Monthly Archives: Wrzesień 2013

Trochę o pracy, sporcie i ciuchach

Ten tydzień nie minął w moim odczuciu zbyt szybko. Pojawiły się pewne spiny w labie, atmosfera jest trochę napięta – na szczęście mnie to za bardzo nie dotyczy 🙂 Z lepszych newsów – już bardzo niedługo będzie można znaleźć artykuł naukowy autorstwa osób z mojego labu na stronach Science 🙂

Mój projekt jest w dosyć szczególnym miejscu, co w duuuużym uproszczeniu znaczy, że utknął. Trzeba uważnie analizować dotychczasowe wyniki i decydować w którą stronę iść dalej z badaniami. Jest to dla mnie spore wyzwanie. Niektóre rzeczy są też trochę frustrujące, bo nie wychodzą, a powinny, czy też wychodziły pięknie wcześniej, a nagle przestały. No ale cóż, takie życie naukowca! 🙂

W tym tygodniu rozpoznałyśmy trochę tereny sportowe. Jestem zachwycona Aquatic Fitness Center naszego uniwersytetu! Olimpijski 50-metrowy basen, wielka siłownia, sale fitnessowe, 10 rodzajów jogi w tygodniu… Samo jacuzzi jest rozmiaru części tzw. rekreacyjnej większości warszawskich basenów. We wtorek poszłyśmy we 3 na jogę typu Flow, a w czwartek sama wybrałam się na zumbę. Zajęcia bardzo fajne! Dostęp do basenu, siłowni i sauny jest dla studentów darmowy, za tzw. drop-in classes trzeba zapłacić symbolicznie. Kupiłam karnet na 10 wejść, wtedy jest naprawdę tanio. Bardzo się cieszę, że będziemy mogły korzystać z benefits of yoga codziennie, albo prawie 🙂 Zumba jak zwykle idealnie żenująca, typowo dla gatunku. Super, bo jest prowadzona przez Hinduskę, która wprowadza trochę elementów Bollywood dance.

W niedzielę (czyli dzisiaj) po południu wybieramy się na bardzo elegancki koncert fortepianowy Chopin in Barboursville. Jako grupa polskich studentów zostaliśmy zaproszeni do  udziału, otrzymując bilety w prezencie. Gest bardzo piękny, chociaż całe wydarzenie przysporzyło nam także trochę stresu – okazało się, że obowiązuje konwencja black-tie, czyli full elegancja. Trzeba było skompletować stosowny strój, co oczywiście wymagało specjalnych ekspedycji poszukiwawczych = nerwowe zakupy wczoraj cały dzień :> Mam nadzieję, że uda mi się porobić trochę zdjęć, bo wszystko będzie się działo w winnicy (a wszystkie są bardzo malowniczo położone), no i wystrojony tłumek też na pewno będzie ładnie się prezentował. Także można się spodziewać relacji już bardzo niedługo!

Dzięki za odwiedziny!

K8away

Comeback

Nastał kolejny przestój na blogu, spowodowany niespodziewanymi wojażami. Trzeba to nadrobić!

Wróciłam do Szarlotki wczoraj w nocy. Dużo się zmieniło! Przede wszystkim – aura. Czuć już, że zmienia się pora roku. Rano i wieczorami jest już naprawdę chłodno, a liście zaczynają powoli zmieniać kolor. Jednak w ciągu dnia pogoda jest niemal idealna – niebieskie niebo, temperatura ok. 20°C – już nie upał, ale ciągle cieplutko. Taka jesień dobrze wynagradza przemijanie lata. A potem to już tylko winter is coming. 😉 Jeszcze ze zmian – przybyło nam kilka nowych mebli, w tym komoda do mojego pokoju, którą moje współlokatorki dzielnie dla mnie wyczyściły, dziękuję! <3

Czas się ogarnąć i wziąć za trening – forma sama się nie zrobi, a mielone z obiadu nie spalą. Na pewno wkrótce napiszę coś więcej i dodam zdjęcia, bo jest sporo ciekawych planów na ten tydzień, jupii! 🙂

Pozdrowienia dla cierpliwych czytelników!

K8away

PS. Ku pamięci: miejsce do którego musimy wrócić – National Museum of Natural Histrory a dokładniej pokój z motylami i wystawa o genomie!

Kolejna osoba w załodze!

To był naprawdę przyjemny weekend.

W piątek poszyśmy z Beatą na Fridays after Five – cotygodniowy otwarty koncert. Okazało się, że jest to wydarzenie, które przybiera kształt rodzinnego pikniku. Po całym Downtown Mall kręciły się setki ludzi z mnóstwem dzieciaków. Bardzo fajna atmosfera 🙂 Potem znalazłyśmy się na degustacji wina w cudownym miejscu. Jest to sklep z winami i piwami z całego świata, co ważne, dostępne są zarówno butelki bardzo drogie, jak i zupełnie przystępne cenowo. Zachwycone atmosferą miejsca, gdzie dużą część gości stanowili Europejczycy (głównie Francuzi), kupiłyśmy zgrzewkę Żywca, dwa wina – Toskańskie i Hiszpańskie oraz wspaniałą bagietkę i francuski ser. Wieczorem zrobiłyśmy sobie klimatyczną ladies night z oglądaniem romantycznej komedii. Akurat miałyśmy klucze do mieszkania Gavina, żeby karmić kotkę Leilę pod jego nieobecność, więc skorzystałyśmy z jego dużego telewizora. Oczywiście wszystko za zgodą właściciela!

Większość soboty spędziłam w pracy, żeby nadrobić trochę za następny tydzień, kiedy opuszczę kilka dni. A wieczorem przyjechał do nas gość!!! Thomas, chłopak Beaty przyleciał prosto z Tuluzy 🙂 Dzisiaj pokazałyśmy mu trochę Szarlotki, począwszy od dobrych, tłuściutkich burgerów i miejsc shoppingowych. Późniejszym wieczorem zjedliśmy dobrą kolację w przyjemnej atmosferze i tradycyjnie obejrzeliśmy kolejny odcinek „Gry o Tron”. Marta zrobiła kilka artystycznych zdjęć, więc je wrzucam 🙂 Enjoy!

Całusy wielkie dla wiernych czytelników!!

K8i

Mieszkać u stóp gór jest najlepiej! [zdjęcia!]

Taka byłam zajęta, że zwlekałam od poniedziałku z tym wpisem!

Nie jestem zwykle fanką nieogarnięcia, ale czasami ma ono też dobre strony – można zostać przyjemnie zaskoczonym. Tak samo było ze mną. W poniedziałek było święto pracy, czyli teoretycznie wolne. Ja, jako że muszę wziąć trochę wolnego, przyszłam do pracy. Miałam męczący dzień, pełen monotonnej i żmudnej pracy obliczeniowej przy komputerze. Moje dziewczyny zostały zaproszone przez Josha do domu jego rodziców, co chętnie wykorzystały. To jeszcze bardziej wprawiało mnie w poczucie, że jestm poszkodowana. Około 16 zadzwonił do mnie Łukasz z pytaniem, czy jadę. Coś mi zaświtało – Beata wspominała o propozycji wycieczki ‚na zachód słońca’ w jakieś ładne miejsce. Ucieszona, powiedziałam, że oczywiście jadę na Hump Back Rocks. Pomyślałam, że uratuję ten dzień. Wyobraziłam sobie, że Łukaszowi i Karolinie chodzi o jakieś miejsce w stylu sadu, w którym byłam jakiś czas temu. Pobiegłam szybko do domu, napiłam się kawy, szybko ogarnęłam i wyszłam w sandałkach i z kocem piknikowym pod pachą.

Niedługo później okazało się, że buty górskie byłyby bardziej odpowiednie. Podjechaliśmy na parking, z którego jeszcze kawałek trzeba było dojść na szczyt góry. Dotarliśmy do miejsca, gdzie skały tworzyły idealne miejsce do oglądania zachodu słońca, który właśnie się zaczynał. Pobyliśmy tam jakiś czas, podziwiając widoki, robiąc zdjęcia i poznając tajemniczego i bardzo sympatycznego Kazacha (Karolina 🙂 ). Całe zmęczenie odeszło, zabrał je kolorowy wiatr rodem z Pocahontas, poczułam głęboki relaks, jaki można osiągnąć tylko przez kontakt z naturą. Siła zaczerpnięta od skał naprawdę przydała mi się w tym czasie.

To była piękna wycieczka, z resztą zdjęcia pokazują swoje 🙂 Wielkie dzięki dla Karoliny i Łukasza za zabranie mnie do tej pięknej miejscówki 🙂 🙂

 

Dzisiaj miałam swoją pierwszą prezentację na lab meetingu. Sama prezentacja poszła ok, bo nie czułam się jakoś specjalnie zestresowana, miałam przyjazne i nie liczne (4 os) audytorium – zaleta małych labów. Gorzej było przez kilka poprzedzających dni – musiałam pozbierać dane, których już całkiem sporo naprodukowałam przez te 2 miesiące, poukładać w sensownej kolejności, poprzycinać zdjęcia, dorobić opisy itp. Czego się nauczyłam – dane trzeba opracowywać na bieżąco!! Wtedy lab meeting nie jest żadnym problemem, a i w głowie panuje większy porządek. Przede wszystkim cieszę się, że jest już z głowy.

Zostawiam Was ze zdjęciami z naszego hike’a – enjoy!

Wasza K8 – Pocahontas 🙂

PS. W stopce nowa rubryka z super adresem kontaktowym: kasia@k8away.pl. Nie wiem czy komuś się przyda, ale wygląda super, l@n$! 😉

 

 

Z serii „Obrazy życia codziennego”

…takie tam suszenie prania.

Otwarcie sezonu!

Wierni fani zauważyli już, że miałam pewną przerwę w pisaniu. Sporo się działo przez ten czas. Przede wszystkim kolejna lekcja od życia, banał, którego musiałam doświadczyć na własnej skórze, żeby go tak naprawdę zrozumieć. Uwaga, uwaga. Kiedy jest się daleko od bliskich, to jest się NAPRAWDĘ bardzo daleko od bliskich. Tysiące kilometrów dalej dzieją się różne rzeczy, czasem dobre, czasem ciężkie i nie ma możliwości uczestniczenia w nich. Mieszkanie w Charlottesville jest świetne, ale czasem ta odległość naprawdę boli.

Ten weekend był tak bogaty w atrakcje, że trochę oderwałam się od codzienności. Wszystko dlatego, że wreszcie zaczął się semestr, do miasta przyjechały tysiące studentów i Cville odżyło!

Szczególnie duży fun mamy przy okazji otwarcia sezonu sportowego. W piątek Beata wyciągnęła mnie (dziękuję!) na mecz naszych siatkarek. Byłyśmy zachwycone!!! Chociaż to „tylko” turniej drużyn studenckich, poziom gry jest naprawdę super, fajnie się ogląda. A na dodatek nasze dziewczyny są takie śliiiiczne! Jedyny błąd – żadna z nas nie wzięła aparatu. Ale to nas tylko zmotywowało, żeby wrócić na kolejny mecz w sobotę wieczorem i nadrobić braki w dokumentacji 😉 Ostatecznie widziałyśmy 2 mecze, oba wygrane 3:0.

Sobota upłynęła pod znakiem footballu. Szał, jaki ogarnął całe miasto przerósł nasze oczekiwania. Kto żyw zakładał ubrania w kolorach UVa, czyli niebiesko-pomorańczowe; ludzie malowali sobie twarze, przebierali dzieci, ogólnie robili wszystko, żeby zamanifestować swoje oddanie drużynie. Dodam, że ubrania z logo UVa, hasłami Cavaliers, Go Hoos itd. są noszone przez baaardzo wiele osób na codzień. Wczoraj na każdym większym skrawku trawnika oraz na wszystkich możliwych parkingach, rozkładano namioty, grille, krzesełka, stołeczki, stoliczki, wszystko, co się dało. Ludzie jedli, pili, świętowali. Ciężko sobie wyobrazić skalę zjawiska, dopóki się tego nie zobaczy. Oczywiście kwitł też handel gadżetami, można było kupić dosłownie wszystko. Ja i Beti zainwestowałyśmy w śliczne koszulki Virginia 1 z napisem „Go Hoos” na plecach.

Kiedy już doszłyśmy do stadionu (drogi były zamknięte, więc komunikacja wyłącznie piesza) i weszłyśmy do środka, powalił nas przede wszystkim jego rozmiar. Uwaga uwaga. Stadion w Charlottesville mieści 65 tysięcy kibiców. Biorąc pod uwagę, że miasto ma 50 tys. stałych mieszkańców (plus oczywiście drugie tyle studentów i pracowników UVa), a Stadion Narodowy w Warszawie ma ile, 50 tys. miejsc? – ta liczba naprawdę jest niesamowita. Dołączyłyśmy do znajomych, poszłyśmy zjeść burgera, frytki i długaśnego hot-doga i czekałyśmy na rozpoczęcie meczu.

Kiedy stadion wypełnił się już po same brzegi, rozpoczęła się ceremonia – nie można tego nazwać inaczej. Było wszystko – pompatyczne filmiki i animacje na wielkich LEDach, peany na temat drużyny Virginii, pognębianie przeciwników, hymn narodowy. Na boisku występowała orkiestra, akrobaci, grupy cheerleaderskie, maskotka, nawet człowiek na koniu!!! Wydaje mi się, że jednocześnie mogło być tam nawet z 200 osób. W końcu wbiegli też zawodnicy. Cały ten wstęp naprawdę robił piorunujące wrażenie. Ciężko to przekazać, może zdjęcia trochę pomogą.

Niestety, nie mogę tak samo zachwycać się samą grą :> Jake zabrał nas w poprzedni weekend na oglądanie meczu w tv i wyjaśnił wszystkie zasady. Mimo wszystko mecz na żywo oglądało się ciężko. Moje spojrzenie świeżaka rejestrowało nie wiele więcej niż chaotyczną bieganinę i bijatykę. Dodatkowo, nie wiedzieć czemu, wszyscy na trybunach stali, co było trochę męczące. Z rzeczy pięknych – oczywiście sami zawodnicy oraz przyśpiewki i okrzki, które brzmiały super!

Po jakichś 15 minutach gry (czyli około 45 faktycznych minutach), rozbrzmiał komunikat z prośbą, żeby ze względów bezpieczeństwa opuścić stadion. Okazało się, że zbliżała się burza z wichurą i piorunami. Trochę nas to zdziwiło, bo niebo wydawało się tylko trochę zachmurzone, a poranek był piękny. Ale kiedy 20 minut później zaczęło mocno lać i wiać, nie pozostało nam nic innego niż podziwiać doświadczenie Amerykanów w organizacji tak wielkich imprez. „Ewakuacja” przebiegła bardzo sprawnie, każdy miał czas dotrzeć do domu czy chociaż schronić się przed deszczem gdzieś po drodze. Podsumowując – dane nam było zobaczyć piękną ceremonię otwarcia, a nie musieliśmy siedzieć na stadionie 4 godziny, oglądając grę, którą średnio rozumiemy – ideał! Reszta meczu odbyła się wieczorem, chciałyśmy pójść pocykać trochę zdjęć, ale było już za późno i tylko z daleka zobaczyłyśmy fajerwerki nad stadionem 🙂 oficjalny komunikat: Virginia beat BYU 19-16 in a wild, rain-drenched season-opener that had a 2-hour weather delay. Jupii!

Aparat był w akcji cały czas, miłego oglądania zdjęć! 🙂

Poniżej galeria do komentowania, tutaj to samo, tylko do oglądania, za to ładniej.

Ściskam!

K8i

 

Follow

Get every new post on this blog delivered to your Inbox.

Join other followers: