Monthly Archives: Listopad 2013

Do tej pory nie wiem, jak to wszystko mogło zdarzyć się w tak krótkim czasie

Czas mija szybko. Czasem trochę ZA szybko. Ani się obejrzeliśmy, a tu już listopad, środek listopada, końcówka listopada! Zaraz grudzień, a to właściwie koniec roku, potem już bliżej niż dalej do wyjazdu z USA! Trzeba działać i doświadczać typowych amerykańskich sytuacji 🙂 To właśnie robiłam przez ostatnie, jakże intensywne dni – zawsze w doborowym towarzystwie.

W poprzednią sobotę, idąc za ciosem festiwalu filmowego, postanowiliśmy się dalej ukulturalniać. Poszliśmy do teatru na terenie kampusu UVa obejrzeć An Enemy of the People. Sztuka przerosła nasze oczekiwania! Świetny scenariusz i wysoki poziom aktorstwa – polecam wszystkim mieszkańcom Cville. Kolacja w uroczej restauracji na Downtown zwieńczyła bardzo miły wieczór.

W niedzielę trzeba było zregenerować się przed kolejnym intensywnym tygodniem. W poniedziałek wieczorem odbyło się VFF Volunteer Appreciation Party – kolacja wydana w podziękowaniu za pracę wolontariuszy. Spotkałyśmy kilkoro naszych festiwalowych współpracowników oraz poznałyśmy kilka nowych świetnych osób. Ja i Marta (która przyszła, bo gdyby nie konferencja, to na pewno by się zgłosiła jako wolontariuszka!) wygrałyśmy super nagrody w losowaniu (!!), a do tego można było sobie brać koszulki dla wolontariuszy z poprzednich lat i super kieliszki do wina z nadrukiem festiwalowym. W rezultacie mamy ich w domu całą zastawę. Bardzo się przydają, bo do tej pory miałyśmy może 4 kieliszki, każdy z innej parafii, w tym 2 do martini 🙂

We wtorek, razem z Łukaszem i Chrisem, zaliczyliśmy typowo amerykański wieczór. Pojechaliśmy do DC i z powrotem na mecz NBA, Washington Wizards vs Minessota Timberwolves. Ja mam z koszykówką niewiele wspólnego (oglądanie meczy pociąga mnie głównie ze względów estetycznych 😉 ), za to sędzina Betti jest ekspertem od reguł. Podczas kupowania biletów, wygłosiła prognozę, że tyłki Wizardów zostaną skopane, ponieważ drużyna przeciwna jest znacznie wyżej w rankingach. Dlatego przywdziałam klubowe barwy, nastawiając się na kibicowanie przegranym. Wyjechaliśmy po pracy (przychodząc i wychodząc trochę wcześniej), 2,5h później byliśmy w Waszyngtonie. Krótka jazda metrem i dotarliśmy na miejsce. Początkowo, poza wrażeniami wynikającymi z ogromnych rozmiarów Verizon Areny, mecz nie był specjalnie emocjonujący. Jednak w drugiej połowie obie drużyny zaczęły iść łeb w łeb i zdobywać punkty na przemian. Obudzili się kibice, wszyscy zagrzewali graczy i w napięciu czekali na ostateczny wynik. Okazało się, że wygraliśmy 104:100! Zasady w NBA są mniej restrykcyjne niż w koszykówce międzynarodowej (oczywiście powtarzam za Betti), więc częściej zdarza się przekroczenie setki. Przyjemnie zaskoczył mnie fakt, że wbrew przewidywaniom nasza drużyna wygrała. No, i fajnie było zobaczyć na parkiecie Marcina Gortata czy Rickiego Rubio. 🙂 Dodatkowo wszyscy wygrali darmowe kanapki do odebrania w Chick Fill A, bo Timberwolves dwa razy pod rząd spudłowali rzut osobisty. Tradycyjnie przespałam całą drogę powrotną (no dobra, w tamtą stronę też…). Dzielny Chris bezpiecznie dostarczył nas do domu, i chociaż wszyscy byliśmy zmęczeni – warto było! Takie rzeczy tylko w USA.

To absolutnie nie jest koniec atrakcji! Aż ciężko wszystko spamiętać. W środę znowu miała miejsce specjalna kolacja. W tym tygodniu na UVa przyjechała pani Małgosia Krasowska, która zarządza Polsk0 -Amerykańską Komisją Fulbrighta. Panią Małgosię poznałam w Rezydencji Ambasadora USA w Warszawie, podczas przyjęcia finałowego Know America (przy okazji – serdeczne pozdrowienia dla konkursowej ekipy i moich dzieciaczków <3), potem skontaktowałam z panem Zygmuntem, jako głównym ogarniaczem naszej wymiany i wygląda na to, że jesteśmy blisko zawiązania współpracy między Fulbrightem a UVa – fantastycznie! Zorganizowaliśmy mnóstwo spotkań mniej i bardziej oficjalnych, między innymi kolację we Flaming Wok, gdzie kucharz przygotowywał jedzenie na bieżąco, dosłownie przed naszymi oczami, na rozgrzanej blasze, która była częścią stołu. So much fun! I było naprawdę pysznie.

Żeby moi czytelnicy nie doszli do pochopnych wniosków – poza tym wszystkim pracowałam w tym tygodniu jak szalona (zaczęłam jeszcze wcześniej wstawać, testuję nową strategię), dlatego wieczory czwartkowy i piątkowy poświęciłam na regenerację. W sobotę razem z Betti i Chrisem pojechaliśmy odebrać nasze promocyjne kanapki – były pyszne! A potem, dla odmiany… mecz koszykówki. Tym razem to koszykówka akademicka… i totalne zaskoczenie! Taki mecz jest prawie takiej samej rangi, jak football’owy, wchodzi się do ogromnej areny (prawie jak ta w Waszyngtonie), w środku jest dużo stoisk restauracji fast food’owych, no wszystko! Jedna cała trybuna jest zajęta przez orkiestrę, która wygrywa skoczne melodie. Betti uważała, że to trochę żenua 🙂 wg mnie – całkiem urocze! Z meczu pojechaliśmy prosto do… kościoła! Znajoma rodzina Beaty zaprosiła nas na kolację z okazji Święta Dziękczynienia, którą wydawał dla społeczności międzynarodowej jeden z szarlotkowych kościołów prezbiteriańskich. Było mnóstwo dobrego jedzenia – mogliśmy spróbować tradycyjnych świątecznych potraw, no  i – nie oszukujmy się – free food  zawsze przyciągnie studentów. Po jedzeniu zostaliśmy (oczywiście) wmanewrowani w wysłuchanie programu artystycznego. Charyzmatyczny kantor intonował 2 piosenki. Jedna składała się ze słów God is good, he is so good, a druga z jednego słowa – Hallelujah. Rozumiem, że miało być łatwo dla cudzoziemców, ale bez przesady, spodziewałam się czegoś więcej. 😛 Wszystko było mówione w trzech językach – angielskim, hiszpańskim i chińskim. To chyba najbardziej intrygująca obserwacja wieczoru – kościół był pełen Azjatów! Podobno w Chinach chrześcijaństwo jest potęgą, całkiem to ciekawe. Podsumowując – cała sytuacja była całkiem wesoła. Stwierdziliśmy, że był to zupełnie inny fun niż zwykle, ale ciągle fun. Poza tym, takie działanie jest jak najbardziej zgodne z zasadą próbowania wszystkiego, na co tylko nadarzy się okazja. W ten sposób intensywnie absorbujemy Amerykę.

Po kościelnej imprezce przyszedł czas na domówkę z okazji obrony doktoratu przez studenta, którego co prawda ja ani Beata nie znałyśmy, ale krążyło o nim sporo historii, więc to już prawie jak dobry znajomy. 🙂 Spotkałyśmy duuużo bardzo kochanych znajomych i spędziłyśmy przemiły, typowo szarlotkowy wieczór.

Dzisiaj rano odwiedzili nas Karol z Grażyną i 4 letnim Maksiem. W przeciągu tygodnia powinna się urodzić jego siostrzyczka, hurrrra! Było super miło się spotkać, pojadając nachosy z guacamole i przepyszne ciasto. Maks przez równe 2 godziny biegał w kółko – taki rodzaj energii przydałby mi się jutro rano w labie, piękna sprawa.

Kiedy już wydawało się, że wystarczy atrakcji, wpadł do nas Josh z Randi (plus Sophie w brzuchu <3) oraz swoimi rodzicami (dziewczyny poznały ich lepiej, spędzając dzień w ich domu, mnie to ominęło). Mieliśmy niesamowity ubaw, bo Josh uparł się, żeby nauczyć ich grać w Jungle Speeda – sam jest zagorzałym fanem. Gra jest zawsze bardzo zabawna, a kiedy tłumaczy się zasady nowym osobom, to śmiech właściwie nie ustaje. W taki o to sposób kończymy kolejny piękny weekend.

Poza tym wszystkim, cały czas szykujemy się do wyjazdu w nadchodzący długi weekend. Jestem tak niesamowicie podekscytowana, że nie mogę usiedzieć w miejscu! New York City zbliża się wielkimi krokami…

🙂 🙂 🙂

Virginia Film Festival – część druga relacji

Pora na ciąg dalszy ciąg festiwalowych przygód. Może tym razem nie zasnę w czasie pisania, tak jak wczoraj 😉

Piątek był przeznaczony na oglądanie filmów. Studenci mogli otrzymać bilety za darmo, trzeba było je zarezerwować przez internet i odebrać w kasie studenckiego teatru. Betti postawiła na klasykę – Ptaki  oraz rozmowę z Tippi Hedren. Ja postanowiłam bardziej zaryzykować, założyłam, że skoro to festiwal, to filmy są wyselekcjonowane i w programie nie ma słabych pozycji. Poszłam na dwa amerykańskie filmy. Powiem tylko, że nie wyszłam na tym dobrze – zobowiązałyśmy się jako staff nie krytykować festiwalu. Ten wieczór był dla mnie sygnałem, żeby nie pokładać za dużej nadziei w filmach. Ciężko mi wytłumaczyć na czym to dokładnie polega, ale mam dosyć specyficzny gust. Nie chodzi o to, że jestem przesadnie wybredna – podobają mi się filmy różnych gatunków, nakręcone w różnych czasach, w różnym stylu. Czasem fascynują mnie wielowątkowe, skomplikowane scenariusze, innym razem urzeka mnie prostota opowiedzianej historii. Z całą pewnością poszukuję w sztuce filmowej powiązań z rzeczywistością – nie koniecznie w sposób oczywisty i bezpośredni, ale jednak. Jeśli profil psychologiczny postaci, tok zdarzeń czy w końcu zakończenie nie są uzasadnione w ramach świata przedstawionego, coś mi w nich nie styka, to ich po prostu nie kupuję. A rozczarowanie filmem, to dla mnie naprawdę spora przykrość. Zawsze starannie zastanawiam się na co mam danego dnia ochotę i zastanawiam się czy film wpasuje się w mój nastrój. Nie mam 100% skuteczności, ale zawsze wiem, czym kierowałam się przy wyborze. Moje zaufanie do organizatorów VFF było trochę na wyrost. NA SZCZĘŚCIE nie po to jest festiwal, żeby oglądać filmy! Liczy się przygoda – wolontariat 🙂

W sobotę (odsypiając jeszcze czwartkową galę – oczywiście w piątek rano pobudka do pracy) zaspałyśmy na disneyowskiego Piotrusia Pana. Zrealizowałyśmy jednak późniejsze filmowe plany. Betti z wypiekami na twarzy pochłonęła The Armstrong Lie – była tak przejęta, że w domu opowiedziała mi dokładnie całą historię, dosłownie czuję się, jakbym też widziała ten film. Ja poszłam na najlepszy z moich festiwalowych seansów – Philomena. Wybór był prosty, zarezerwowałam bilet gdy tylko zobaczyłam nazwisko Judi Dench. Zagrała ona kobietę, której 50 lat wcześniej odebrano dziecko. Przypadkowo kontaktuje się z dziennikarzem, którego kariera stanęła w martwym punkcie. Wspólnie postanawiają odnaleźć syna Philomeny. Film nakręcono w typowym brytyjskim stylu, z odpowiednią dawką humoru i dramatyzmu. Można by powiedzieć, że historia jest mało realna, gdyby nie to, że wszystko zdarzyło się naprawdę! Sala była pełna, człowiek na człowieku, więc siłą rzeczy obserwowałam reakcje publiczności. Amerykanie generalnie bardzo głośno się śmieją, to mnie nie zdziwiło. Ale głośny szloch w finałowej, wzruszającej scenie – już trochę tak. Mimo, że sama jestem podatna na takie uniesienia, wydawało mi się to trochę przesadzone. Wzruszenia z większą dawką pozytywnego przekazu kwitowane były przeciągłym aww… Całkiem to urocze.

W końcu nadszedł wieczór i wyczekane Late Night Wrap Party. Wrap party to impreza, którą tradycyjnie organizuje się po zakończeniu zdjęć do filmu – taki branżowy akcent. Lekko spóźnione (ale nie ostatnie!) stawiłyśmy się na zbiórkę. Większość ekipy wolontariuszy obsługiwała już z nami Opening Galę, więc nie było problemów z orientacją w sytuacji. Znowu zaczęło się od zbierania biletów (przed nami police officer sprawdzał dokumenty – wstęp, jak wszędzie, od 21 lat). Tym razem był to jeszcze większy fun – ludzie kojarzyli nas z poprzedniej imprezy, miło zagadywali. Nie było już sztywnej atmosfery typu black tie, tylko wyluzowana sobotnia imprezka. Tym razem występowałyśmy w naszych służbowych longsleevach. Umiar ważny jest we wszystkim, blietów nie można sprawdzać w nieskończoność. Szczególnie w wypadku, kiedy impreza nie trwa do rana, tylko – zgodnie ze stanowym prawem – maksymalnie do 2:00. Postanowiłyśmy, że czas pokazać się w centrum wydarzeń.

Impreza miała miejsce na lodowisku – oczywiście lód był zakryty. Rozstawiono bar, stoisko cateringowe i sprzęt muzyczny, a także wysokie stoliki. W tle wyświetlane były klimatyczne obrazy, wieża Eiffla itp. Wszystko prezentowało się naprawdę nieźle. Zaspokoiłyśmy głód porcyjkami różnych specjałów (tym razem już bez luksusu, ale przyzwoicie) i przeszłyśmy do gaszenia pragnienia 😉 Szczerze mówiąc to, jaką zrobiłyśmy furorę przerosło nasze oczekiwania. Przypomnę, że ubrane byłyśmy w dresowe niemal bluzy, pełna skromność. Zaczepiały nas osoby poznane na gali i na filmach, ale ogólnie wzbudzałyśmy zainteresowanie, jakbyśmy to my były gwiazdami filmowymi, hehe 🙂 Czas uciekał, nie było na co czekać – po chwili networkingu, przeniosłyśmy się na parkiet. Muzyka bardzo przypadła nam do gustu, więc reszte imprezy przetańczyłyśmy, bawiąc się przednio! Razem z ekipą poznanych studentów UVa (jeden z nich jest reżyserem filmu, wyświetlanego na FVV – 22 letni chłopak!) wybraliśmy się jeszcze na mały afterek, a potem do domu spać.

Znowu nie dane nam było odespać nocy – po zaledwie paru godzinach odezwały się budziki. Czas na ostanią porcję fesiwalowej pracy, tym razem w kinie. Mimo wczesnej pory i naprawdę baaardzo nadszarpniętych zasobów energetycznych, miałyśmy dobre nastawienie. Póki co, spośród naszych współwolontariuszy, może nie wszyscy byli super odpowiedzialni, ale z pewnością mili i uśmiechnięci. Ostatniego dnia, wrażenia trochę się popsuły, bo niestety zarówno dwie menadżerki, jak i reszta ekipy obsługującej poranne seanse, nie grzeszyła otwartym nastawieniem. Próbowałyśmy dowiedzieć się jak możemy pomóc i jaki generalnie jest plan działania. Nikt nie poświęcił czasu, żeby nam to wyjaśnić, miałyśmy wręcz wrażenie, że specjalnie nas ignorowano. Być może to konsekwencja dołączenia ostatniego dnia – zabrakło cierpliwości, żeby 4 raz powtarzać to samo. W końcu okazało się, że mamy za zadanie rozdawać przy wejściu do sali kinowej karteczki, do oceny filmu (bardzo dobrze pomyślane – wystarczyło w odpowiednim miejscu przedrzeć papier, zero długopisu), w trakcie projekcji siedzieć na sali i pilnować, czy wszystko ok, a po wszystkim zebrać ewaluacje. Obejrzałyśmy razem Invisible woman o kochance Charlesa Dickensa (Beata wzgardziła afrykańską produkcją z figurkami glinianymi zamiast aktorów), a potem ja zostałam przydzielona do pilnowania podczas Vannin’, dokumentu o zlotach wielbicieli vanów (tak, chodzi o typ samochodu). Bardzo interesująca, typowo amerykańska śmiesznostka.

Po zakończeniu naszej zmiany byłyśmy tak zmęczone, że wróciłyśmy do domu i nie poszłyśmy już na żaden film. Jednak niesamowity entuzjazm i szalona energia ciągle są w nas. To jest właśnie ten paradoks – kiedy dużo się dzieje, człowiek jest zmęczony, ale czuje się jednocześnie niesamowicie silny radością życia.

Wiem, że na pewno nie udało mi się do końca oddać całego klimatu festiwalu – zatłoczonych ulic, grupek stojących przed kinami z rozpiskami w rękach, rozmów o obejrzanych filmach z ludźmi przypadkowo spotkanymi w autobusie. Po raz kolejny rzucał się w oczy amerykański rozmach, skala działania. Dla orientacji (dane z głowy, proszę mnie poprawić w razie czego): w zeszłym roku filmy obejrzało ok. 25 tys osób. W tegorocznym programie było ponad 100 filmów. Na Opening Galę przyszło około 400 osób (szacunki organizatorów), wg mnie na Wrap Party drugie tyle. Dodatkowo odbyło się całe mnóstwo akcji towarzyszących – wystawy, zabawy dla dzieci, akcja kręcenia filmów na spontanie w 72h. Całkiem spory był event, o tak!

Niestety część zdjęć nie nadaje się za bardzo do publikacji, bardzo ciemno było na imprezach 😉 Ale dla lepszego przedstawienia klimatu wrzucam kilka.

Dzięki za uwagę!

the-end

 

 

 

 

 

 

 

 

 

PS. Jeśli ktoś brał udział w VFF i chce się podzielić wrażeniami – proszę śmiało pisać w komentarzach. Może nawet ktoś się szarpnie na gościnną notkę-recenzję filmu? Super by było 🙂

Virginia Film Festival – część pierwsza relacji

Hej!!

Wreszcie mam  chwilę na napisanie paru słów. Dzisiaj prezentowałam artykuł w ramach naszego labowego journal club. Siedziałam wczoraj do 3 w nocy, żeby to skończyć, ale chyba było warto. Po pierwsze pochwalił mnie szef. A po drugie, zgodnie ze swoją strategią życiową, żeby równoważyć trudności przyjemnościami, cały boży dzień wyznaczałam sobie nagrody za przepracowanie. 🙂 Super lunch, nowy ciuszek, joga, lody, kolacyjka, herbatka… To jest życie! No i wreszcie udało mi się zabrać za pisanie notki o NAJLEPSZYM weekendzie ever.

Przechodząc do rzeczy – w Charlottesville odbył się w ostatni weekend Virginia Film Festival. O samym wydarzeniu poinformowała nas z wyprzedzeniem Ania K, która trzyma rękę na pulsie i nie pozwala nam przeoczyć takich perełek. Niewiele później Beata zobaczyła gdzieś ogłoszenie, że można zgłaszać się do pomocy przy festiwalu jako wolontariusz. Nie zastanawiając się zbyt długo zgłosiłyśmy się i wybrałyśmy sobie 3 zmiany ze wszystkich proponowanych, podczas których chcemy pracować. Marta w tych dniach była na konferencji w Atlancie, więc trochę inne rozrywki ją zajmowały (może gościnny wpisik o nerkach? 🙂 ).

Być może wszystko wyglądało by inaczej, gdybyśmy podjęły się innych obowiązków. Jednak wylądowałyśmy w grupie PARTIES i przez to weekend dostarczył nam niezapomnianych wrażeń. W zeszły poniedziałek wybrałyśmy się na spotkanie organizacyjne i już wtedy zaczęło do nas docierać, że wyrbałyśmy bardzo dobrze.

Wszystko zaczęło się w czwartek. Brałyśmy udział w bankiecie otwierającym cały festiwal. Naszym zadaniem było elegancko się ubrać i pilnować czy cała Opening Gala przebiega tak, jak trzeba. No, i kontrolować przy wejściu czy wszyscy goście mają bilety. Po pracy wyszykowałyśmy się i pojechałyśmy do Jefferson Theater. (Dodam na marginesie, że po raz nie wiem który wystąpiłam w Agath’cie od YES TO DRESS, ta sukienka jest niezastąpiona! Tym razem wybrałam bardziej stonowany kolor niebieski.) Kiedy zebrała się cała grupka wolontariuszy, zrobiliśmy obchód po całym teatrze z naszym szefem, Alexem. Wszystko było przygotowane na bardzo wysokim poziomie. Stoły zastawione wyszukanym jedzeniem – były homary, ostrygi, różne rodzaje serów i de-serów – oraz kilka barów, w tym jeden zupełnie nietypowy – składniki drinka nalewane były do szklanki przez lodową zjeżdżalnię, dzięki czemu schładzały się. Grał świetny zespół, ale przez całą noc tańczyła tylko jedna para, może reszta się wstydziła.

Sprawdzanie biletów brzmi jak słaba fucha, jednak pozwala na przyjęcie bardzo strategicznej pozycji. Można  zobaczyć dokładnie kto wchodzi, wstępnie poznać ludzi, pooglądać ciekawe, nieraz ekscentryczne, stroje. Wbrew moim przewidywaniom, czas mijał bardzo szybko. W końcu zorientowałyśmy się z Betti, że nie zostało go wiele. Postanowiłyśmy więc wypełnić nasze pozostałe obowiązki, tzn. poprzechadzać się, robiąc dobre wrażenie. Przyznam nieskromnie, że wychodziło nam to naprawdę dobrze. 🙂 Spróbowałyśmy sobie różnych hajlajfowych przekąsek, wypiłyśmy po drinku (albo dwóch). Ciekawe spostrzeżenie – filmy amerykańskie nie kłamią, tutaj naprawdę łatwo jest nawiązać kontakt z ludźmi. Sporo osób do nas po prostu zagadywało, my mogłyśmy spokojnie zrobić to samo. Dzięki temu poznałyśmy naprawdę dużo ciekawych ludzi. Z większością wymieniłyśmy tylko kilka zdań. Z kilkoma być może kontakt się utrzyma – zobaczymy.

Ogólnie rzecz biorąc – impreza super zorganizowana, obyło się bez jakichkolwiek nieprzyjemności czy problemów. Wolontariuszami zajął się świetny człowiek, jasno opisał jakie są oczekiwania, każdy wiedział, co ma robić. Wszystko wykonywałyśmy z wielkim zapałem i energią, czerpiąc w zamian niesamowitą radość i zajawkę, że nie przepuściłyśmy takiej okazji na zobaczenie czegoś niecodziennego.

Właśnie zdecydowałam – to będzie pierwsza notka serialowa, czyli taka, której ciąg dalszy czytelnicy poznają w następnym odcinku. Już jestem bardzo senna (patrz akapit 1), nie chcę pisać głupot.

W celu zapełnienia pustki po opisie pozostałych festiwalowych dni – kilka zdjęć.

Kilka słów o tym, dlaczego Halloween jest super [+zdjęcia!]

Nigdy nie byłam wielką fanką Halloween. W polskim wydaniu jest to dosyć nieciekawe święto, nie ma jasnych reguł kto ma się przebierać i jak oraz co zrobić z żebrającymi o słodycze dziećmi. Poza tym mamy swoje tradycje związane z Dniem Wszystkich Świętych, które uważam za bardzo piękne.

W tym roku jednak byłam podekscytowana zbliżającym się Halloween, w końcu w USA to spora rzecz. Rzeczywistość absolutnie mnie nie rozczarowała! Okazało się, że jak to w Ameryce – jak już coś się dzieje, to z przytupem. Halloween jest świętem absolutnie uwielbianym przez ludzi. Wszyscy wyczekują ostatniego dnia października, kiedy będą mogli zaprezentować swoje przebrania.

Moje halloweenowe obserwacje trwały sporo czasu, bo pierwsze 2 imprezy zaliczyłam już w weekend poprzedzający samo święto, taka rozgrzewka. Nie było za dużo czasu na kompletowanie kostiumów, więc razem z Martą postawiłyśmy na mroczny makijaż 🙂 Założyłam zwiewną sukienkę, utapirowałam włosy i założyłam na nie hawajskie kwiaty, do uszu kolczyki-kwiatki i nazwałam to przebranie Creepy Flower Fairy.

W czwartek wybraliśmy się w kilka osób na the Lawn, duży skwer przed Rotundą, głównym budynkiem UVa. Po obu stronach trawnika ciągną się niskie zabudowania – akademiki dla wybrańców.

Co roku całe masy dorosłych, dzieci i zwierząt przemieszczają się w jedną stronę naokoło całego skweru, zbierając cukierki od mieszkańców domków. Kiedy już oswoiłam się z tłumem, zaczęłam uważniej przyglądać się ludziom, wyodrębniać poszczególne jednostki.

Przebrani byli prawie wszyscy – od starców, przez dzieci, po psy. Różnorodność strojów była pełna – bardziej i mniej rozbudowane, kupione lub zrobione w domu, zaczerpnięte z filmów czy bajek oraz zupełnie oryginalne. Zaskoczyło mnie trochę, że wcale nie dominowały kostiumy przerażające i obrzydliwe (zombie, wiedźmy itp.), jak to często bywa w Polsce. To był raczej karnawał – dzieci (nawet maleńkie, kilkumiesięczne) miały na sobie urocze stroje pszczółek, dyń czy cupcakes (plus nasze ulubione banana baby 🙂 ), dorośli wcielali się w postaci z „Gwiezdnych wojen” czy modne w tym sezonie Minionki. Niektórzy umawiali się na przebranie w większych grupach. Absolutnym mistrzostwem był pomysł jednej z rodzin – rodzice-kucharze ciągnęli za sobą wózek-brytfankę, w którym siedziały dzieci – bliźniaki przebrane za homary! To nie koniec – dziadkowie zaopatrzyli się w sztućce i serwetki, gotowi do konsumpcji. Takie przykłady mogłabym mnożyć, chyba jednak zdjęcia przekażą więcej.

Podsumowując, stałam na Lawn’ie przez godzinę, rozglądając się dookoła, co chwilę wznosząc ochy i achy z zachwytu. Mogłabym spędzić w ten sposób jeszcze duużo więcej czasu, ale musiałam wrócić do labu i skończyć eksperyment. Ciężko było odejść, głównie ze względu na to, jak przeurocze były przebrane maluchy. 🙂 Tutaj galeria z Facebooka.

Następnym punktem programu była impreza organizowana przez Graduate School of Arts & Sciences dla wszystkich graduate students. Przyszło dużo ludzi, sporo z mojego departamentu. Aż się zdziwiłam, że znam już tyle osób. Kilka razy zdarzyło mi się, że ktoś mnie zaczepił, pytając o improv – jakie to było miłe! Panowała super atmosfera, ludzie zaczepiali się nawzajem chwaląc kostiumy albo po prostu zagadując. My też tym razem bardziej przemyślałyśmy nasze stroje. Znajomy zabrał nas do gigantycznego sklepu z kostiumami i dokupiłyśmy sobie potrzebne akcesoria. Mnie po raz kolejny uratowała najlepsza przyjaciółka każdej kobiety – Agatha by YES TO DRESS. Jej miętowy kolor był moim natchnieniem, pomyślałam sobie, że przebiorę się za Statuę Wolności. 🙂 Na szczęście udało mi się kupić odpowiednią koronę, ale latarni nie było. Użyłam klosza od lampy, jako trzonek posłużyła zwinięta w rulon tektura. Całość owinęłam kawałkiem plastikowego obrusa, który też znalazłam w sklepie imprezowym – idealny kolor! Beata dorobiła piękny płomień z papieru i znicz gotowy. Marta wystąpiła jako Upiór w Operze.

Ostatnią odsłoną tegorocznego Halloween była impreza w jednym z polskich domów Szarlotki. Dom był super udekorowany,  było jedzonko i bardzo dużo ludzi! Przebrania były prześwietne! Z resztą – zobaczcie sami 🙂

 

Jak widać, Halloween w USA to świetna sprawa. Bardzo mi się podobało to, że każdy chciał wykazać się kreatywnością, zaskoczyć strojem. Niektórzy naprawdę się napracowali! Panowała przy tym pełna dowolność, nie było zewnętrznej presji czy negatywnych komentarzy. Ja czułam się świetnie w roli Statui Wolności, aż mi żal, że to już koniec przebieranek! Ale cóż, może to i lepiej – imprezowanie naprawdę potrafi być męczące, chyba każdy student przyzna mi rację 🙂

Ściskam mocno!

K8i of Liberty

Follow

Get every new post on this blog delivered to your Inbox.

Join other followers: