Monthly Archives: Styczeń 2014

W poszukiwaniu straconego (?) czasu

Czasami, kiedy zaczynamy zdobywać doświadczenie w nowej dziedzinie, ciężko w wymierny sposób odnotować postępy. Do tej pory tak samo myślałam o mojej pracy – czułam się oczywiście coraz pewniej, ciągle jednak raz na jakiś czas robiłam błąd, z którego musiałam wyciągnąć lekcję.

W ostatnich dniach miałam okazję przypomnieć sobie, jaką mgłą byłam otoczona zaraz po przyjeździe do Szarlotki oraz stwierdzić, że naprawdę zrobiłam spory progres. Wszystko zaczęło się od tego, że mój szef chciał, żebyśmy wrócili do wyników z serii eksperymentów, które robiłam w lipcu i sierpniu. Wydawało mi się, że nie będzie z tym żadnego problemu, mam wyniki, mam notatki, wszystko robiłam sama, no, i nie minęło przecież aż tak dużo czasu.

Otóż z przykrością musiałam stwierdzić, że temat, który uważałam za zamknięty, został ledwie rozgrzebany. Wyników właściwie nie dało się jakoś sensownie podsumować – wymagają dodatkowych powtórzeń i duuuużej analizy. Zrobiło mi się totalnie wstyd! Ale czułam głównie zaskoczenie, z lekką nutą niedowierzania. Jak ja mogłam to TAK zostawić?

Właśnie to bezgraniczne zdziwienie uświadomiło mi, jak rozwinęło się moje naukowe myślenie przez ostatnie 7 miesięcy na UVa. Zestaw danych z eksperymentów, za które zabrałam się w następnej kolejności, wygląda już ładnie, wszystkie dane liczbowe są zebrane w arkuszach, zilustrowane pojedynczymi wykresami, a także jednym zbiorczym. Mam świadomość, że z drugiego eksperymentu łatwiej było uzyskać porządne dane liczbowe, wszystko zmierzyć i przeanalizować. Ten zestaw wakacyjny ciągle sprawia mi problemy (głównie przez konieczność wyciągania liczb z mało wyraźnych obrazków), na pewno jeszcze sporo pracy będę musiała włożyć w ogarnięcie materiału. Z tym, że teraz dojrzałam już na tyle, żeby tę świadomość mieć, zaakceptować i zmierzyć się z nią. Czy tamten czas był stracony? Z pewnością nie, bo tamtego etapu nie dało się przeskoczyć, musiałam przez niego przebrnąć, żeby teraz widzieć więcej. Cieszę się, że tak wyraźnie mi się ten postęp zarysował, to całkiem satysfakcjonujące.

W Szarlotce kilka dni temu spadł śnieg, ciągle jest lekki mróz, więc utrzymał się biały krajobraz. Cieszę się bardzo, lubię zimę. Szczególnie taką nie-zimną, jak tutaj. Mróz wcale tak nie szczypie w policzki, jest rześko, ale w dobrym znaczeniu tego słowa 🙂

Uściski dla wszystkich czytających 🙂

K

 

[zdęcie z fanpage University of Virginia na FB]

Kilka metod na to, jak wykonywać powtarzalną pracę i nie zwariować

Od powrotu do Polski, aż do dzisiaj, pracowałam praktycznie non stop. W środę przypadła moja kolej, żeby prezentować wyniki podczas lab meetingu. W związku z tym, że 2 grudniowe tygodnie spędziłam w Polsce, miałam w pewnym sensie zaległości w eksperymentach. Dlatego po powrocie cały tydzień i weekend intensywnie nadganiałam, potem nagle przyszedł poniedziałek, następnie moja prezentacja (która też nie przebiegła super gładko)…  Teraz, w piątek wieczorem, wreszcie mogę odetchnąć.

Biorąc pod uwagę, że praca laboratoryjna jest przerażająco powtarzalna, przez co często monotonna, konieczne było opracowanie strategii jak nie zwariować, wykonując ten sam eksperyment po raz siedemdziesiąty szósty. Ostatnio, za sprawą Betti, zstąpiło na mnie olśnienie. Jest sposób, żeby podczas pracy wkonywać jeszcze jedną cudowną i rozwijającą, a przy tym mało angażującą czynność. Mianowicie – można przyswajać książki… przez uszy! Od dawna jestem fanką audiobooków, ale jakoś nie przyszło mi wcześniej do głowy, żeby urozmaicać sobie nimi czas w labie. Słuchałam czasem muzyki, ale jakos mnie to denerwowało. Dopiero Beata dała mi dobry przykład. Słuchając książki łatwiej się wyciszyć i skoncentrować, czas mija o wiele szybciej i produktywniej – gdyby nie forma słuchowiska, za nic w świecie nie mogłabym w pracy czytać. A tak – nie dość, że przyjemne, to jeszcze rozbudza wyobraźnię. Najlepiej!

Kolejna rzecz, która przywraca równowagę i pozwala się zdystansować, to joga! Nie wiem, czy każdy inny rodzaj ruchu działa tak samo, ale po wieczornej sesji jogi, następny dzień wygląda zupełnie inaczej. Przede wszystkim ciało jest zrelaksowane, rozciągnięte, wzmocnione, rano łatwiej się obudzić. A poza tym, jakoś łatwiej zdystansować się do rzeczywistości i patrzeć na życie z większym entuzjazmem i pogodą ducha 🙂 W tym momencie, nie muszę wcale mobilizować się do chodzenia na zajęcia. Myślę sobie raczej, że jeśli się nie wybiorę, to będzie ogromna  ujma dla mojego zdrowia fizycznego i psychicznego – aż żal się tak zaniedbywać. Przydaje się taki reset – to na pewno.

Mam nadzieję, że z czasem znajdę jeszcze kilka takich lifehacków 🙂 Każdy taki trick to nowa jakość!

Życzę wszystkim dobrego, relaksującego weekendu! :)))

Przełom 2013/14

Miniony listopad zaskoczył mnie tym, jaki był urozmaicony, zwykle był to raczej martwy miesiąc. Iście szalony grudzień to chyba jednak standardowy scenariusz 🙂

Przede wszystkim starałam się przez ostatni miesiąc 2013 sporo pracować, mając w perspektywie świąteczną przerwę. Poza tym, jak to w grudniu, odbyło się całe mnóstwo świątecznych spotkań, imprez i eventów. Najbardziej oficjalne były obchody „okresu świątecznego” mojego departamentu (nie wypada mówić, Christmas, żeby nie urazić odmiennych od chrześcijańskiej religii). Chociaż może „oficjalne” to za mocne słowo 🙂 Lokal, wynajętey na tę okoliczność, przypominał prywatny salon. Jedzenie też było domowe – każdy przynosił jakiś specjał – więc atmosfera raczej kameralna i swojska. W poprzednich latach bywało bardziej elegancko, stroje wieczorowe itp. Teraz jednak sytuacja finansowa się pogorszyła, stąd te domowe klimaty. Według mnie to akurat bardzo miłe. Mój szef, David, też tak powiedział – po co się wbijać we frak, skoro chodzi o to, żeby się spotkać i spędzić przyjemnie czas poza pracą. 

Aby wprowadzić polski świąteczny klimat, dla kilkorga znajomych (Christiana, który gościł nas w Nowym Jorku, a w grudniu przyjechał z rewizytą, Liz i Erdema) przygotowałyśmy barszcz z uszkami oraz rybę. Mówili, że bardzo dobre jedzonko 🙂 z całą pewnością inne, niż znali do tej pory. Śmieszy mnie trochę, że akurat po wyjeździe przyszło mi robić takie rzeczy – nie jestem najlepsza w gotowaniu polskich potraw, ale nabieram wprawy!

Przyszedł w końcu upragniony moment wytchnienia, ja i Betti zapakowałyśmy się do wyładowanego już samochodu Liz i wyruszyłyśmy w stronę DC. Tego dnia w naszych stronach było około 20 stopni (Celsjusza!), więc nie było powodu do niepokoju jeśli chodzi o punktualność lotów. Wszystko przebiegło tak bardzo sprawnie, że nie udało nam się zmęczyć, a przez to przespać chociaż ułamka długaśnego lotu. Na pewno swoje zrobiły też emocje, związane z powrotem do Polski i zajawka perspektywą zobaczenia najbliższych już za kilka godzin.

Jak dobrze było wrócić do Polski! Spędzić Święta z rodziną, Sylwestra z przyjaciółmi, odbyć ważne rozmowy, dobrze się bawić (nie tylko do 1:30 jak w Virginii), przytulać, wysypiać. Absolutnym hitem wszystkiego było jedzonko <3 Do tej pory wmawiałam sobie, że amerykańskie produkty nie są takie złe, da się na nich przeżyć. Teraz jem tylko z rozsąsku – nic nie wygląda apetycznie czy zachęcająco. Wczoraj mając do wyboru tlustą pizze (trochę się spóźniłam na porę lunchową), zjadłam ostatecznie porcję wodorostów z sezamem, wyglądały tak zdrowo!

Powrót do Stanów zapowiadał się nieciekawie. Do tej pory nie rozumiem, czemu aż takie wielkie halo na temat zimy stulecia w USA było podniesione w polskiej telewizji, w każdym razie trąbiono o tym wszędzie. Nastawiłam się bojowo i przygotowałam psychicznie na ewentualne koczowanie na lotnisku czy też przymusowe lądowanie w innym miejscu niż zamierzone. Okazało się, że nasz plan ani na chwilę nie został zakłócony. Poszło nawet lepiej niż zwykle, ponieważ wiele lotów nie dotarło do DC, więc nie było kolejek do kontroli paszportowej. Na lotnisko przyjechał po nas kochany Erdem 🙂

Taki dwutygodniowy pobyt w Polsce to z jednej strony coś pięknego – powody chyba oczywiste. Z drugiej jednak trochę rozbija emocnojalnie, sprawia, że częściej myśli się o tym wszystkim, co zostało te 6 tysięcy mil stąd. Żeby nie było aż tak smętnie – można też docenić kilka aspektów życia w nowym środowisku i w pełnej samodzielności 🙂 Jednak nostalgia za pewnymi rzeczami zostaje.

Ciekawym zjawiskiem przy przemierzaniu takich sporych odległości jest jetlag. Fascynuje mnie obserwowanie, jak mój organizm reaguje na 6-godzinną zmianę czasu. Poza oczywistym – sennością w dziwnych godzinach – występuje jeszcze cała gama pomniejszych objawów. Trochę utrudnia życie fakt, że głodnieje się w zupełnie niestosownych porach. Kiedy chodzę do pracy, jem zgodnie z regularnym schematem i w rezultacie pora lunchu jest o 18-19 czasu polskiego, a kolacji – dokładnie w środku nocy, kiedy już śpię. Kiedy już zwlokę się z łóżka (najchętniej wczesnym polskim popołudniem), czuję się głodna jak wilk!

W drugą stronę działa to znacznie lepiej. Kto by nie chciał mieć więcej siły rano? Budzić się skoro świt, otwierać szeroko oczy i od razu być rozbudzonym? Mieć czas by zjeść śniadanie spokojnie, bez pośpiechu, ucinając dłuższą pogawędkę z równie zjetlagowaną współlokatorką? Dla osoby takiej jak ja, która ma manię długich śniadań (to dla mnie jedna z największych małych przyjemności), to naprawdę fajne uczucie. Aż by się chciało zatrzymać taki tryb, szczególnie, że fajnie jest być w labie przed wszystkimi (np. o 7:30) i na spokojnie sobie popracować. Niestety w środku dnia przychodzi kryzys, oczy się zamykają i aż ciężko uwierzyć, że jeszcze chwilę temu można było góry przenosić.

Po tygodniu wszystko wraca już powoli do normy. Trzeba znowu rozpocząć pracową rutynę i walczyć z wyzwaniami, jakie stawia każdy dzień. W nowym roku mam zamiar cały czas starać się, żeby w moim życiu nie zabrakło momentów wartych zapamiętania, super przygód, podróży i tych wszystkich drobnych chwil szczęścia, które pozwalają zabarwić szarą rzeczywistość jaskrawym różem 🙂

Korzystając z tego, że zostało mi jeszcze pół roku życia we względnym odcięciu od wszystkiego, co otaczało mnie i kształtowało tak długo, chciałabym poświęcić sporo uwagi zaglądaniu we własne wnętrze i odkrywaniu czego chcę, czego potrzebuję do szczęścia i jak widzę siebie w przyszłości. Mam świadomość, że po powrocie do Polski czekają mnie całkiem ważne decyzje. Chyba dobrze będzie znaleźć wewnętrzny balans i podejść do sprawy możliwie spokojnie.

No, i oczywiście, lekarstwo na wszystko – joga, joga, joga, jak najwięcej jogi w tym roku! 🙂

Kilka fotek listopadowo-grudniowych dla ozdoby wpisu 🙂

 

Follow

Get every new post on this blog delivered to your Inbox.

Join other followers: