Monthly Archives: Grudzień 2013

New York Experience – part 2

Druga część nowojorskiej historii.

Po pierwszym dniu, który był męczący z powodu podróży i noszenia ze sobą bagaży, przyszedł następny – tak się złożyło, że było to Święto Dziękczynienia. Wyruszyliśmy rano średnio wyspani, ale za to bez obciążenia w postaci wielkich toreb.

Pierwszy punkt programu to oczywiście śniadanie – gotowanie w domu jest stosunkowo mało popularne w USA, a wydaje mi się, że nowojorczycy biją w tej dziedzinie wszelkie rekordy. Philippe nie miał w domu dosłownie żadnego jedzenia, zawsze je w restauracjach. Poszliśmy do knajpki prowadzonej przez Francuza, który wypieka w niej własnoręcznie croissanty nadziewane różnymi pysznymi rzeczami. Ja, nie mogąc się zdecydować, zjadłam na miejscu jednego (kozi ser i suszone pomidory) a drugiego wzięłam na wynos i skonsumowałam na spacerze w Central Parku (nutella i banany, mój najulubieńszy zestaw, często jem tak przyrządzone tosty). Oba były WSPANIAŁE. Po prostu pyyyycha. Niebo w gębie. Zahaczyliśmy jeszcze o sklepik z warzywami, w którym sprzedawano zdrowotne świeże soki – różne zestawy w zależności od schorzenia. Betti czuła się przeziębiona, więc przechyliła koktajl marchewka-jabłko-seler. Ja niestety zrezygnowałam z tej przyjemności z powodu wszechobecności marchewki, na którą jestem uczulona.

W końcu przyszedł czas, żeby przemieścić się na Manhattan. Jazda metrem dostarczyła nam kolejnych ochów i achów nad panoramą oraz widoczną z daleka Statuą Wolności. Pierwszy punkt programu to zbliżenie się do Macy’s Parade – wielkiego przemarszu kolorowych platform, który odbywa się co roku w Thanksgiving. Niestety było tak bardzo tłoczno (i chyba już troszkę za późno…), żeby zobaczyć cokolwiek z bliska. Tak jak uprzedzali nas wcześniej znajomi – to wydarzenie najlepiej obserwować w telewizji. Jakoś udało nam się przecisnąć w stronę Times Square, obowiązkowej atrakcji turystycznej, szalonego miejsca z masą sklepów, gdzie zawsze jest bardzo tłoczno, a w nocy jest jasno jak w dzień – taki efekt zapewniają niezliczone ekrany reklamowe. Przeszliśmy szybko przez obowiązkowe Disney store i M&M store (M&Msy we wszystkich kolorach tęczy – fajnie, tylko ja się pytam, dlaczego wszystkie tego samego smaku?), ale wszystko to raczej przytłaczało. Szybko uciekliśmy w stronę Central Parku, zahaczając po drodze o kawiarnie, żeby trochę się ogrzać i zatankować kofeinę.

Spacer po Central Parku był chyba jednym z najprzyjemniejszych momentów całego pobytu w NYC. Jest tam po prostu świetnie! Nawet w ostatnich dniach listopada, kiedy drzewa są już w większości ogołocone, ogromna przestrzeń w samym środku miasta robi wrażenie. Chodząc alejkami, można odciąć się od przytłaczającego zgiełku i tumultu, jednocześnie nie tracąc z oczu dostojnych drapaczy chmur. Napotkaliśmy bardzo wielu artystów, między innymi śpiewaczkę operową, która uwiodła nas swoim głosem. Udało nam się też namierzyć pomnik Władysława Jagiełły – jest ogromny! Central Park odebrałam jako miejsce, które mimo że jest intensywnie uczęszczane, daje wytchnienie i radość obcowania z naturą. Z pewnością odbiera się je inaczej w różnych momentach, w zależności od nastroju.  Gdybym miała spędzić więcej czasu w Nowym Jorku, na pewno często bym tu bywała, good vibe!

Oczywiście nie udało nam się przejść całego parku, w końcu zgłodnieliśmy. Postanowiliśmy udać się na lunch do SoHo (South of Houston Street), dzielnicy, która swego czasu była centrum rozrywkowym Manhattanu. Niestety praktycznie wszystkie restauracje były zamknięte, trochę pozwiedzaliśmy zanim udało się gdzieś usiąść. Okolica bardzo mi się spodobała. Mieliśmy jeszcze pójść do jednego sklepu ciuchowego, ale też był zamknięty z powodu święta.

Następnym punktem zwiedzania był 9.11 Memorial, miejsce, gdzie stały wieże WTC. Dotarliśmy tam późnym popołudniem, już po zmroku, co jeszcze bardziej wzmocniło wrażenia. Na terenie Mamorial znajdują się dwa identyczne pomniki – fontanny na planie kwadratu. Woda, zamiast wystrzelać w górę, spływa na dół, tworząc ścianę jak wodospad. Wszystko jest pięknie podświetlone i naprawdę robi wrażenie. W obrębie Ground Zero wybudowano już kilka nowych ogromnych wieżowców. Przebywanie u ich stóp budzi pewien niepokój. Wszystkie te odczucia łączą się w jedną, dość mocno wzruszającą, całość. Znowu zostawiam pole dla zdjęć, bo ciężko to ubrać w słowa.

Wieczorem, po szybkim ogarnięciu u Fifiego, wybraliśmy się we czwórkę do Christiana, nowego znajomego z Couch Surfingu, na wielką imprezę z okazji Święta Dziękczynienia. Było fantastycznie! Doliczyliśmy się, że pod jednym dachem znaleźli się przedstawiciele 12 narodowości, m. in. z Albanii, Turcji, Ukrainy, Indii, Francji, Włoch, Chile, Polski… Część osób to dobrzy znajommi Christiana, innych poznał niedawno za pośrednictwem Couch Surfingu (nas na przykład w momencie, kiedy przekroczyłyśmy próg mieszkania). Życie w USA nauczyło nas dystansu do jedzenia – raczej wielkich zachwytów nie ma. Jednak Nowy Jork to co innego. Ludzie szaleją tu na tym punkcie. Widać to było także w przypadku naszego Thanksgiving. Była przepyszna, ogromna pieczona szynka (kupiona, ale naprawdę genialna, choć fanką mięs nie jestem), własnoręcznie przyrządzony świąteczny indyk (zero suchości, soczysty, apetyczny przysmak, takiego jeszcze nie jadłam), a także tureckie bakłażany z mięsem i tzatziki czy genialna ukraińska sałatka.

Podczas imprezki Christian dał nam swoje klucze, więc z samego rana była przeprowadzka od Philippa. Po szybkim ogarnięciu wyruszyłyśmy na kolejną porcję zwiedzania. Na pierwszy ogień poszła przeprawa promem na Staten Island – rozrywka urokliwa i, co ważne, darmowa. Cała frajda turystyczna polega na tym, że przepływa się blisko Statui Wolności, a bądąc już na miejscu, można z daleka podziwiać panoramę Manhattanu. Dzień był bardzo słoneczny (chociaż nie powiem, że ciepły), uważam, że taki mały rejs to był bardzo dobry pomysł. Z resztą – każdy, kto czytał notkę halloweenową wie, że Statua jest bliska mojemu sercu 😉

Następny krok był trochę wymuszony okolicznościami. Pojechałyśmy na Brooklyn Heights, żeby kupić zniżkowe bilety na Brodway w budce TKTS. Są 2 takie budki w mieście, można w nich kupić bilety nawet za 50% ceny, co naprawdę nie jest bez znaczenia – wyjściowe kwoty są dla studentów nieosiągalne. A na spektakl trzeba iść, żeby spełnić marzenie! Drugi punkt sprzedaży znajduje się na Times Square, ale jednego można się tam spodziewać na pewno – ogromnych kolejek. Trochę nam zajął dojazd, ale udało się, miałyśmy w ręku bilety na Chicago!!! Następnie trochę dałyśmy się porwać szałowi zakupów. Piątek po Święcie Dziękczynienia to tzw. Black Friday – dzień ogromnych wyprzedaży WSZĘDZIE. To właśnie z tej okazji ludzie stoją w kolejkach od świtu i tratują się na śmierć w centrach handlowych. My weszłyśmy w kilka miejsc, ale nic szczególnie nas nie ujęło. U mnie oczywiście standardowo – jeśli coś przykuło moją uwagę (jaka piękna prosta torba), to była to najdroższa rzecz na całej półce, także więcej zaznałam frustracji niż zakupowego szału. Przy okazji udało nam się zobczyć kolejne neighbourhood – o wiele mniej luksusowe i wyszukane, takie miejsce do życia.

Kolejnym przystankiem miała być słynna MoMA. Ze względu na to, że posługiwałyśmy się schematyczną mapką metra, nie od razu wiedziałyśmy gdzie dokładnie jest muzeum. Zdania mieszkańców miasta były podzielone ;), więc trochę sobie pobłądziłyśmy. Jakież to było przyjemne! Okolica nie byle jaka, 5 i 6 aleja, samiutkie centrum Wszechświata! To był czas na uprawianie mojego ulubionego stylu turystycznego, a mianowicie zobacz jak tam fajnie, chodź, skręcimy w tę ulicę. Przyznam, że niesamowite świąteczne wystawy sklepowe zahipnotyzowały mnie tak bardzo (zobaczcie tylko na zdjęciach!), że plan zwiedzania muzeum jakoś się w mojej głowie rozmył. Na szczęście Beata przywróciła proporcje i w końcu udało się dotrzeć na miejsce. Na pełnej nieświadomce trafiłyśmy na promocję – w piątki wieczorem wejście jest za darmo, za sprawą sponsora – UNIQLO (jeszcze o tym wspomnę). Ale do rzeczy – MoMA jest CUDOWNA. Jest dużo galerii jednego obrazu, do których idzie się obejrzeć jedną perełkę, a resztę jakoś przetrwać. Każdy, kto chodził w Polsce do szkoły zwiedzał nie raz miejsca, gdzie brakowało nawet tej jednej perełki. Otóż w tym nowojorskim muzeum są SAME perły. Uwielbiasz van Gogha? Proszę bardzo – oryginały dzieł, które każdy zna z kalendarzy i podręczników do polskiego.  Lilie Moneta na całą ścianę, a nawet 3? Też można obejrzeć. Dziesiątki malowideł Picassa, od których ciężko oderwać wzrok, komiksy Warhola, kropki Lichtensteina, maziaje Pollocka, kwadraty Rothki? Do wyboru, do koloru. Z moich faworytów jeszcze Klimt czy Gaugin, a nawet Frida Kahlo. Niesamowita sprawa!

Od galerii sztuki do galerianek – po darmowej wycieczce do muzeum postanowiłyśmy odpłacić się sponsorowi. Już kilka osób polecało nam przejść się do UNIQLO, japońskiej sieciówki. Ja absolutnie pokochałam to miejsce i zaopatrzyłam się w towary deficytowe dla mieszkańców Szarlotki – dobrej jakości ubrania w klasycznym stylu.

Wróciwszy do domu i wziąwszy gorący prysznic, padłyśmy na kanapie razem z kocicą Dunią. Nie było szans na żadne wieczorne wyjście, nastał moment regeneracji.

Rano, po amerykańskim śniadanku (słodka kawa, pancakes, jajka, bekon, syrop klonowy), pojechałyśmy przejść się po High Line – trasie spacerowej, na którą została przerobiona zamknięta linia metra. Stamtąd BIEGIEM na Brodway, żeby zdążyć na spektakl!!! W tym momencie przydarzyła nam się przygoda, która dobrze pokazuje różnice między życiem  w wielkim mieście, a w południowym małym miasteczku. Dobiegłyśmy do stacji metra i zbiegłyśmy po schodach. Okazało się jednak, że to było wejście na peron w przeciwną stronę. Z jakiegoś powodu wydało nam się, że najszybciej będzie przebiec na drugą stronę górą, przez ulicę. Po 30 sekundach podeszłyśmy już do odpowiednich bramek, dziewczyny przez nie przeszły, a ja nie mogłam. Okazało się, że zdążyłam już skasować bilet po drugiej stronie i był zablokowany. W pośpiechu (show za 10 minut) podbiegłam do budki pracownika metra, żeby mnie przepuścił bramką awaryjną. A on zeskanował moją kartę, zobaczył, że przeciągnęłam ją przez kasownik po drugiej stronie tej samej stacji i kazał mi czekać 18 minut (!!!!!) aż się odblokuje! Dodatkowo kazał jeszcze dziewczynom pomachać kartami, na dowód, że one weszły na peron legalnie. Byłyśmy w szoku, w DC już nie raz zdarzyło nam się kupić niewłaściwy bilet i zostałyśmy co najwyżej upomniane przez miłego strażnika. A tutaj taka jawna złośliwość! Pociąg mógł przyjechać w każdej chwili, więc nie wdając się w dyskusje szybko kupiłam pojedynczy bilet i na szczęście udało się na czas, ale niesmak pozostał.

Przejdźmy więc do sedna – musical! Obejrzenie Chicago na żywo, ze wszystkimi – tak dobrze znanymi – piosenkami było super przeżyciem! Wspaniały taniec, śpiew, gra orkiestry… Wykonanie na bardzo wysokim poziomie, rozrywka, której naprawdę nie warto pominąć podczas wycieczki do NYC! Spektakl wprawił nas w iście szampański nastrój.

Korzystając z bliskości handlowych ulic, dokonałyśmy jeszcze drobnych zakupów i udałyśmy się na spotkanie z Christianem i jego kolegami, świętować urodziny jednego z nich. Obejrzeliśmy widok na cały Manhattan z dachu budynku, wybraliśmy na kolację – organiczne (oczywiście) burgery z bizona i łosia, a potem na karaoke. Ciekawie było poznać rozrywki nowojorczyków, knajpy do których chodzą, to jak spędzają czas. Nie każdy turysta ma na pewno taką możliwość – za to właśnie kochamy Couch Surfing!

Następny dzień miałyśmy do dyspozycji tylko w połowie – o 17 zabookowany był powrót do DC. Ten czas przeznaczyłyśmy na nadrabianie wszelkich zaległości. Wybrałyśmy się do Grand Central Station, obejrzeć wielkie publiczne biblioteki (niestety ta najpiękniejsza i znana z 1 części SATC the Movie była zamknięta 🙁 – następnym razem zwiedzę wnętrze). Kolejny punkt programu to miejsce, które znałam bardzo dobrze, zanim jeszcze zobaczyłam je na żywo – mekka dziewczyn z całego świata, dom Carrie Bradshaw!!! Niby nic, ot, budynek mieszkalny, a jaka radość dla tak oddanej fanki, jak ja! <3 Kolejne marzenie spełnione.

Szybki powrót na Brooklyn, żeby wziąć bagaże i pożegnać się z Christianem, przeprawa z powrotem przez most, obiad w popularnej restauracji sieciowej (jeść trzeba, a fundusze mocno nadszarpnięte) i dzida do autobusu. Wyjeżdżając czułyśmy pewną ulgę – klimat Nowego Jorku jest jednak trochę ciężki i przytłaczający. Szczerze mówiąc, ciężko wyrobić sobie o tym mieście prostą opinię na zasadzie lubię/nie lubię. Z pewnością może wciągnąć, ale nawet osoby zkochane w nim po uszy przyznają, że nie jest to miłość łatwa, raczej lekko toksyczna. Chociaż, jak widać, jest co robić w NYC i na pewno jeszcze tam wrócę… 🙂

Dziękuję wszystkim, którzy dzielnie dobrnęli do końca! Myślę, że było warto 🙂

PS. Mam już postanowienie noworoczne – podrasować blogową galerię. Póki co przepraszam za jakość, mam nadzieję, że da  się mimo to poczuć trochę genius loci.

New York Experience – part 1

Nie będzie łatwo napisać tę notkę. Myślałam o tym długo i ciągle nie do końca wiem jak ugryźć temat. No ale nie pozostaje mi nic innego, niż podjąć wyzwanie, po prostu zacząć i liczyć, że będzie dobrze.

Ważne aby drodzy czytelnicy zrozumieli całe okoliczności towarzyszące, które miały niemały wpływ na moje przeżycia. Otóż, jak niektórzy dobrze wiedzą, wychowałam się w kulcie Nowego Jorku. Podejrzewam, że pierwszy przekaz podprogowy przeniknął do mojego mózgu za pośrednictwem odcinków Ulicy Sezamkowej i Mostu Brooklińskiego. Trochę później zaczęłam oglądać (żeby to raz, żeby dziesięć…) kultowy serial Seks w wielkim mieście, w którym miasto (a ściślej Manhattan) jest właściwie głównym bohaterem. Nie wspomne o innych dziełach kinematografi (weźmy choćby równie kultowe i oglądane dziesiątki razy na video Śniadanie u Tiffany’ego).  Dlatego presja była spora. Powiem więcej – bałam się trochę stanąć twarzą w twarz z tą legendą. A co jeśli będę rozczarowana?

Mimo wszystko pojechać do Nowego Jorku chciałam zawsze. Nie było to właściwie w sferze marzeń – czułam, że prędzej czy później się tam znajdę. Gdy wyprowadzałam się do Szarlotki wydawało mi się, że do NYC będzie można ot tak wyskoczyć na weekend, bo przecież blisko. Okazało się, że do DC – proszę bardzo, można wyskakiwać nawet na jeden wieczór, ale biorąc pod uwagę czas i koszt podróży, a także czas potrzebny na zwiedzanie czy w ogóle przemieszczanie się po mieście, nie bardzo się to opłaca w przypadku NYC. Dlatego też trzem zapracowanym naukowczyniom nie udało się wybrać na tę wymarzoną wycieczkę od lipca aż do końca listopada. Trochę mi było głupio (?) z tego powodu.

Patrząc z perspektywy czasu – nie było z czym się śpieszyć. Długi weekend, obejmujący Święto Dziękczynienia, wydawał się świetną okazją na zrealizowanie planów. Bez większego problemu udało się wziąć wolne od środy do końca tygodnia. Dzięki temu, że poznałyśmy do tego czasu dużo nowych ludzi, nie musiałyśmy płacić za hostele, co znacząco zwiększyłoby koszty wyjazdu, ani martwić się, że jesteśmy rzucone na pastwę losu w 9-milionowym mieście. Większość naszych znajomych Polaków (wszyscy?) zdążyła już zwiedzić NYC, więc dostałyśmy całą masę rekomendacji dokąd pójść i co koniecznie zobaczyć. Jak na wszystko w życiu, przyszedł więc idealny moment i na to. Wyjazd do New York City.

Podróż zaczęła się we wtorek wieczorem. Nasz znajomy zawiózł nas do DC. Droga była ciężka, lał deszcz, mieliśmy nawet małą stłuczkę, tzw. fender bender (nauczyłyśmy się nowego określenia). Około północy dotarłyśmy, całe szczęście w jednym kawałku, do naszych kochanych Christine i Victora, no i oczywiście Roscoe Brown! Po raz kolejny pięknie nas ugościli. Z samego rana Victor zawiózł nas na stację, skąd o 8:30 odjechałyśmy autobusem w stronę Nowego Jorku.

Podróż wydłużyła się znacznie względem planu, jechałyśmy 5 godzin, byłyśmy zaspane. Umówiłyśmy się z Philippe, naszym pierwszym hostem, który miał nas odebrać z autobusu, więc chciałyśmy oszacować kiedy faktycznie dojedziemy na miejsce. W tym całym amoku nagle zatrzymałyśmy się jak wryte. Na horyzoncie, daleko (autobus przejeżdżał dopiero przez New Jersey) ale wyraźnie zarysowała się panorama Manhattanu. Zrobiło to na mnie ogromne wrażenie i dokładnie w tym momencie dotarło do mnie z całą mocą jak bardzo się cieszę na nowojorską przygodę. Przez kilka dni jeszcze wielokrotnie obserwowałam ten niesamowity widok i za każdym razem byłam w takim samym szoku. Iście pocztówkowy krajobraz. Wcielenie majestatycznego piękna z odcieniem mroku i tajemnicy, ozdobione smakowicie tysiącem światełek.

W końcu udało się dotrzeć na róg 34 ulicy i 5 alei. Miasto powitało nas szalonym tłumem oraz deszczem.Po chwili udało nam się namierzyć naszego przewodnika, którego poznałyśmy podczas Virginia Film Festival. Philippe jest pochodzenia belgijskiego, ale urodził się w USA. Początkowo mieszkał w Virginii, a kilka lat temu przeprowadził do Nowego Jorku. Jego osobowość ma bardzo silnie rozwinięty rys artystyczny z dominującym odcieniem mroku. Zajmuje się kręceniem dziwacznych teledysków, pełnych niepokojących obrazów. Ma też gotowy scenariusz pełnometrażowego filmu, historii mężczyzny uwiedzionego przez francuską śpiewaczkę niczym mityczną syrenę, trwają poszukiwania producenta. Wraz z naszym barwnym znajomym udaliśmy się na lunch do świetnej i taniej restauracji wietnamskiej na China Town. Następny punkt programu – wjazd na szczyt budynku Rockefellera – zaplanowany był na godzinę 16. O 16:30 miało tego dnia zajść słońce, a więc wszystko pomyślane było tak, żeby zobaczyć panoramę Manhattanu zarówno za dnia, jak i po zmroku. Trochę się martwiłam, że kiepska pogoda (deszcz, zachmurzenie) popsuje fun, ale okazało się, że niepotrzebnie. Mimo silnego wiatru i mżawki, widok zapierał dech w piersiach! Nie da się za dobrze tego opisać, pozostają zdjęcia. Po rozejrzeniu się na wszystkie strony, wróciliśmy do środka budynku, żeby nie marznąć na tarasie. Po mniej więcej pół godzinie było już totalnie ciemno. Wcale nie chciało mi się znowu wystawiać na wiatr… Wystarczył pierwszy rzut oka na panoramę, aby zapomnieć o złych warunkach pogodowych. Granatowy zmierzch, rozświetlony regularnie rozłożonymi światełkami okien i samochodów… Bajka! Mogłabym tak patrzeć bez końca. No ale niestety – nie dało się. Trzeba było zjechać na dół i udać się na Brooklyn do mieszkania Fifiego, żeby wreszcie pozbyć się naszych bambetli (nie udało się to wcześniej, za mało czasu).

Będąc już na Brooklynie, w części zwanej Bushwick, poszliśmy na kawę do kawiarni tak hipsterskiej, że aż mnie śmieszyła. Ludzie jak z obrazka – wszyscy wystylizowani, tak oryginalni, że aż tacy sami. Potem przyszła kolej na kilka piwek i drzemkę. Mi się jakoś udało z niej wybudzić, natomiast Beata zasnęła tak głęboko, że nie słyszała naszych wołań, dlatego we trójkę – ja, Marta i Philippe poszliśmy pozwiedzać kluby na China Town. Na pierwszej imprezie było tak tłoczno, że aż ciężko było się ruszyć. Na kolejnej już lepiej, chociaż muzyka nie do końca w naszym guście. Wraz z nowo poznanymi ziomkami wyruszyliśmy w poszukiwaniu innych miejscówek, ale okazało się, że noc przed Thanksgiving to nie jest najlepszy moment na takie rzeczy – wszystko było zamknięte. Wyruszyliśmy w podróż z powrotem na drugą stronę rzeki, żeby się trochę przespać. Mieszkanie na Brooklynie ma jedną niekwestionowaną zaletę. Przejeżdżając pociągiem przez most można się wgapiać w oddalający się Manhattan. Wspominałam już, że to całkiem przyjemny widok? 😉

Resztę dni opiszę w osobnej notce, bo to już gruba przesada! 

Niestety zdjęcia pojechane po jakości, ale muszę oszczędzać miejsce na następne.

Follow

Get every new post on this blog delivered to your Inbox.

Join other followers: