Goście goście!

Tak, jak obiecałam, kilka zdjęć z polskiej kolacji dla naszych nie-polskich znajomych 🙂 przy okazji świętowaliśmy też urodziny Marty! 🙂

Pierwsi pojawili się przedstawiciele labu Beaty – Liz i Sutir. Następni byli sąsiedzi – Josh i Randi, trochę spóźniony dotarł Gavin (wracał z jakiegoś festiwalu). Miała być jeszcze Chelsi, też koleżanka Beaty, ale nie dotarła niestety. 🙁

W menu była zupa pieczarkowa (pyszna nam wyszła!), a później sałatka i 3 rodzaje pierogów: z mięsem, ze szpinakiem i serem cheddar oraz zmodyfikowane – z braku laku – ruskie z fetą zamiast twarogu i doprawione paprykową przyprawą, co nadawało im trochę hinduski smak. Na deser były owoce i tort urodzinowy, który Marta dostała od swojego szefa (!). Wszyscy bardzo chwalili jedzenie, więc chyba im smakowało. 😉 Furrorę zrobiła także polska malinówka, która czekała w zamrażarce na odpowiednią okazję.

Cały sobotni wieczór spędziłyśmy na sprzątaniu, w niedzielę prawie cały dzień w kuchni. Ale bardzo dużą przyjemność sprawiło nam przyjmowanie gości, było suuuper! Około 2 1 dołączyli do nas jeszcze Rafał i Łukasz. Odsunęliśmy stoły (a raczej stół i biurko – ledwo się pomieściliśmy wszyscy razem, 4 krzesła pożyczyłyśmy od J&R), żeby zrobić miejsce na tradycyjne już rozgrywki w Jungle Speeda 😀 Josh i Randi są wielkimi fanami tej gry, więc właściwie każdy nasz wspólny wieczór kończy się tak samo. Dla mnie bomba! Rozkręciliśmy się do tego stopnia, że Rafał pojechał szybko do siebie po inną grę, bardzo śmieszną, opierającą się na niekonwencjonalnych połączeniach słów – Apples to Apples. Graliśmy chyba z 4 godziny, na pewno będziemy do niej wracać.

Żeby nie było aż tak słodko, przyszedł poniedziałek. Zebrałyśmy się do pracy półprzytomne. Ja, korzystając z tego, że nie ma mojego szefa, pojechałam późniejszym autobusem, żeby pospać jeszcze trochę dłużej. Baaardzo ciężko się było skupić po kilku godzinach snu i – nie bójmy się tego powiedzieć – na kacu. Co gorsze, z samego rana spotkało mnie rozczarowanie. Myślałam, że dzisiaj już dostanę swoje  biurko i zajmę się jego urządzaniem. Okazało się jednak, że w piątek o 3  w nocy Ramya dostała telefon, że zamrażarka -80 C się zepsuła i trzeba ratować jej zawartość. Przyjechała więc i zajęła się tym, ale nie dała rady już ogarnąć swoich szpargałów z bencha do pracy i z biurka. Moje współczucie w kwestii nocnej pobudki nie zdołało niestety w 100% zagłuszyć rozczarowania i irytacjii bałaganem.

Zabrałam się więc za swoją robotę. Zaczęłam od robienia potrzebnego buforu i szło jak po gruzie – głowiłam się przeliczając stężenia, nie mogłam znaleźć odczynników, a jak się kogoś pytałam, to się okazywało, że są na wierzchu. Dopiero po cotygodniowym lab lunchu trochę się opamiętałam i poważnie zabrałam do roboty. Pokarało mnie za poranną opieszałość – siedziałam prawie do 19, żeby skończyć to, co miałam zaplanowane. No ale cóż, zachciało się imprezowania, to trzeba następnego dnia za to płacić. 😉

Z lepszych wieści, to po południu przyszła Ramya i jednak posprzątała 🙂 więc jutro się wprowadzam, będę wreszcie miała dużo miejsca, jupiii!

Lecimy pohasać na siłowni, bo po tym wielkim żarciu zrobiło się nam ciężko. Poza tym dziewczyny właśnie oglądały metamorfozy na stronie Ewy Chodakowskiej, także jest motywacja!

Całuski Poland, miłego dnia!

K8i

Komentarze

comments

Follow

Get every new post on this blog delivered to your Inbox.

Join other followers: