Monthly Archives: Październik 2013

Improv experience

Przyszedł czas na opisanie doświadczenia, które (zupełnie niespodziewanie!) sprawiło mi bardzo dużo radości.

Niecałe 3 tygodnie temu odbyło się spotkanie, o którym dowiedziałam się w ostatniej chwili. Zaproszeni byli wszyscy studenci z departamentu Biochemii i Genetyki Molekularnej. Stwierdziłam, że skoro coś się ma dziać, to muszę przynajmniej wiedzieć co. No i przyznam, że zwabiła mnie pizza, która została użyta jako podnośnik frekwencji.

Okazało się, że zebranie dotyczyło części rozrywkowej corocznego Retreat’u. Nie bardzo wiem jak to się tłumaczy na polski – jakieś pomysły? Jest to dzień, w którym szefowie labów i zaproszeni goście wygłaszają prezentacje i dyskutują o przyszłych kierunkach rozwoju. Zasadniczo chodzi o to, żeby wszyscy spotkali się, zorientowali w sprawach bieżących no i trochę zintegrowali. W tym celu władze wydziału zapewniają atrakcje – w tłustych latach całość odbywała się w winiarni. W tym roku, ze względu na fatalną sytuację finansową, musieliśmy zadowolić się salą konferencyjną. Czego oczy nie widziały, tego sercu nie żal – nie miałam porównania, więc nie doznałam zawodu (w przeciwieństwie do innych).

Wracając do tajemniczego spotkania – część rozrywkowa, ostatni punkt programu, miała być zorganizowana przez jednego z profesorów – Stefana. Nie wiedziałam o tym wcześniej, ale okazało się, że ma on spore doświadczenie sceniczne. Wszędzie, gdzie mieszkał (San Diego, Nowy Jork, DC), dołączał do grup ćwiczących sztukę improv. Oznajmił, że zdobyte umiejętności postara się nam przekazać w trybie przyśpieszonym, żebyśmy mogli zaprezentować się podczas Retreat. Początkowo autentycznie się zestresowałam – improwizacja? W sensie, że nie ma scenariusza? Ale wystarczyło trochę poczekać, posłuchać i wszystko stało się jasne.

Improv to nurt, który powstał w Chicago w wyniku naturalnej potrzeby zawodowych aktorów. Jak wiadomo, pewne sztuki wystawiane są całymi latami, nierzadko w tej samej obsadzie. Czasami może nawet dochodzić do sytuacji, kiedy aktor reaguje na kwestie, zanim zostaną one wypowiedziane, bo tak dobrze zna już całą sekwencję emocji i zdarzeń. Improwizacja miała pomóc w odzyskaniu świeżości i spontaniczności. Z czasem stała się osobnym zjawiskiem i zaczęła żyć własnym życiem, zdobywając (przynajmniej w USA) ogromną popularność. Na uczelniach, a nawet w szkołach, istnieją grupy, bawiące się improv na różne sposoby.

A więc jak to wszystko ma wyglądać? Po prostu – wychodzimy na scenę i mówimy, co nam ślina na język przyniesie? Co za chaos! Otóż nie, okazuje się, że ktoś nad tym myślał. Żeby nie zostawiać aktorów zupełnie bez struktury, powstały gry. Wprowadzają one pewne ramy, które w znaczący sposób ułatwiają i ubarwiają scenki. Co bardzo istotne – publiczność ma duży wkład w przebieg całego widowiska. Wszystko łatwiej zrozumieć, przeglądając przykładowe scenariusze improv games.

Jedną z moich ulubionych jest Clap Game. Dwoje (lub więcej) aktorów zaczyna grać scenkę. Realia, np. miejsce, okoliczności lub temat, wokół którego ma się kręcić dialog, podrzuca ktoś z widowni.  Nasze w założeniu miały się odbywać w przestrzeni okołolabowej, w konwencji science. Co jakiś czas aktorzy klaszczą w dłonie i zatrzymują się w pół zdania – powstaje miejsce na słowo od publiczności. Oczywiście widzowie wcale nie chcą ułatwić aktorom życia – większość wykrzykiwanych słów ma się nijak do kontekstu. Np.: Scena dzieje się na konferencji naukowej, podczas przerwy na kawę. Aktorzy: „Hej, słyszałeś kto ma pierwszą prezentację w sesji popołudniowej?” „Tak, na pewno będzie ciekawa, bo mówić będzie… >CLAP<”  W tym momencie pojawia się głos z widowni: „Lady Gaga”, a aktor kontynuuje: „…Lady Gaga, specjalistka od regulacji transkrypcji w pączkujących drożdżach”. I tak dalej. Oczywiście cały wic polega na tym, żeby wpleść podrzucony wyraz w scenę, a jeśli naprawdę jest śmieszny, pociągnąć temat Lady Gagi i przerobić go na wszystkie możliwe sposoby. Do jakiego poziomu absurdu dojdzie – to zależy od kreatywności aktorów, ale także widowni!

Inna słynna gra to ABC. Znowu podana jest sceneria i okoliczności. Tym razem jednak, frazy wypowiadane przez aktorów muszą zaczynać się od kolejnych liter alfabetu – pierwszy aktor zaczyna zdanie od A, drugi od B i tak dalej. Niesamowicie ciężko jest jednocześnie budować historię, kontrolować przebieg alfabetu i jeszcze wykonywać jakikolwiek ruch sceniczny! To naprawdę trudniejsze, niż się wydaje.

Gier jest całe mnóstwo, niektóre angażują publiczność bardziej, inne mniej. Jednak ich największą zaletą jest właśnie to, że sterują aktorami, stanowiąc szczątkowy scenariusz scenki. Jednak aby wszystko działało jak trzeba i aby historia naturalnie się toczyła, należy pamiętać o kilku ogólnych zasadach. Najgłówniejsza ze wszystkich to Yes-And. Wydaje mi się, że to właśnie ona odróżnia improv od innych form i nadaje jej niepowtarzalny czar. Otóż aby w ogóle się dogadać, aktorzy-partnerzy muszą sobie przytakiwać i dodawać treść do tego, co powiedział poprzednik. Jeśli jedna osoba coś stwierdzi, a druga to zaneguje, to na tę pierwszą z powrotem przechodzi cała presja wymyślania sceny. Natomiast jeśli partner przytaknie i rozwinie pomysł, akcja samoistnie się rozwija, przy czym dodawane są kolejne elementy. Z tego samego powodu powinno się też unikać zadawania pytań – za bardzo stawiają partnera pod ścianą, przez co wpada w lekką panikę – co tu odpowiedzieć? Ten element chyba najbardziej mnie urzekł i przekonał do całej inicjatywy. Spodobała mi się idea współpracy między aktorami, którzy razem coś budują, tworzą, nawzajem się inspirując. Improv wyklucza także element, który zniechęca mnie w kabaretach i stand-upach, czyli chamskie żarty kosztem innych ludzi. Oczywiście można też tak, ale nie daje to aż tak dobrego efektu.

Początkowo miałam naprawdę mieszane uczucia względem swojego udziału w całym tym show. Co prawda nie stresuję się jakoś specjalnie występami publicznymi, ale nie da się ukryć, że moje doświadczenie na scenie ogranicza się do kilku szkolnych przedstawień wystawianych lata temu. Czułam jednak jakąś głęboką chęć wzięcia udziału. Chciałam spróbować czegoś nowego, zaangażować się w sprawy departamentu, poznać nowych ludzi, a przede wszystkim mieć post factum satysfakcje z tego, że podjęłam wyzwanie – wyszłam ze strefy komfortu – i przeżyłam. 🙂

Próby miały odbywać się w środy i czwartki od 17 do 19. Brzmi niewinnie, ale faktycznie to spore wyrzeczenie. Po pierwsze, trzeba wyrobić się z pracą do 17, co wymaga pewnej gimnastyki logistycznej. Po drugie, powrót do domu odwleka się do jakiejś 19:30, trzeba jakoś dotrwać. Pomyślałam jednak, że to tylko 4 razy – dam radę. I dałam. 🙂 Próby okazały się super doświadczeniem, niezwykle rozwijającym i relaksującym. Okazało się, że po otrzymaniu kilku wyjaśnień, komentarzy i poprawek od Stefana, wszyscy zaczęliśmy radzić sobie coraz lepiej. „Wszyscy” brzmi dumnie – początkowo oznaczało to całe 3 osoby. Później dołączyło więcej, ostatecznie wystąpiło 7 albo 8. To naprawdę było świetne uczucie, kiedy zaczynał powstawać flow, i  lepiej albo gorzej – system działał, gra się toczyła! Mieliśmy niezły ubaw z siebie nawzajem. W małym gronie o wiele łatwiej pozbyć się umysłowych hamulców i puścić wodze fantazji. Po każdym spotkaniu naładowana byłam super pozytywną energią. Zdecydowanie tego mi brakowało – oderwania się od labowej rutyny, odmiany od indywidualnego charakteru pracy, użycia tej absurdalnej, niedosłownej części umysłu. Nie jest łatwo się oderwać od codzienności, ale kiedy już się uda, to jest właśnie najlepszy odpoczynek. W momencie, kiedy zaczynasz poważnym tonem rozmowę o karmieniu myszy laboratoryjnych masłem orzechowym czy marshmallowsami i wpływie takiej diety na ich metabolizm, a twój partner wprowadza konwersacje na kolejne poziomy abstrakcji, to jest naprawdę fun.

Występ naszej trupy „Weird Science” (nazwa zaczerpnięta z tytułu filmu, którego nie widziałam) odbył się dzisiaj. Jak nam poszło? Nie mogę tego ocenić. Publiczność się śmiała 🙂 ja oglądając sceny, w których sama nie brałam udziału, bawiłam się super. Najważniejsze jednak jest dla mnie to, że to zrobiłam. Zaangażowałam się w coś, co było trudne – językowo, z powodu braku doświadczenia oraz kompletnego zaniedbania prawej półkuli. Zaryzykowałm i zyskałam świetne przeżycie, rozwinęłam umiejętności, lepiej poznałam innych studentów z mojego piętra, przezwyciężyłam tremę.

Mam nadzieję, że to nie koniec przygody, bo muszę przyznać, że zauważam u siebie objawy uzależnienia od improv-endorfin.

Ściskam mocno wszystkich wiernych czytelników!!!! Już porządnie tęsknię, cieszę się na święta w Warszawie 🙂

K8away 

PS. Przypominam o możliwości powiadomienia mailowego o nowych notkach- przycisk Follow w prawym dolnym rogu załatwia sprawę 🙂

Finding the perfect pumpkin

Dzisiaj, razem z Łukaszem i Martą, byliśmy częścią amerykańskiej tradycji. Stało się tak trochę przypadkiem. Spontanicznie zarządziliśmy wyjazd do Carter Mountain Orchard (pisałam już o tym miejscu tutaj). Okazało się, że WSZYSCY wpadli dokładnie na ten sam pomysł. W związku z tym na dobry początek utknęliśmy w ogromnym korku. Szczerze mówiąc, byłam trochę zaniepokojona. Przed nami na górskiej drodze stał sznur samochodów – gdzie one się wszystkie podzieją? Pamiętałam, że parking nie jest zbyt pokaźnych rozmiarów. Okazało się, że na ten cel przeznaczone jest całe ogromne pole na sąsiednim wzniesieniu! Dzięki temu jednocześnie mogła się tam zatrzymać szalona liczba samochodów i nie byliśmy zmuszeni zawracać. Jednak z drugiej strony pokaźny tłum opanował sad, przezco stracił sporo uroku. Pierwsze nasze skojarzenie – Krupówki 😉

Po krótkiej chwili stało się jasne, po co przyjechali ci wszyscy ludzie. Późną jesienią bardzo popularne jest odwiedzanie tzw. pumpkin patches w celu wybrania swojej idealnej dyni. Wykładane są całe masy wielkich, wyrośniętych dyń oraz kosze mniejszych – tych dekoracyjnych. Trzeba przyznać, że im dłużej byliśmy na miejscu, tym bardziej udzielał nam się przytulny, pomarańczowy klimat. Taras widokowy wysypano sianem, w którym tarzały się dzieciaki (soo much fun!), można było sobie na nim siedzieć, jeść brzoskiniowe donaty, pić jabłkowy cydr i podziwiać widoki. Z jakiegoś powodu, bardzo dużo osób przjeżdża ze szczeniakami <3 , więc nie było końca ochom i achom 🙂

Kupiliśmy kilka małych kolorowych dyniek i po jednej sredniej na każde gospodarstwo domowe 🙂 Nie skusiliśmy się na ogromną, wydało się to nam nadmiarowe. No ale cóż, Ameryka lubi super size. Poniżej kilka zdjęć, przyznacie, że czarujące widoki 🙂

Wracając z Carter Mountain zrobiliśmy ogromne zakupy, potem szybką kolację i przeszliśmy do realizacji planów na wieczór – tak, to jeszcze nie był koniec atrakcji! Dzisiaj pierwszy raz wybraliśmy się w super miejsce – do kina, w którym filmy wyświetlane są z pewnym opóźnieniem względem premiery, ale za to bilety kosztują – uwaga, uwaga – $1,50! No, chyba, że seans jest wyświetlany w technologii 3D, taka przyjemność kosztuje $3. Dla porównania, w normalnym kinie trzeba liczyć około $20 na wieczór.

Obejrzeliśmy super film (ja wybrałam, hehe 😉 ) pt. Way, way back. Nakręciła go ta sama ekipa, co Juno i Little Miss Sunshine, więc klimat totalnie w moim guście. Polecam! Było to super zwieńczenie pięknego dnia.

Niedzielny piknik i zajawki na przyszłe dni

Dzisiaj byliśmy we czwórkę – ja, pozostałe Oxfordantki i Łukasz – na Annual Mary Ellen Brown Picnic organizowany przez Lorna Sundberg International Center. Orgomny namiot ze stołami rozłożony został – jak co roku na terenie posiadłości państwa Brown w Batesville. Chociaż chodziło o upamiętnienie Mary Ellen Brown, która w latach 90′ organizowała kursy angielskiego dla cudzoziemców, to nie było żadnej części oficjalnej – od razu przeszliśmy do rekreacji.

Niestety cały czas padał deszcz, więc nie było warunków, żeby pozwiedzać teren. A szkoda, bo farma położona jest w pięknej pagórkowatej okolicy. Całe szczęście nie było jednak specjalnie zimno (ok. 15 stopni), więc siedzenie przy stolikach w wielkim namiocie było całkiem przyjemne. Zapewnione było jedzonko i picie (niestety tylko zimne, ale cóż, to nie Polska, żeby pić gorącą herbatę), a główną rozrywką – gry planszowe. Jak zwykle Jungle Speed robił furorę, ludzie patrzyli się na nas z zainteresowaniem i pytali o zasady, niekiedy dołączali do zabawy. Poza tym grane było także domino i zwykłe karty. U innych widzieliśmy też Monopoly i Scrabble, szachy i inne, nieznane nam gry.

Jakieś 95% przybyłych stanowili Azjaci, głównie Chińczycy, także integracja nie przebiegała zbyt wydajnie. Moim zdaniem brakowało też jakiejś wspólnej aktywności czy zabaw integracyjnych, choćby jednej – na pierwsze przełamanie lodów. Mimo to udało nam się porozmawiać z kilkoma interesującymi osobami, a w autobusie powrotnym poznałyśmy urocze młode małżeństwo z Chin. Mam nadzieję, że zobaczymy się z nimi jeszcze na podobnym evencie 🙂

Wiadomo, że na myśl o poniedziałku nikt nie czuje specjalnej ekscytacji… Ale przed nami dużo fajnych wydarzeń! Ja zaczynam przygotowania (bo ciężko mówić w tym przypadku o próbach) do improwizowanego przedstawienia, tzw. improv games o tematyce naukowej, które będę wystawiać razem z resztą graduate students z mojego departamentu już pod koniec października. W niedzielę idziemy na lekcję gotowania dań kuchni karaibskiej, też do LS Inernational Center, jupi 🙂 A w międzyczasie… na pewno coś wymyślimy 🙂

K8i

PS. Trochę zaszalałam z liczbą zdjęć na blogu oraz ich rozdzielczością i teraz nie mam już miejsca na kolejne. Dopóki nie wymyślę jakiegoś rozwiązania, muszę publikować fotki w gorszej jakości, mam nadzieję, że dadzą się oglądać mimo wszystko 🙂

K

Trochę o samym Charlottesville [jesienne zdjęcia]

Jesień jak zwykle przyszła nieoczekiwanie. Zaczęła powoli przejmować władzę nad przyrodą. Jej obecność wzbudziła we mnie mieszane uczucia. Z pewnym zaskoczeniem odkryłam, że oprócz zachwytu zmieniającym się krajobrazem, wpadłam też w popłoch.
Bo przecież jesień jest tak nieuchwytna! Pod koniec lata zaczyna powoli wpełzać na drzewa, ale w mgnieniu oka cały świat robi się żółty i pomarańczowy, potem czerwony, a potem już całkiem opadają liście i jest po sprawie – przychodzi długa zima. Jak to zrobić, żeby nie przepuścić okazji i nacieszyć się widokami i atmosferą?
Nie wszystkie jesienne plany udało mi się zrealizować – mam nadzieję, że jeszcze nie jest za późno, chociaż zaczęło robić się mgliście i deszczowo.
Ale w poprzednią niedzielę, zupełnie spontanicznie wybrałam się na spacer po Szarlotce. To, co zobaczyłam przekroczyło moje oczekiwania i wprawiło w totalny zachwyt. Jednocześnie uświadomiłam sobie, że nigdy właściwie nie publikowałam zdjęć miasta i kampusu! Przygotowałam więc jesienną UVa-ową galerię 🙂 ENJOY!
Proszę wybaczyć przeświecone zdjęcia, taki ze mnie amator 😉

Wino, żagle, delfiny i kąpiel w oceanie czyli jak dobrze wykorzystać ciepły październikowy weekend

Ostatni weekend był tak PIĘKNY i pełen wrażeń, że aż nie wiem jak to wszystko pogrupować i od czego zacząć. Będę się trzymać klasyki i opiszę zdarzenia chronologicznie 🙂

W piątek po pracy poszłyśmy po raz kolejny na degustację wina do wine shopu na Downtown.  Przyciąga nas tam klimat winnej piwniczki, który określiłabym jako europejski (nie wiem do końca dlaczego, ale jakoś mi się to ciśnie na usta). Może to przez obecność włoskiego, hiszpańskiego, francuskiego i niemieckiego płynnego bogactwa i cudownych serów? Zawsze wychodzimy stamtąd z pięknymi zakupami i robimy sobie w domu ucztę 🙂

Poza tymi wszystkimi podniebiennymi doznaniami, jest też po prostu bardzo miło przejść się po Downtown Mall, głównym deptaku Szarlotki. W restauracjach jest pełno ludzi, którzy wychodzą całymi rodzinami na kolację. To też mi się kojarzy z południową Europą – a może po prostu widzę to, czego szukam z powodu tęsknotek?

Plany na sobotę wyłoniły się trochę w ostatniej chwili, w ciekawych okolicznościach. Otóż pan Zygmunt poznał się na koncercie z panem Jackiem. Pan Jacek powiedział, że jeśli znajdzie się kilkoro studentów (max 4), mających ochotę na wyjazd za miasto, to chętnie zabierze ich ze sobą na łódkę na cały dzień. Tak się stało, że ta informacja wpadła w moje ręce. Więc bez większego zastanowienia pojechałyśmy – ja, Marta, Beata i Karolina.

Jakże dobra była ta spontaniczna decyzja! Było SUPER.

Z Jackiem i Markiem (dostałyśmy zakaz mówienia per pan 😉 ) spotkałyśmy się z samego rana. Wyruszyliśmy w stronę wybrzeża vanem, który ciągnął na przyczepie łódkę (widać na zdjęciu jak śmiesznie to wyglądało). Zatrzymaliśmy się tylko żeby zgarnąć kawę i subwaya na wynos i po jakichś 2h byliśmy na miejscu – nad Zatoką Chespeake. Ma ona powierzchnię około 11 600 km² – może ktoś sprawdzi jak to się ma do Bałtyku – i sąsiaduje z aż sześcioma stanami. Niezawodny virginijski krajobraz pozostał bez zmian, nawet przy samym wybrzeżu. Po prostu nagle z gęstego lasu wyłoniła się woda.

Zatrzymaliśmy się na specjalnym dużym parkingu i zajęliśmy się rozkładaniem sprzętu. W tyle osób poszło to całkiem sprawnie – wkrótce można było wjechać przyczepą do wody i odpiąć łódź. Najpierw przepłynęliśmy kawałek na silniku, żeby w dogodnym miejscu postawić żagle. Ile było uciechy z pływania przez cały dzień! Wiał lekki wiatr, co uniemożliwiało rozwijanie większych prędkości, ale za to nie trzeba było zbyt dużo energii poświęcać walce z żywiołem – pełen relaks. Słuchaliśmy muzyki, piliśmy piwko i łapaliśmy promienie słoneczne. Pogoda była wprost nieziemska! Październik nas zdecydowanie rozpieszcza – nie da się inaczej nazwać bezchmurnego nieba i temperatury 30°C.

Płynęliśmy tak sobie kilka ładnych godzin, zmieniając się przy sterach. Szczególnie w rolę kierowcy wczuła się Marta – zdecydowanie złapała żeglarskiego bakcyla 🙂 Wybuchem radości powitałyśmy stada delfinów, pływające całkiem niedaleko od nas. Tak się cieszę, że udało się je zobaczyć na żywo! Czułam się jak w filme, w którym „czytała Krystyna Czubówna”. W końcu dopłynęliśmy prawie do brzegu z latarnią morską, ale było za płytko, żeby podpływać, więc rzuciliśmy kotwicę i przyszedł czas na kąpiel. Woda idealnie nas ochłodziła (chociaż przy okazji zasoliła), super sprawa! Po południu, kiedy już wracaliśmy w stronę naszej przystani, wiało już trochę mocniej – większe wyzwanie dla dzielnych żeglarzy 😉

Do celu dopłynęliśmy już w całkowitej ciemności (tak, tak, zachód słońca też był grany). Posprzątaliśmy wyprodukowane podczas wycieczki śmieci, przypięliśmy łódkę do przyczepy i wciągnęliśmy na ląd. Przyszedł czas na najmniej wdzięczną część żeglugi – składanie łódki. Znowu przydały się każde ręce do pracy. Sprawnie uwinęliśmy się ze zwinięciem żagli, złożeniem masztu i zabezpieczeniem wszystkiego, co mogło się zahaczyć na autostradzie (liny, linki, lineczki). Po dniu pełnym wrażeń, słońca i świeżego powietrza, prawie całą drogę powrotną przespałyśmy snem uczciwym, mocnym i zdrowym. Sobota należała zdecydowanie do najbardziej udanych Szarlotkowych dni. Dziękujemy bardzo Jackowi i Markowi!

Zrobiłyśmy całą masę zdjęć! Miłego oglądania 🙂

Bardzo się cieszyłam na myśl o podzieleniu się z Wami tym dniem 🙂 Mam nadzieję, że udało mi się go dobrze zobrazować. W wyniku całego ogromu radości miałam cudowny sen w nocy z soboty na niedzielę. Jeździłam w nim na snowboardzie! To jest jedna z moich największych zajawek w ostatnim czasie i nie mogę się doczekać kiedy wreszcie znowu będę mogła pojechać na deskę. Miałam genialną namiastkę tej przyjemności, bo wszystko wyglądało tak realistycznie, czuję się teraz jakbym naprawdę jeździła, co za magia!

Szczególne ucałowania dzisiaj kieruję do mojej siostry Pauliny, która ma dzisiaj (u mnie jeszcze przez 13 minut!) urodziny. WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO!!!!!!!!! <3 <3 <3

Do wszystkich pozostałych również wysyłam serdeczności i uśmiechy.

K8i

PS. Jeszcze mały teaser. W niedzielę też była piękna pogoda i mam mnóstwo ładnych zdjęć z pewnego spaceru… Ale to już materiał na następny post. Fani jesieni na pewno się ucieszą 😉

O tym, dlaczego naukowcy są jak artyści oraz jak czasami odwraca się dzień.

Macie czasami tak, że dzień mija jakoś ciężko, nie tak jak trzeba? Nie spodziewacie się już niczego dobrego i staracie się tylko dotrwać do końca?

Naukowiec jest trochę jak artysta – kiedy ma natchnienie, praca idzie dobrze, wykonuje ją z energią i entuzjazmem, choć często z odpowiednią dozą pokory wobec trudnych technicznie doświadczeń. W takie dni wszystko jest pozytywne, a praca daje satysfację. Jednak te chwile przeplatają się z przypływami niemocy. Jak artysta, który ma przestój w swojej twórczości, naukowiec zastanawia się, czy jego działanie ma w ogóle sens. Czy jego praca ma jakąkolwiek wartość, bo kogo tak naprawdę obchodzi mechanizm działania jakiegoś białka? Skąd wszyscy wybitni ludzie na około biorą swoje genialne (często irytująco proste i logiczne) pomysły?

Taki właśnie kryzys dopadł mnie dzisiaj w pracy, już mi autentyczne łzy stały w oczach. Taka właśnie tragedia dnia codziennego, problemy pierwszego świata i inne takie. Postanowiłam jednak wykonać swoją pracę tak, jak dam radę. Wyszło całkiem nieźle 🙂 Odwaliłam robotę mało ambitną, ale konieczną do przeprowadzenia kolejnych kroków.

Potem zjadłam dobre japońskie jedzonko (dziwne sushi i sałatkę z wodorostów – od razu pozcułam się zdrowo) i pojechałam na jogę. Workout ostatecznie odwrócił fazę mojego dnia, wyciszyłam się i zaczęłam uśmiechać 🙂 Wracając myślałam o tym, jak jest cieplutko, jak się cieszę, że akurat w tym roku trafiła się tak malownicza i „letnia” jesień. Wpadłam w prawdziwą euforię.

So, let’s thank for the gift of yoga. Let’s thank UVa for the gift of AFC. Let’s just thank for stuff. Namaste.

<3

K8i

Chopin in Barboursville

Kilka słów o tym, jak było na koncercie.

Całą grupą spotkaliśmy się w jednym miejscu i wyruszyliśmy trzema samochodami. Droga zajęła około 45 minut. Uwielbiam wszystkie wypady za miasto, Virginia jest taka piękna! Teraz, kiedy soczysta latem zieleń zaczyna się przełamywać i nabierać odcieni żółtawo-rdzawych, wydaje się jeszcze bardziej malownicza.

Winnica, w której miało miejsce całe wydarzenie położona jest na wzgórzu, z którego rozciąga się bardzo ładny i kojący widok. Patrzenie w dal jest przyjemną odmianą od wlepiania wzroku w ekran komputera.

Ciekawe obserwacje poczyniłam w kwestii dress code’u. Okazało się, że w USA podanie charakteru wydarzenia nie narzuca stroju bardzo ściśle. Wg mojego wyobrażenia, black tie oznacza, że wszyscy wyglądać powinni zgodnie z tą samą konwencją, czyli tak samo, np. wyłącznie czerń i biel, wszystkie panie w długich sukienkach, a panowie we frakach. W rzeczywistości zobaczyć można było cały przekrój kreacji – od niezmiernie wytwornych, po umiarkowanie eleganckie. Dla mnie oczywiście było to wybawieniem, bo postawiłam na moją osobistą klasykę – sukienkę Agatha by YES TO DRESS, którą mam w dwóch wersjach kolorystycznych. Wygrała bardziej stonowana, ciemnoniebieska (miętowa została w domu, czeka na mniej oficjalną imprezę). W każdym razie, gdybym faktycznie chciała ograniczyć się do czerni i bieli, miałabym pewien problem. Poza tym wydaje mi się, że różnorodność zawsze wzbogaca 🙂 chociaż z pewnością są wyjątki od tej zasady.

Nasza grupa polskich studentów liczyła 12 osób, oprócz nas przyjechała jeszcze reprezentacja labu wybitnego i bardzo sympatycznego profesora Władka Minora z UVa.

Koncert zaczął się od przemowy głównego organizatora. Potem była już tylko muzyka. Grał Edward Kunz, pianista pochodzenia rosyjskiego, robiący karierę na całym świecie. Niesamowicie było słuchać idealnych fortepianowych harmonii w takim otoczeniu. Muzyka, szczególnie tak kunsztownie wykonana, i przyroda to dla mnie idealne połączenie. Wszystko razem było całkiem poruszające, wzbudzało emocje, jakie rzadko pojawiają się w codziennym życiu. Było w tym coś głęboko relaksującego, chociaż też pewien smutek czy tęsknota.

Kilka zdjęć z samego koncertu dla ciekawych strony wizualnej 🙂 Nie udało mi się zrobić ich za dużo, jakoś się nie składało. Ale najważniejsze, że jest zdjęcie z samym pianistą.

Ściskam!

K8away

Follow

Get every new post on this blog delivered to your Inbox.

Join other followers: