo Ewa Chodakowska hasała po ścianie w rozmiarze zbliżonym do 1:1. Już się tak przyzwyczaiłyśmy do tego projektora, że jak właściciele zabiorą go z powrotem, to chyba kupimy sobie własny, jakiś używany.

Tyle się działo w ten weekend, że na pewno o czymś zapomniałam. Trudno, będę najwyżej dopisywać 🙂 🙂 Czas na kilka zdjęć! Enjoy.

K8i

Czuję się trochę bogiem

…sprawiłam, że drożdże wyprodukowały dla mnie moje białko. How cool is that?! 😀

Dzisiaj był dzień Westerna, czyli godzinne  inkubacje z kolejnymi przeciwciałami itp. Potem wywołałam wszystko na kliszy i wyszło, że faktycznie jest moje białko w prepie. Może to nic takiego, ale pierwszy raz robiłam to sama i David powiedział, że dobra robota :), także jest satysfakcja.

Jednocześnie muszę się przyznać do jednej rzeczy. Przejęłam już amerykański styl pisania – kropki zamiast przecinków dziesiętnych, jedynki jako proste kreski itp. Tak, daty też piszę w formacie 8/14/13.  Zaczęło się od tego, że podpisując probówki musiałam to robić tak, żeby inni ludzie byli w stanie to odczytać, a potem się już rozpędziłam. Ciężko mi teraz korzystać z polskiego excela, gdzie działają przecinki, a jak się wpisze kropkę, to jest error. Dziwię się, że tak szybko się przestawiłam, ale widocznie ten system nie jest taki najgorszy. Okazał się wręcz całkiem wygodny 😉

Załączam zdjęcie kliszy na dowód mojego prywatnego małego sukcesiku. Specjalnie zrobiłam skan – jestę blogerę!

 

Blot Mot1

Just a few words

Muszę napisać o niedzieli! Bo to był super dzień.

Wstałyśmy niestety znowu późno, chociaż z imprezy wróciłyśmy dosyć wcześnie. Ogarnąwszy się, pojechałyśmy na obiad do domu przy Center (no dobra, w połowie drogi zadzwoniłyśmy po Łukasza – w niedzielę nie jeżdżą autobusy cały czas!! Jeszcze chyba tydzień trzeba wytrzymać w takich warunkach).

Karola (aka mama 😉 ), Łukasz, Dominik i Kasia z Jordanem zaprosili nas na wspaniaaaaały polski obiad!! Były SCHABOWE, ziemniaki (!!!) i przepyszna mizeria. To niesamowite, jak takie rzeczy smakują, kiedy się ich nie ma na co dzień. Jakby tego było mało, na deser była szarlotka z lodami 🙂 żyć nie umierać!

Po obiadku poszłyśmy na nasz basen Oxfordowy. Ja byłam na nim pierwszy raz – jakoś wcześniej się nie składało – tak to jest, jak się ma coś pod nosem. Dołączyli do nas Łukasz i Ivan, fajnie było!

To nie był wcale koniec atrakcji. Czekała nas jeszcze proszona kolacja! Tym razem gotował Josh, który już niejednokrotnie szeroko opowiadał o swoich umiejętnościach kulinarnych. Faktycznie mówił z pasją, dostawał wręcz słowotoków na ten temat. Rzeczywistość nas nie rozczarowała – Josh stawiał przed nami kolejne dania. Na przystawkę – panierowane kalmary i ośmiornice, później mule, a jako danie główne kurczaka zapiekanego w pomidorach i parmezanie. Dwie wspaniałe uczty jednego dnia = taaaaaakie szczęście! Nasi znajomi nas niesamowicie rozpuszczają. Dziękujemy bardzo!!!!!!!!!!

Po kolacji przenieśliśmy projektor (który w ogóle potrafi wyświetlać w 3D, tylko są 2 pary okularów, więc trochę za mało) do nas na górę i na pustej ścianie wyświetliliśmy film. Ja oczywiście zasnęłam po jakiejś godzinie (kto mnie zna, ten wie, że i tak długo wytrzymałam), ale cóż, i tak było super 🙂

 

2013-08-11_22-31-39_987

 

 

 

 

 

 

 

 

Dzisiaj… znowu był poniedziałek!

David się chyba zorientował, że trochę byłam zostawiona samopas, bo dzisiaj się upewniał czy wszystko ok i omawiał ze mną różne rzeczy, zachęcał, żebym zadawała pytania. Bardzo dobrze w sumie 🙂

Oczyściłam dzisiaj moje białeczko. Trochę mi się nie chce wierzyć, że wszystko po drodze poszło tak gładko… Zobaczę jutro, jak przeprowadzę testy. Może dopisze głupie szczęście, ciężko powiedzieć.

W każdym razie w tym obrazku:

mals_which_step_have_you_reached_today

 

 

 

 

 

 

 

 

 

doszłam do etapu ‚I did it’, przechodząc przez wszystkie poprzednie. Zobaczymy tylko, czy nie będę musiała powtórzyć całej procedury 😛 No, ale takie życie.

Dzisiaj w nagrodę za przetrwanie poniedziałku był trening z Martą i wspólne (jeszcze z Randi i Joshem, którzy wpadli z dyniowymi muffinami) oglądanie pierwszego odcinka Gry o Tron (też na ścianie, to jest taaaakie super!).

Idę spać, bo nie dam rady jutro!

Dobranoc Ameryko, dzień dobry Polsko 🙂

K8i

Co tam słychać w Szarlotce

Hej hej!

Ahh, cóż to był za intensywny tydzień!

Przede wszystkim – praca zajęła mi dużo czasu i sił. Od poniedziałku ciągnęła się moja pierwsza hodowla drożdży, transformowanych takimi genami, żeby produkowały nasze białko. Trzeba najpierw zwykły szczep zaopatrzyć w specjalny konstrukt genowy, potem wyhodować na małą skalę, następnie w 1 litrze pożywki, zaindukować produkcję naszego konkretnego białka, rozwalić komórki, żeby wyszło z nich całe białko, a potem oczyścić NASZE białeczko za pomocą przeciwciał. W ten sposób otrzymuje się materiał do dalszych doświadczeń. Cała operacja ciągnie się w czasie, te małe wredne żyjątka rosną jak chcą (albo nie rosną 😉 ), a jak się popsuje w którymś momencie efekty pracy z całego tygodnia, to jest ból… Ja przez cały tydzień brnęłam przez ten protokół, co chwilę trafiając na przeszkody typu „nie wiem o co chodzi” albo „gdzie ja mam szukać tych wszystkich odczynników”. Musiałam nieustannie zadawać komuś pytania, co nie jest komfortowe. Poza tym, moi współpracownicy zajmują się zupełnie innymi rzeczami i często po prostu nie wiedzą co mi odpowiedzieć. Jedyną osobą, która jest w stanie mi pomóc jest David, który ostatnio jest bardzo zajęty, bo zespół jest o krok od opublikowania kolejnego artykułu. Kilka dni temu przyszły recenzje, bardzo dobre, ale jednak trzeba coś poprawić, a nawet powtórzyć jeden pomniejszy eksperyment. Dlatego ciągle nie wiem do końca, czy dobrze robię, to co robię. Pewnie wkrótce się okaże. W piątek chciałam długo siedzieć i jeszcze pocisnąć dalej temat, ale w końcu ogarnęło mnie uczucie bezradności, które przeszło w irytację (złość?) , w rezultacie rzuciłam wszystko w cholerę do zamrażarki i poszłam się weekendować – wreszcie! 😀

A weekend mam naprawdę miły. W piątek (czyli wczoraj) wróciłam z pracy bardzo późno i zmęczona. Dziewczyny poszły grać w plażówkę, czego ja nie robię z zasady, więc zostałam sobie w domu i chillowałam, zbierałam siły na noc 🙂

Marta i Beata wróciły z naszym znajomym Chrisem. Pojechaliśmy na zakupy, a że nie było jakichś konkretnych planów na wieczór, zaprosiłyśmy ekipę siatkówkową do siebie na małą imprezę. Poza tym oczywiście był stały skład w postaci Gavina i Josha (Rendi była zmęczona). Posiedzieliśmy do późnych godzin porannych przy grach i piwku. Dzisiaj rano (hm, może raczej w południe) lał deszcz, więc zostałyśmy w domu. Wpadł do nas Łukasz i przyniósł wszystko, co potrzebne, żeby zrobić coconut bread. Świetny pomysł! Nam by pewnie nie wpadł do głowy 😛 Łukasz kupił całego kokosa, któego starliśmy – dzięki temu ciasto smakuje o wiele lepiej niż z suchych kokosowych wiórów. W międzyczasie zjedliśmy też pyszny obiad. Na deser dołączyli do nas też Rendi i Josh i tak sobie siedzimy 🙂

Wieczorem wybieramy się na parapetówkę do Chrisa, której przedsmak był już w środę. Coś czuję, że będzie dobra impreza!

Jutro po południu jesteśmy proszone na kolację w wykonaniu Josha. Bardzo wychwalał swoje umiejętności, czas się przekonać, co za magię uprawia w kuchni 🙂

Dobrze, że te weekendy są takie relaksujące (no, może poza niespaniem w nocy…), to bardzo osładza nasz wypełniony pracą żywot.

Pięknej niedzieli!

K8i

Let’s go hiking!

Dzisiaj w 10 osób pojechaliśmy na wycieczkę w góry. Całą akcję zorganizował pan Zygmunt – dziękujemy! 🙂 Był też z nami jego syn, Kuba.

Naszym celem była Old Rag Mountain (góra starej szmaty?!) w paśmie Blue Ridge Mountains, należącym do Appallachów. Na zdjęciach powinno być widać, dlaczego blue 😉

Wyruszyliśmy około 7:30, ok. 9 zaczęliśmy marsz. Początek trasy był lekki, szlak prowadził przez las, trochę było kamyczków itp. Pod koniec, przed samym szczytem zrobiło się ciekawiej, trzeba było się wspinać po głazach, trochę urozmaicenia 🙂 Tylko Karolina mówiła, że nuuuuda, ale ona się wspina zawodowo, więc cóż. Wszyscy bez wyjątków byliśmy szczęśliwi, że jesteśmy w górach, na łonie N, w takim pięknym otoczeniu. Droga na dół poszła sprawnie.

Po wycieczce pan Zygmunt zaprosił nas na przepyszne steki, co jeszcze bardziej umiliło tę niedzielę 🙂

Nie gadam więcej – foty! Pewnie będę jeszcze jakieś dodawać, bo są autorstwa różnych osób 😉

Cudnie!

Ale cudny wieczór miałam w czwartek w Szarlotce!

Pojechaliśmy sporą ekipą – na trzy samochody – do Carter Mountain Orchard, sadu i winnicy, położonych na przepięknym wzgórzu. Gdy tylko wjechaliśmy do lasu po stromym zboczu, poczułam błogi spokój i wewnętrzną radość. Virginia jest niezwykle piękna, a urodę swoją zawdzięcza pofałdowanej rzeźbie i soczystej zieleni drzew. W samym Charlottesville widać sporo roślinności, wystarczy wyjechać za granicę miasta, żeby znaleźć się w lesie. Wilgoć, zawarta w powietrzu stwarza świetne warunki do uprawy drzew owocowych i winorośli.

Na szczycie wzgórza znajduje się kilka budyneczków – budka z jedzeniem, stragany owocowe i sklep z przetworami z owoców. Pierwszy raz znalazłam rzeczy, które chciałabym przywieźć do Polski, naprawdę fajne miejsce! Kupiliśmy cydr, doughnuty i inne przekąski i poszliśmy chłonąć widok – zachód słońca, puszyste chmury i malowniczą mgłę. Mam nadzieję, że niedługo dostanę zdjęcia, wtedy na pewno je dodam. Mój aparat ciągle nieżywy 🙁

Był to bardzo miły wieczór, spędzony w super towarzystwie – pary z Hiszpanii, dziewczyny z Indii, Rosjanina, Turka, dwójki Amerykanów no i kilku Polek. Przede wszystkim bardzo zachęcił mnie do zwiedzania okolic Szarlotki, z pewnością jest tu jeszcze mnóstwo podobnych uroczych miejscówek.

W podobnym składzie poszliśmy w piąteczek na imprezę. Też było fajnie! Chociaż w Charlottesville nie ma takiego naturalnego klimatu zabawy i świętowania.

Dzisiaj był dzień zakupów. W ramach „Back to school” nie obowiązuje w ten weekend podatek w całym stanie. Właśnie – podatek. To nasza codzienna zmora. W restauracjach i sklepach podawane są ceny bez podatku, doliczany jest dopiero przy kasie, co zawsze jest pewnym zaskoczeniem. Dlatego dzień bez podatku zachęcił nas do zakupów. Wybrałyśmy się do Marshallsa, wielkiego sklepu w stylu TK Maxx. Kupiłyśmy mnóstwo rzeczy – ubrań i innych potrzebnych gadżetów, potem jeszcze zahaczyłyśmy o supermarket. Podjechał po nas Łukasz – dziękujemy!! Inaczej byśmy się nie zabrały z tymi siatami. Cały proces zajął mnóstwo czasu, już nawet nie będę się skarżyć na komunikację miejską, bo nie chcę sobie przypominać tego uczucia frustracji. Ale cóż, zakupy zrobione, w najbliższym czasie zaciskamy pasa 😛

Muszę lecieć do łóżka, jutro o 7:25 ruszam w góry na wycieczkę! Jupii!

Całuję!

K8i

Czwarteczek…

Tak jak się spodziewałam – ciężki ten tydzień.

Musiałam sobie radzić zupełnie sama. Jak oceniam efekty z perspektywy czwartku, godziny prawie 18?

Poniedziałek i wtorek poszły z górki – miałam zaplanowane co robić i były to rzeczy, w których czuję się już pewnie. W środę przyszło spowolnienie, czas na to, żeby się zastanowić, co dalej. To była naprawdę beznadziejna sprawa – z jednej strony mam całą listę TO DO, z drugiej – nie znam się za dobrze na tych rzeczach, większość z nich przyprawia mnie o lekki stres. Ostatecznie dzień minął mi na wysyłaniu zaległych maili (służbowych), obrabianiu graficznym moich wyników i zagłębianiu protokołów Ramii, żeby rozpisać po kolei co mam robić.

Dzisiaj wzięłam się za coś, co wydawało się szybkie i stosunkowo proste (sprawdzenie za pomocą PRC czy odpowiednia wstawka wbudowała się w plazmidy, czyli przygotowanie samej reakcji, namnożenie odpowiedniego odcinka – trwa ponad 2,5h – i sprawdzenie na żelu, jak długie odcinki DNA powstały). Zaczęłam rano i radziłam sobie całkiem dobrze. Podczas trwania PCRu snułam się trochę, poszłam na jakąś imprezę na piętrze itp. Pod sam koniec zadałam jakieś pytanie Ramii na czacie i od słowa do słowa okazało się, że popełniłam jakiś błąd (złe stężenie żelu) i muszę część pracy powtórzyć. No więc siedzę tu jeszcze o tej 17:30, czekam aż żel będzie gotowy… O 18:30 miał po nas wpaść Ivan i zabrać na zbiórkę z większą grupą, z której mieliśmy się udać na jakąś górę, żeby podziwiać zachód słońca, pić cydr i jeść pączki. Brzmi super, chociaż przed chwilą padało 🙁 🙁 może trzeba będzie zmienić plany. Mam nadzieję, że zdążę stąd wyjść na czas!!

[30 min później]

Aaaaa! Porwałam żel, dosłownie rozpadł się na kawałki. Udało mi się go jakoś poskładać (super jest się taplać w EtBr!) i wywołać – ucieszyłam się. Kiedy do mnie dotarło, co pokazuje, mina mi trochę zrzedła. Chyba nie zadziałał ten mój PCR. Ot, i takie to podsumowanie czwarteczku. Brr. Biegnę do domu, a potem wieczór w winnicy <3

Dobrej nocy, Polsko! 🙂

K8i

P.S. Bardzo chciałam dziś obejrzeć transmisję z godziny W, ale zawiesiła się ta appka 🙁 Trocję smuteczek, 1 sierpnia jest mi bardzo drogi.

Follow

Get every new post on this blog delivered to your Inbox.

Join other followers: