Category Archives: blog

New York Experience – part 2

Druga część nowojorskiej historii.

Po pierwszym dniu, który był męczący z powodu podróży i noszenia ze sobą bagaży, przyszedł następny – tak się złożyło, że było to Święto Dziękczynienia. Wyruszyliśmy rano średnio wyspani, ale za to bez obciążenia w postaci wielkich toreb.

Pierwszy punkt programu to oczywiście śniadanie – gotowanie w domu jest stosunkowo mało popularne w USA, a wydaje mi się, że nowojorczycy biją w tej dziedzinie wszelkie rekordy. Philippe nie miał w domu dosłownie żadnego jedzenia, zawsze je w restauracjach. Poszliśmy do knajpki prowadzonej przez Francuza, który wypieka w niej własnoręcznie croissanty nadziewane różnymi pysznymi rzeczami. Ja, nie mogąc się zdecydować, zjadłam na miejscu jednego (kozi ser i suszone pomidory) a drugiego wzięłam na wynos i skonsumowałam na spacerze w Central Parku (nutella i banany, mój najulubieńszy zestaw, często jem tak przyrządzone tosty). Oba były WSPANIAŁE. Po prostu pyyyycha. Niebo w gębie. Zahaczyliśmy jeszcze o sklepik z warzywami, w którym sprzedawano zdrowotne świeże soki – różne zestawy w zależności od schorzenia. Betti czuła się przeziębiona, więc przechyliła koktajl marchewka-jabłko-seler. Ja niestety zrezygnowałam z tej przyjemności z powodu wszechobecności marchewki, na którą jestem uczulona.

W końcu przyszedł czas, żeby przemieścić się na Manhattan. Jazda metrem dostarczyła nam kolejnych ochów i achów nad panoramą oraz widoczną z daleka Statuą Wolności. Pierwszy punkt programu to zbliżenie się do Macy’s Parade – wielkiego przemarszu kolorowych platform, który odbywa się co roku w Thanksgiving. Niestety było tak bardzo tłoczno (i chyba już troszkę za późno…), żeby zobaczyć cokolwiek z bliska. Tak jak uprzedzali nas wcześniej znajomi – to wydarzenie najlepiej obserwować w telewizji. Jakoś udało nam się przecisnąć w stronę Times Square, obowiązkowej atrakcji turystycznej, szalonego miejsca z masą sklepów, gdzie zawsze jest bardzo tłoczno, a w nocy jest jasno jak w dzień – taki efekt zapewniają niezliczone ekrany reklamowe. Przeszliśmy szybko przez obowiązkowe Disney store i M&M store (M&Msy we wszystkich kolorach tęczy – fajnie, tylko ja się pytam, dlaczego wszystkie tego samego smaku?), ale wszystko to raczej przytłaczało. Szybko uciekliśmy w stronę Central Parku, zahaczając po drodze o kawiarnie, żeby trochę się ogrzać i zatankować kofeinę.

Spacer po Central Parku był chyba jednym z najprzyjemniejszych momentów całego pobytu w NYC. Jest tam po prostu świetnie! Nawet w ostatnich dniach listopada, kiedy drzewa są już w większości ogołocone, ogromna przestrzeń w samym środku miasta robi wrażenie. Chodząc alejkami, można odciąć się od przytłaczającego zgiełku i tumultu, jednocześnie nie tracąc z oczu dostojnych drapaczy chmur. Napotkaliśmy bardzo wielu artystów, między innymi śpiewaczkę operową, która uwiodła nas swoim głosem. Udało nam się też namierzyć pomnik Władysława Jagiełły – jest ogromny! Central Park odebrałam jako miejsce, które mimo że jest intensywnie uczęszczane, daje wytchnienie i radość obcowania z naturą. Z pewnością odbiera się je inaczej w różnych momentach, w zależności od nastroju.  Gdybym miała spędzić więcej czasu w Nowym Jorku, na pewno często bym tu bywała, good vibe!

Oczywiście nie udało nam się przejść całego parku, w końcu zgłodnieliśmy. Postanowiliśmy udać się na lunch do SoHo (South of Houston Street), dzielnicy, która swego czasu była centrum rozrywkowym Manhattanu. Niestety praktycznie wszystkie restauracje były zamknięte, trochę pozwiedzaliśmy zanim udało się gdzieś usiąść. Okolica bardzo mi się spodobała. Mieliśmy jeszcze pójść do jednego sklepu ciuchowego, ale też był zamknięty z powodu święta.

Następnym punktem zwiedzania był 9.11 Memorial, miejsce, gdzie stały wieże WTC. Dotarliśmy tam późnym popołudniem, już po zmroku, co jeszcze bardziej wzmocniło wrażenia. Na terenie Mamorial znajdują się dwa identyczne pomniki – fontanny na planie kwadratu. Woda, zamiast wystrzelać w górę, spływa na dół, tworząc ścianę jak wodospad. Wszystko jest pięknie podświetlone i naprawdę robi wrażenie. W obrębie Ground Zero wybudowano już kilka nowych ogromnych wieżowców. Przebywanie u ich stóp budzi pewien niepokój. Wszystkie te odczucia łączą się w jedną, dość mocno wzruszającą, całość. Znowu zostawiam pole dla zdjęć, bo ciężko to ubrać w słowa.

Wieczorem, po szybkim ogarnięciu u Fifiego, wybraliśmy się we czwórkę do Christiana, nowego znajomego z Couch Surfingu, na wielką imprezę z okazji Święta Dziękczynienia. Było fantastycznie! Doliczyliśmy się, że pod jednym dachem znaleźli się przedstawiciele 12 narodowości, m. in. z Albanii, Turcji, Ukrainy, Indii, Francji, Włoch, Chile, Polski… Część osób to dobrzy znajommi Christiana, innych poznał niedawno za pośrednictwem Couch Surfingu (nas na przykład w momencie, kiedy przekroczyłyśmy próg mieszkania). Życie w USA nauczyło nas dystansu do jedzenia – raczej wielkich zachwytów nie ma. Jednak Nowy Jork to co innego. Ludzie szaleją tu na tym punkcie. Widać to było także w przypadku naszego Thanksgiving. Była przepyszna, ogromna pieczona szynka (kupiona, ale naprawdę genialna, choć fanką mięs nie jestem), własnoręcznie przyrządzony świąteczny indyk (zero suchości, soczysty, apetyczny przysmak, takiego jeszcze nie jadłam), a także tureckie bakłażany z mięsem i tzatziki czy genialna ukraińska sałatka.

Podczas imprezki Christian dał nam swoje klucze, więc z samego rana była przeprowadzka od Philippa. Po szybkim ogarnięciu wyruszyłyśmy na kolejną porcję zwiedzania. Na pierwszy ogień poszła przeprawa promem na Staten Island – rozrywka urokliwa i, co ważne, darmowa. Cała frajda turystyczna polega na tym, że przepływa się blisko Statui Wolności, a bądąc już na miejscu, można z daleka podziwiać panoramę Manhattanu. Dzień był bardzo słoneczny (chociaż nie powiem, że ciepły), uważam, że taki mały rejs to był bardzo dobry pomysł. Z resztą – każdy, kto czytał notkę halloweenową wie, że Statua jest bliska mojemu sercu 😉

Następny krok był trochę wymuszony okolicznościami. Pojechałyśmy na Brooklyn Heights, żeby kupić zniżkowe bilety na Brodway w budce TKTS. Są 2 takie budki w mieście, można w nich kupić bilety nawet za 50% ceny, co naprawdę nie jest bez znaczenia – wyjściowe kwoty są dla studentów nieosiągalne. A na spektakl trzeba iść, żeby spełnić marzenie! Drugi punkt sprzedaży znajduje się na Times Square, ale jednego można się tam spodziewać na pewno – ogromnych kolejek. Trochę nam zajął dojazd, ale udało się, miałyśmy w ręku bilety na Chicago!!! Następnie trochę dałyśmy się porwać szałowi zakupów. Piątek po Święcie Dziękczynienia to tzw. Black Friday – dzień ogromnych wyprzedaży WSZĘDZIE. To właśnie z tej okazji ludzie stoją w kolejkach od świtu i tratują się na śmierć w centrach handlowych. My weszłyśmy w kilka miejsc, ale nic szczególnie nas nie ujęło. U mnie oczywiście standardowo – jeśli coś przykuło moją uwagę (jaka piękna prosta torba), to była to najdroższa rzecz na całej półce, także więcej zaznałam frustracji niż zakupowego szału. Przy okazji udało nam się zobczyć kolejne neighbourhood – o wiele mniej luksusowe i wyszukane, takie miejsce do życia.

Kolejnym przystankiem miała być słynna MoMA. Ze względu na to, że posługiwałyśmy się schematyczną mapką metra, nie od razu wiedziałyśmy gdzie dokładnie jest muzeum. Zdania mieszkańców miasta były podzielone ;), więc trochę sobie pobłądziłyśmy. Jakież to było przyjemne! Okolica nie byle jaka, 5 i 6 aleja, samiutkie centrum Wszechświata! To był czas na uprawianie mojego ulubionego stylu turystycznego, a mianowicie zobacz jak tam fajnie, chodź, skręcimy w tę ulicę. Przyznam, że niesamowite świąteczne wystawy sklepowe zahipnotyzowały mnie tak bardzo (zobaczcie tylko na zdjęciach!), że plan zwiedzania muzeum jakoś się w mojej głowie rozmył. Na szczęście Beata przywróciła proporcje i w końcu udało się dotrzeć na miejsce. Na pełnej nieświadomce trafiłyśmy na promocję – w piątki wieczorem wejście jest za darmo, za sprawą sponsora – UNIQLO (jeszcze o tym wspomnę). Ale do rzeczy – MoMA jest CUDOWNA. Jest dużo galerii jednego obrazu, do których idzie się obejrzeć jedną perełkę, a resztę jakoś przetrwać. Każdy, kto chodził w Polsce do szkoły zwiedzał nie raz miejsca, gdzie brakowało nawet tej jednej perełki. Otóż w tym nowojorskim muzeum są SAME perły. Uwielbiasz van Gogha? Proszę bardzo – oryginały dzieł, które każdy zna z kalendarzy i podręczników do polskiego.  Lilie Moneta na całą ścianę, a nawet 3? Też można obejrzeć. Dziesiątki malowideł Picassa, od których ciężko oderwać wzrok, komiksy Warhola, kropki Lichtensteina, maziaje Pollocka, kwadraty Rothki? Do wyboru, do koloru. Z moich faworytów jeszcze Klimt czy Gaugin, a nawet Frida Kahlo. Niesamowita sprawa!

Od galerii sztuki do galerianek – po darmowej wycieczce do muzeum postanowiłyśmy odpłacić się sponsorowi. Już kilka osób polecało nam przejść się do UNIQLO, japońskiej sieciówki. Ja absolutnie pokochałam to miejsce i zaopatrzyłam się w towary deficytowe dla mieszkańców Szarlotki – dobrej jakości ubrania w klasycznym stylu.

Wróciwszy do domu i wziąwszy gorący prysznic, padłyśmy na kanapie razem z kocicą Dunią. Nie było szans na żadne wieczorne wyjście, nastał moment regeneracji.

Rano, po amerykańskim śniadanku (słodka kawa, pancakes, jajka, bekon, syrop klonowy), pojechałyśmy przejść się po High Line – trasie spacerowej, na którą została przerobiona zamknięta linia metra. Stamtąd BIEGIEM na Brodway, żeby zdążyć na spektakl!!! W tym momencie przydarzyła nam się przygoda, która dobrze pokazuje różnice między życiem  w wielkim mieście, a w południowym małym miasteczku. Dobiegłyśmy do stacji metra i zbiegłyśmy po schodach. Okazało się jednak, że to było wejście na peron w przeciwną stronę. Z jakiegoś powodu wydało nam się, że najszybciej będzie przebiec na drugą stronę górą, przez ulicę. Po 30 sekundach podeszłyśmy już do odpowiednich bramek, dziewczyny przez nie przeszły, a ja nie mogłam. Okazało się, że zdążyłam już skasować bilet po drugiej stronie i był zablokowany. W pośpiechu (show za 10 minut) podbiegłam do budki pracownika metra, żeby mnie przepuścił bramką awaryjną. A on zeskanował moją kartę, zobaczył, że przeciągnęłam ją przez kasownik po drugiej stronie tej samej stacji i kazał mi czekać 18 minut (!!!!!) aż się odblokuje! Dodatkowo kazał jeszcze dziewczynom pomachać kartami, na dowód, że one weszły na peron legalnie. Byłyśmy w szoku, w DC już nie raz zdarzyło nam się kupić niewłaściwy bilet i zostałyśmy co najwyżej upomniane przez miłego strażnika. A tutaj taka jawna złośliwość! Pociąg mógł przyjechać w każdej chwili, więc nie wdając się w dyskusje szybko kupiłam pojedynczy bilet i na szczęście udało się na czas, ale niesmak pozostał.

Przejdźmy więc do sedna – musical! Obejrzenie Chicago na żywo, ze wszystkimi – tak dobrze znanymi – piosenkami było super przeżyciem! Wspaniały taniec, śpiew, gra orkiestry… Wykonanie na bardzo wysokim poziomie, rozrywka, której naprawdę nie warto pominąć podczas wycieczki do NYC! Spektakl wprawił nas w iście szampański nastrój.

Korzystając z bliskości handlowych ulic, dokonałyśmy jeszcze drobnych zakupów i udałyśmy się na spotkanie z Christianem i jego kolegami, świętować urodziny jednego z nich. Obejrzeliśmy widok na cały Manhattan z dachu budynku, wybraliśmy na kolację – organiczne (oczywiście) burgery z bizona i łosia, a potem na karaoke. Ciekawie było poznać rozrywki nowojorczyków, knajpy do których chodzą, to jak spędzają czas. Nie każdy turysta ma na pewno taką możliwość – za to właśnie kochamy Couch Surfing!

Następny dzień miałyśmy do dyspozycji tylko w połowie – o 17 zabookowany był powrót do DC. Ten czas przeznaczyłyśmy na nadrabianie wszelkich zaległości. Wybrałyśmy się do Grand Central Station, obejrzeć wielkie publiczne biblioteki (niestety ta najpiękniejsza i znana z 1 części SATC the Movie była zamknięta 🙁 – następnym razem zwiedzę wnętrze). Kolejny punkt programu to miejsce, które znałam bardzo dobrze, zanim jeszcze zobaczyłam je na żywo – mekka dziewczyn z całego świata, dom Carrie Bradshaw!!! Niby nic, ot, budynek mieszkalny, a jaka radość dla tak oddanej fanki, jak ja! <3 Kolejne marzenie spełnione.

Szybki powrót na Brooklyn, żeby wziąć bagaże i pożegnać się z Christianem, przeprawa z powrotem przez most, obiad w popularnej restauracji sieciowej (jeść trzeba, a fundusze mocno nadszarpnięte) i dzida do autobusu. Wyjeżdżając czułyśmy pewną ulgę – klimat Nowego Jorku jest jednak trochę ciężki i przytłaczający. Szczerze mówiąc, ciężko wyrobić sobie o tym mieście prostą opinię na zasadzie lubię/nie lubię. Z pewnością może wciągnąć, ale nawet osoby zkochane w nim po uszy przyznają, że nie jest to miłość łatwa, raczej lekko toksyczna. Chociaż, jak widać, jest co robić w NYC i na pewno jeszcze tam wrócę… 🙂

Dziękuję wszystkim, którzy dzielnie dobrnęli do końca! Myślę, że było warto 🙂

PS. Mam już postanowienie noworoczne – podrasować blogową galerię. Póki co przepraszam za jakość, mam nadzieję, że da  się mimo to poczuć trochę genius loci.

New York Experience – part 1

Nie będzie łatwo napisać tę notkę. Myślałam o tym długo i ciągle nie do końca wiem jak ugryźć temat. No ale nie pozostaje mi nic innego, niż podjąć wyzwanie, po prostu zacząć i liczyć, że będzie dobrze.

Ważne aby drodzy czytelnicy zrozumieli całe okoliczności towarzyszące, które miały niemały wpływ na moje przeżycia. Otóż, jak niektórzy dobrze wiedzą, wychowałam się w kulcie Nowego Jorku. Podejrzewam, że pierwszy przekaz podprogowy przeniknął do mojego mózgu za pośrednictwem odcinków Ulicy Sezamkowej i Mostu Brooklińskiego. Trochę później zaczęłam oglądać (żeby to raz, żeby dziesięć…) kultowy serial Seks w wielkim mieście, w którym miasto (a ściślej Manhattan) jest właściwie głównym bohaterem. Nie wspomne o innych dziełach kinematografi (weźmy choćby równie kultowe i oglądane dziesiątki razy na video Śniadanie u Tiffany’ego).  Dlatego presja była spora. Powiem więcej – bałam się trochę stanąć twarzą w twarz z tą legendą. A co jeśli będę rozczarowana?

Mimo wszystko pojechać do Nowego Jorku chciałam zawsze. Nie było to właściwie w sferze marzeń – czułam, że prędzej czy później się tam znajdę. Gdy wyprowadzałam się do Szarlotki wydawało mi się, że do NYC będzie można ot tak wyskoczyć na weekend, bo przecież blisko. Okazało się, że do DC – proszę bardzo, można wyskakiwać nawet na jeden wieczór, ale biorąc pod uwagę czas i koszt podróży, a także czas potrzebny na zwiedzanie czy w ogóle przemieszczanie się po mieście, nie bardzo się to opłaca w przypadku NYC. Dlatego też trzem zapracowanym naukowczyniom nie udało się wybrać na tę wymarzoną wycieczkę od lipca aż do końca listopada. Trochę mi było głupio (?) z tego powodu.

Patrząc z perspektywy czasu – nie było z czym się śpieszyć. Długi weekend, obejmujący Święto Dziękczynienia, wydawał się świetną okazją na zrealizowanie planów. Bez większego problemu udało się wziąć wolne od środy do końca tygodnia. Dzięki temu, że poznałyśmy do tego czasu dużo nowych ludzi, nie musiałyśmy płacić za hostele, co znacząco zwiększyłoby koszty wyjazdu, ani martwić się, że jesteśmy rzucone na pastwę losu w 9-milionowym mieście. Większość naszych znajomych Polaków (wszyscy?) zdążyła już zwiedzić NYC, więc dostałyśmy całą masę rekomendacji dokąd pójść i co koniecznie zobaczyć. Jak na wszystko w życiu, przyszedł więc idealny moment i na to. Wyjazd do New York City.

Podróż zaczęła się we wtorek wieczorem. Nasz znajomy zawiózł nas do DC. Droga była ciężka, lał deszcz, mieliśmy nawet małą stłuczkę, tzw. fender bender (nauczyłyśmy się nowego określenia). Około północy dotarłyśmy, całe szczęście w jednym kawałku, do naszych kochanych Christine i Victora, no i oczywiście Roscoe Brown! Po raz kolejny pięknie nas ugościli. Z samego rana Victor zawiózł nas na stację, skąd o 8:30 odjechałyśmy autobusem w stronę Nowego Jorku.

Podróż wydłużyła się znacznie względem planu, jechałyśmy 5 godzin, byłyśmy zaspane. Umówiłyśmy się z Philippe, naszym pierwszym hostem, który miał nas odebrać z autobusu, więc chciałyśmy oszacować kiedy faktycznie dojedziemy na miejsce. W tym całym amoku nagle zatrzymałyśmy się jak wryte. Na horyzoncie, daleko (autobus przejeżdżał dopiero przez New Jersey) ale wyraźnie zarysowała się panorama Manhattanu. Zrobiło to na mnie ogromne wrażenie i dokładnie w tym momencie dotarło do mnie z całą mocą jak bardzo się cieszę na nowojorską przygodę. Przez kilka dni jeszcze wielokrotnie obserwowałam ten niesamowity widok i za każdym razem byłam w takim samym szoku. Iście pocztówkowy krajobraz. Wcielenie majestatycznego piękna z odcieniem mroku i tajemnicy, ozdobione smakowicie tysiącem światełek.

W końcu udało się dotrzeć na róg 34 ulicy i 5 alei. Miasto powitało nas szalonym tłumem oraz deszczem.Po chwili udało nam się namierzyć naszego przewodnika, którego poznałyśmy podczas Virginia Film Festival. Philippe jest pochodzenia belgijskiego, ale urodził się w USA. Początkowo mieszkał w Virginii, a kilka lat temu przeprowadził do Nowego Jorku. Jego osobowość ma bardzo silnie rozwinięty rys artystyczny z dominującym odcieniem mroku. Zajmuje się kręceniem dziwacznych teledysków, pełnych niepokojących obrazów. Ma też gotowy scenariusz pełnometrażowego filmu, historii mężczyzny uwiedzionego przez francuską śpiewaczkę niczym mityczną syrenę, trwają poszukiwania producenta. Wraz z naszym barwnym znajomym udaliśmy się na lunch do świetnej i taniej restauracji wietnamskiej na China Town. Następny punkt programu – wjazd na szczyt budynku Rockefellera – zaplanowany był na godzinę 16. O 16:30 miało tego dnia zajść słońce, a więc wszystko pomyślane było tak, żeby zobaczyć panoramę Manhattanu zarówno za dnia, jak i po zmroku. Trochę się martwiłam, że kiepska pogoda (deszcz, zachmurzenie) popsuje fun, ale okazało się, że niepotrzebnie. Mimo silnego wiatru i mżawki, widok zapierał dech w piersiach! Nie da się za dobrze tego opisać, pozostają zdjęcia. Po rozejrzeniu się na wszystkie strony, wróciliśmy do środka budynku, żeby nie marznąć na tarasie. Po mniej więcej pół godzinie było już totalnie ciemno. Wcale nie chciało mi się znowu wystawiać na wiatr… Wystarczył pierwszy rzut oka na panoramę, aby zapomnieć o złych warunkach pogodowych. Granatowy zmierzch, rozświetlony regularnie rozłożonymi światełkami okien i samochodów… Bajka! Mogłabym tak patrzeć bez końca. No ale niestety – nie dało się. Trzeba było zjechać na dół i udać się na Brooklyn do mieszkania Fifiego, żeby wreszcie pozbyć się naszych bambetli (nie udało się to wcześniej, za mało czasu).

Będąc już na Brooklynie, w części zwanej Bushwick, poszliśmy na kawę do kawiarni tak hipsterskiej, że aż mnie śmieszyła. Ludzie jak z obrazka – wszyscy wystylizowani, tak oryginalni, że aż tacy sami. Potem przyszła kolej na kilka piwek i drzemkę. Mi się jakoś udało z niej wybudzić, natomiast Beata zasnęła tak głęboko, że nie słyszała naszych wołań, dlatego we trójkę – ja, Marta i Philippe poszliśmy pozwiedzać kluby na China Town. Na pierwszej imprezie było tak tłoczno, że aż ciężko było się ruszyć. Na kolejnej już lepiej, chociaż muzyka nie do końca w naszym guście. Wraz z nowo poznanymi ziomkami wyruszyliśmy w poszukiwaniu innych miejscówek, ale okazało się, że noc przed Thanksgiving to nie jest najlepszy moment na takie rzeczy – wszystko było zamknięte. Wyruszyliśmy w podróż z powrotem na drugą stronę rzeki, żeby się trochę przespać. Mieszkanie na Brooklynie ma jedną niekwestionowaną zaletę. Przejeżdżając pociągiem przez most można się wgapiać w oddalający się Manhattan. Wspominałam już, że to całkiem przyjemny widok? 😉

Resztę dni opiszę w osobnej notce, bo to już gruba przesada! 

Niestety zdjęcia pojechane po jakości, ale muszę oszczędzać miejsce na następne.

Do tej pory nie wiem, jak to wszystko mogło zdarzyć się w tak krótkim czasie

Czas mija szybko. Czasem trochę ZA szybko. Ani się obejrzeliśmy, a tu już listopad, środek listopada, końcówka listopada! Zaraz grudzień, a to właściwie koniec roku, potem już bliżej niż dalej do wyjazdu z USA! Trzeba działać i doświadczać typowych amerykańskich sytuacji 🙂 To właśnie robiłam przez ostatnie, jakże intensywne dni – zawsze w doborowym towarzystwie.

W poprzednią sobotę, idąc za ciosem festiwalu filmowego, postanowiliśmy się dalej ukulturalniać. Poszliśmy do teatru na terenie kampusu UVa obejrzeć An Enemy of the People. Sztuka przerosła nasze oczekiwania! Świetny scenariusz i wysoki poziom aktorstwa – polecam wszystkim mieszkańcom Cville. Kolacja w uroczej restauracji na Downtown zwieńczyła bardzo miły wieczór.

W niedzielę trzeba było zregenerować się przed kolejnym intensywnym tygodniem. W poniedziałek wieczorem odbyło się VFF Volunteer Appreciation Party – kolacja wydana w podziękowaniu za pracę wolontariuszy. Spotkałyśmy kilkoro naszych festiwalowych współpracowników oraz poznałyśmy kilka nowych świetnych osób. Ja i Marta (która przyszła, bo gdyby nie konferencja, to na pewno by się zgłosiła jako wolontariuszka!) wygrałyśmy super nagrody w losowaniu (!!), a do tego można było sobie brać koszulki dla wolontariuszy z poprzednich lat i super kieliszki do wina z nadrukiem festiwalowym. W rezultacie mamy ich w domu całą zastawę. Bardzo się przydają, bo do tej pory miałyśmy może 4 kieliszki, każdy z innej parafii, w tym 2 do martini 🙂

We wtorek, razem z Łukaszem i Chrisem, zaliczyliśmy typowo amerykański wieczór. Pojechaliśmy do DC i z powrotem na mecz NBA, Washington Wizards vs Minessota Timberwolves. Ja mam z koszykówką niewiele wspólnego (oglądanie meczy pociąga mnie głównie ze względów estetycznych 😉 ), za to sędzina Betti jest ekspertem od reguł. Podczas kupowania biletów, wygłosiła prognozę, że tyłki Wizardów zostaną skopane, ponieważ drużyna przeciwna jest znacznie wyżej w rankingach. Dlatego przywdziałam klubowe barwy, nastawiając się na kibicowanie przegranym. Wyjechaliśmy po pracy (przychodząc i wychodząc trochę wcześniej), 2,5h później byliśmy w Waszyngtonie. Krótka jazda metrem i dotarliśmy na miejsce. Początkowo, poza wrażeniami wynikającymi z ogromnych rozmiarów Verizon Areny, mecz nie był specjalnie emocjonujący. Jednak w drugiej połowie obie drużyny zaczęły iść łeb w łeb i zdobywać punkty na przemian. Obudzili się kibice, wszyscy zagrzewali graczy i w napięciu czekali na ostateczny wynik. Okazało się, że wygraliśmy 104:100! Zasady w NBA są mniej restrykcyjne niż w koszykówce międzynarodowej (oczywiście powtarzam za Betti), więc częściej zdarza się przekroczenie setki. Przyjemnie zaskoczył mnie fakt, że wbrew przewidywaniom nasza drużyna wygrała. No, i fajnie było zobaczyć na parkiecie Marcina Gortata czy Rickiego Rubio. 🙂 Dodatkowo wszyscy wygrali darmowe kanapki do odebrania w Chick Fill A, bo Timberwolves dwa razy pod rząd spudłowali rzut osobisty. Tradycyjnie przespałam całą drogę powrotną (no dobra, w tamtą stronę też…). Dzielny Chris bezpiecznie dostarczył nas do domu, i chociaż wszyscy byliśmy zmęczeni – warto było! Takie rzeczy tylko w USA.

To absolutnie nie jest koniec atrakcji! Aż ciężko wszystko spamiętać. W środę znowu miała miejsce specjalna kolacja. W tym tygodniu na UVa przyjechała pani Małgosia Krasowska, która zarządza Polsk0 -Amerykańską Komisją Fulbrighta. Panią Małgosię poznałam w Rezydencji Ambasadora USA w Warszawie, podczas przyjęcia finałowego Know America (przy okazji – serdeczne pozdrowienia dla konkursowej ekipy i moich dzieciaczków <3), potem skontaktowałam z panem Zygmuntem, jako głównym ogarniaczem naszej wymiany i wygląda na to, że jesteśmy blisko zawiązania współpracy między Fulbrightem a UVa – fantastycznie! Zorganizowaliśmy mnóstwo spotkań mniej i bardziej oficjalnych, między innymi kolację we Flaming Wok, gdzie kucharz przygotowywał jedzenie na bieżąco, dosłownie przed naszymi oczami, na rozgrzanej blasze, która była częścią stołu. So much fun! I było naprawdę pysznie.

Żeby moi czytelnicy nie doszli do pochopnych wniosków – poza tym wszystkim pracowałam w tym tygodniu jak szalona (zaczęłam jeszcze wcześniej wstawać, testuję nową strategię), dlatego wieczory czwartkowy i piątkowy poświęciłam na regenerację. W sobotę razem z Betti i Chrisem pojechaliśmy odebrać nasze promocyjne kanapki – były pyszne! A potem, dla odmiany… mecz koszykówki. Tym razem to koszykówka akademicka… i totalne zaskoczenie! Taki mecz jest prawie takiej samej rangi, jak football’owy, wchodzi się do ogromnej areny (prawie jak ta w Waszyngtonie), w środku jest dużo stoisk restauracji fast food’owych, no wszystko! Jedna cała trybuna jest zajęta przez orkiestrę, która wygrywa skoczne melodie. Betti uważała, że to trochę żenua 🙂 wg mnie – całkiem urocze! Z meczu pojechaliśmy prosto do… kościoła! Znajoma rodzina Beaty zaprosiła nas na kolację z okazji Święta Dziękczynienia, którą wydawał dla społeczności międzynarodowej jeden z szarlotkowych kościołów prezbiteriańskich. Było mnóstwo dobrego jedzenia – mogliśmy spróbować tradycyjnych świątecznych potraw, no  i – nie oszukujmy się – free food  zawsze przyciągnie studentów. Po jedzeniu zostaliśmy (oczywiście) wmanewrowani w wysłuchanie programu artystycznego. Charyzmatyczny kantor intonował 2 piosenki. Jedna składała się ze słów God is good, he is so good, a druga z jednego słowa – Hallelujah. Rozumiem, że miało być łatwo dla cudzoziemców, ale bez przesady, spodziewałam się czegoś więcej. 😛 Wszystko było mówione w trzech językach – angielskim, hiszpańskim i chińskim. To chyba najbardziej intrygująca obserwacja wieczoru – kościół był pełen Azjatów! Podobno w Chinach chrześcijaństwo jest potęgą, całkiem to ciekawe. Podsumowując – cała sytuacja była całkiem wesoła. Stwierdziliśmy, że był to zupełnie inny fun niż zwykle, ale ciągle fun. Poza tym, takie działanie jest jak najbardziej zgodne z zasadą próbowania wszystkiego, na co tylko nadarzy się okazja. W ten sposób intensywnie absorbujemy Amerykę.

Po kościelnej imprezce przyszedł czas na domówkę z okazji obrony doktoratu przez studenta, którego co prawda ja ani Beata nie znałyśmy, ale krążyło o nim sporo historii, więc to już prawie jak dobry znajomy. 🙂 Spotkałyśmy duuużo bardzo kochanych znajomych i spędziłyśmy przemiły, typowo szarlotkowy wieczór.

Dzisiaj rano odwiedzili nas Karol z Grażyną i 4 letnim Maksiem. W przeciągu tygodnia powinna się urodzić jego siostrzyczka, hurrrra! Było super miło się spotkać, pojadając nachosy z guacamole i przepyszne ciasto. Maks przez równe 2 godziny biegał w kółko – taki rodzaj energii przydałby mi się jutro rano w labie, piękna sprawa.

Kiedy już wydawało się, że wystarczy atrakcji, wpadł do nas Josh z Randi (plus Sophie w brzuchu <3) oraz swoimi rodzicami (dziewczyny poznały ich lepiej, spędzając dzień w ich domu, mnie to ominęło). Mieliśmy niesamowity ubaw, bo Josh uparł się, żeby nauczyć ich grać w Jungle Speeda – sam jest zagorzałym fanem. Gra jest zawsze bardzo zabawna, a kiedy tłumaczy się zasady nowym osobom, to śmiech właściwie nie ustaje. W taki o to sposób kończymy kolejny piękny weekend.

Poza tym wszystkim, cały czas szykujemy się do wyjazdu w nadchodzący długi weekend. Jestem tak niesamowicie podekscytowana, że nie mogę usiedzieć w miejscu! New York City zbliża się wielkimi krokami…

🙂 🙂 🙂

Virginia Film Festival – część druga relacji

Pora na ciąg dalszy ciąg festiwalowych przygód. Może tym razem nie zasnę w czasie pisania, tak jak wczoraj 😉

Piątek był przeznaczony na oglądanie filmów. Studenci mogli otrzymać bilety za darmo, trzeba było je zarezerwować przez internet i odebrać w kasie studenckiego teatru. Betti postawiła na klasykę – Ptaki  oraz rozmowę z Tippi Hedren. Ja postanowiłam bardziej zaryzykować, założyłam, że skoro to festiwal, to filmy są wyselekcjonowane i w programie nie ma słabych pozycji. Poszłam na dwa amerykańskie filmy. Powiem tylko, że nie wyszłam na tym dobrze – zobowiązałyśmy się jako staff nie krytykować festiwalu. Ten wieczór był dla mnie sygnałem, żeby nie pokładać za dużej nadziei w filmach. Ciężko mi wytłumaczyć na czym to dokładnie polega, ale mam dosyć specyficzny gust. Nie chodzi o to, że jestem przesadnie wybredna – podobają mi się filmy różnych gatunków, nakręcone w różnych czasach, w różnym stylu. Czasem fascynują mnie wielowątkowe, skomplikowane scenariusze, innym razem urzeka mnie prostota opowiedzianej historii. Z całą pewnością poszukuję w sztuce filmowej powiązań z rzeczywistością – nie koniecznie w sposób oczywisty i bezpośredni, ale jednak. Jeśli profil psychologiczny postaci, tok zdarzeń czy w końcu zakończenie nie są uzasadnione w ramach świata przedstawionego, coś mi w nich nie styka, to ich po prostu nie kupuję. A rozczarowanie filmem, to dla mnie naprawdę spora przykrość. Zawsze starannie zastanawiam się na co mam danego dnia ochotę i zastanawiam się czy film wpasuje się w mój nastrój. Nie mam 100% skuteczności, ale zawsze wiem, czym kierowałam się przy wyborze. Moje zaufanie do organizatorów VFF było trochę na wyrost. NA SZCZĘŚCIE nie po to jest festiwal, żeby oglądać filmy! Liczy się przygoda – wolontariat 🙂

W sobotę (odsypiając jeszcze czwartkową galę – oczywiście w piątek rano pobudka do pracy) zaspałyśmy na disneyowskiego Piotrusia Pana. Zrealizowałyśmy jednak późniejsze filmowe plany. Betti z wypiekami na twarzy pochłonęła The Armstrong Lie – była tak przejęta, że w domu opowiedziała mi dokładnie całą historię, dosłownie czuję się, jakbym też widziała ten film. Ja poszłam na najlepszy z moich festiwalowych seansów – Philomena. Wybór był prosty, zarezerwowałam bilet gdy tylko zobaczyłam nazwisko Judi Dench. Zagrała ona kobietę, której 50 lat wcześniej odebrano dziecko. Przypadkowo kontaktuje się z dziennikarzem, którego kariera stanęła w martwym punkcie. Wspólnie postanawiają odnaleźć syna Philomeny. Film nakręcono w typowym brytyjskim stylu, z odpowiednią dawką humoru i dramatyzmu. Można by powiedzieć, że historia jest mało realna, gdyby nie to, że wszystko zdarzyło się naprawdę! Sala była pełna, człowiek na człowieku, więc siłą rzeczy obserwowałam reakcje publiczności. Amerykanie generalnie bardzo głośno się śmieją, to mnie nie zdziwiło. Ale głośny szloch w finałowej, wzruszającej scenie – już trochę tak. Mimo, że sama jestem podatna na takie uniesienia, wydawało mi się to trochę przesadzone. Wzruszenia z większą dawką pozytywnego przekazu kwitowane były przeciągłym aww… Całkiem to urocze.

W końcu nadszedł wieczór i wyczekane Late Night Wrap Party. Wrap party to impreza, którą tradycyjnie organizuje się po zakończeniu zdjęć do filmu – taki branżowy akcent. Lekko spóźnione (ale nie ostatnie!) stawiłyśmy się na zbiórkę. Większość ekipy wolontariuszy obsługiwała już z nami Opening Galę, więc nie było problemów z orientacją w sytuacji. Znowu zaczęło się od zbierania biletów (przed nami police officer sprawdzał dokumenty – wstęp, jak wszędzie, od 21 lat). Tym razem był to jeszcze większy fun – ludzie kojarzyli nas z poprzedniej imprezy, miło zagadywali. Nie było już sztywnej atmosfery typu black tie, tylko wyluzowana sobotnia imprezka. Tym razem występowałyśmy w naszych służbowych longsleevach. Umiar ważny jest we wszystkim, blietów nie można sprawdzać w nieskończoność. Szczególnie w wypadku, kiedy impreza nie trwa do rana, tylko – zgodnie ze stanowym prawem – maksymalnie do 2:00. Postanowiłyśmy, że czas pokazać się w centrum wydarzeń.

Impreza miała miejsce na lodowisku – oczywiście lód był zakryty. Rozstawiono bar, stoisko cateringowe i sprzęt muzyczny, a także wysokie stoliki. W tle wyświetlane były klimatyczne obrazy, wieża Eiffla itp. Wszystko prezentowało się naprawdę nieźle. Zaspokoiłyśmy głód porcyjkami różnych specjałów (tym razem już bez luksusu, ale przyzwoicie) i przeszłyśmy do gaszenia pragnienia 😉 Szczerze mówiąc to, jaką zrobiłyśmy furorę przerosło nasze oczekiwania. Przypomnę, że ubrane byłyśmy w dresowe niemal bluzy, pełna skromność. Zaczepiały nas osoby poznane na gali i na filmach, ale ogólnie wzbudzałyśmy zainteresowanie, jakbyśmy to my były gwiazdami filmowymi, hehe 🙂 Czas uciekał, nie było na co czekać – po chwili networkingu, przeniosłyśmy się na parkiet. Muzyka bardzo przypadła nam do gustu, więc reszte imprezy przetańczyłyśmy, bawiąc się przednio! Razem z ekipą poznanych studentów UVa (jeden z nich jest reżyserem filmu, wyświetlanego na FVV – 22 letni chłopak!) wybraliśmy się jeszcze na mały afterek, a potem do domu spać.

Znowu nie dane nam było odespać nocy – po zaledwie paru godzinach odezwały się budziki. Czas na ostanią porcję fesiwalowej pracy, tym razem w kinie. Mimo wczesnej pory i naprawdę baaardzo nadszarpniętych zasobów energetycznych, miałyśmy dobre nastawienie. Póki co, spośród naszych współwolontariuszy, może nie wszyscy byli super odpowiedzialni, ale z pewnością mili i uśmiechnięci. Ostatniego dnia, wrażenia trochę się popsuły, bo niestety zarówno dwie menadżerki, jak i reszta ekipy obsługującej poranne seanse, nie grzeszyła otwartym nastawieniem. Próbowałyśmy dowiedzieć się jak możemy pomóc i jaki generalnie jest plan działania. Nikt nie poświęcił czasu, żeby nam to wyjaśnić, miałyśmy wręcz wrażenie, że specjalnie nas ignorowano. Być może to konsekwencja dołączenia ostatniego dnia – zabrakło cierpliwości, żeby 4 raz powtarzać to samo. W końcu okazało się, że mamy za zadanie rozdawać przy wejściu do sali kinowej karteczki, do oceny filmu (bardzo dobrze pomyślane – wystarczyło w odpowiednim miejscu przedrzeć papier, zero długopisu), w trakcie projekcji siedzieć na sali i pilnować, czy wszystko ok, a po wszystkim zebrać ewaluacje. Obejrzałyśmy razem Invisible woman o kochance Charlesa Dickensa (Beata wzgardziła afrykańską produkcją z figurkami glinianymi zamiast aktorów), a potem ja zostałam przydzielona do pilnowania podczas Vannin’, dokumentu o zlotach wielbicieli vanów (tak, chodzi o typ samochodu). Bardzo interesująca, typowo amerykańska śmiesznostka.

Po zakończeniu naszej zmiany byłyśmy tak zmęczone, że wróciłyśmy do domu i nie poszłyśmy już na żaden film. Jednak niesamowity entuzjazm i szalona energia ciągle są w nas. To jest właśnie ten paradoks – kiedy dużo się dzieje, człowiek jest zmęczony, ale czuje się jednocześnie niesamowicie silny radością życia.

Wiem, że na pewno nie udało mi się do końca oddać całego klimatu festiwalu – zatłoczonych ulic, grupek stojących przed kinami z rozpiskami w rękach, rozmów o obejrzanych filmach z ludźmi przypadkowo spotkanymi w autobusie. Po raz kolejny rzucał się w oczy amerykański rozmach, skala działania. Dla orientacji (dane z głowy, proszę mnie poprawić w razie czego): w zeszłym roku filmy obejrzało ok. 25 tys osób. W tegorocznym programie było ponad 100 filmów. Na Opening Galę przyszło około 400 osób (szacunki organizatorów), wg mnie na Wrap Party drugie tyle. Dodatkowo odbyło się całe mnóstwo akcji towarzyszących – wystawy, zabawy dla dzieci, akcja kręcenia filmów na spontanie w 72h. Całkiem spory był event, o tak!

Niestety część zdjęć nie nadaje się za bardzo do publikacji, bardzo ciemno było na imprezach 😉 Ale dla lepszego przedstawienia klimatu wrzucam kilka.

Dzięki za uwagę!

the-end

 

 

 

 

 

 

 

 

 

PS. Jeśli ktoś brał udział w VFF i chce się podzielić wrażeniami – proszę śmiało pisać w komentarzach. Może nawet ktoś się szarpnie na gościnną notkę-recenzję filmu? Super by było 🙂

Virginia Film Festival – część pierwsza relacji

Hej!!

Wreszcie mam  chwilę na napisanie paru słów. Dzisiaj prezentowałam artykuł w ramach naszego labowego journal club. Siedziałam wczoraj do 3 w nocy, żeby to skończyć, ale chyba było warto. Po pierwsze pochwalił mnie szef. A po drugie, zgodnie ze swoją strategią życiową, żeby równoważyć trudności przyjemnościami, cały boży dzień wyznaczałam sobie nagrody za przepracowanie. 🙂 Super lunch, nowy ciuszek, joga, lody, kolacyjka, herbatka… To jest życie! No i wreszcie udało mi się zabrać za pisanie notki o NAJLEPSZYM weekendzie ever.

Przechodząc do rzeczy – w Charlottesville odbył się w ostatni weekend Virginia Film Festival. O samym wydarzeniu poinformowała nas z wyprzedzeniem Ania K, która trzyma rękę na pulsie i nie pozwala nam przeoczyć takich perełek. Niewiele później Beata zobaczyła gdzieś ogłoszenie, że można zgłaszać się do pomocy przy festiwalu jako wolontariusz. Nie zastanawiając się zbyt długo zgłosiłyśmy się i wybrałyśmy sobie 3 zmiany ze wszystkich proponowanych, podczas których chcemy pracować. Marta w tych dniach była na konferencji w Atlancie, więc trochę inne rozrywki ją zajmowały (może gościnny wpisik o nerkach? 🙂 ).

Być może wszystko wyglądało by inaczej, gdybyśmy podjęły się innych obowiązków. Jednak wylądowałyśmy w grupie PARTIES i przez to weekend dostarczył nam niezapomnianych wrażeń. W zeszły poniedziałek wybrałyśmy się na spotkanie organizacyjne i już wtedy zaczęło do nas docierać, że wyrbałyśmy bardzo dobrze.

Wszystko zaczęło się w czwartek. Brałyśmy udział w bankiecie otwierającym cały festiwal. Naszym zadaniem było elegancko się ubrać i pilnować czy cała Opening Gala przebiega tak, jak trzeba. No, i kontrolować przy wejściu czy wszyscy goście mają bilety. Po pracy wyszykowałyśmy się i pojechałyśmy do Jefferson Theater. (Dodam na marginesie, że po raz nie wiem który wystąpiłam w Agath’cie od YES TO DRESS, ta sukienka jest niezastąpiona! Tym razem wybrałam bardziej stonowany kolor niebieski.) Kiedy zebrała się cała grupka wolontariuszy, zrobiliśmy obchód po całym teatrze z naszym szefem, Alexem. Wszystko było przygotowane na bardzo wysokim poziomie. Stoły zastawione wyszukanym jedzeniem – były homary, ostrygi, różne rodzaje serów i de-serów – oraz kilka barów, w tym jeden zupełnie nietypowy – składniki drinka nalewane były do szklanki przez lodową zjeżdżalnię, dzięki czemu schładzały się. Grał świetny zespół, ale przez całą noc tańczyła tylko jedna para, może reszta się wstydziła.

Sprawdzanie biletów brzmi jak słaba fucha, jednak pozwala na przyjęcie bardzo strategicznej pozycji. Można  zobaczyć dokładnie kto wchodzi, wstępnie poznać ludzi, pooglądać ciekawe, nieraz ekscentryczne, stroje. Wbrew moim przewidywaniom, czas mijał bardzo szybko. W końcu zorientowałyśmy się z Betti, że nie zostało go wiele. Postanowiłyśmy więc wypełnić nasze pozostałe obowiązki, tzn. poprzechadzać się, robiąc dobre wrażenie. Przyznam nieskromnie, że wychodziło nam to naprawdę dobrze. 🙂 Spróbowałyśmy sobie różnych hajlajfowych przekąsek, wypiłyśmy po drinku (albo dwóch). Ciekawe spostrzeżenie – filmy amerykańskie nie kłamią, tutaj naprawdę łatwo jest nawiązać kontakt z ludźmi. Sporo osób do nas po prostu zagadywało, my mogłyśmy spokojnie zrobić to samo. Dzięki temu poznałyśmy naprawdę dużo ciekawych ludzi. Z większością wymieniłyśmy tylko kilka zdań. Z kilkoma być może kontakt się utrzyma – zobaczymy.

Ogólnie rzecz biorąc – impreza super zorganizowana, obyło się bez jakichkolwiek nieprzyjemności czy problemów. Wolontariuszami zajął się świetny człowiek, jasno opisał jakie są oczekiwania, każdy wiedział, co ma robić. Wszystko wykonywałyśmy z wielkim zapałem i energią, czerpiąc w zamian niesamowitą radość i zajawkę, że nie przepuściłyśmy takiej okazji na zobaczenie czegoś niecodziennego.

Właśnie zdecydowałam – to będzie pierwsza notka serialowa, czyli taka, której ciąg dalszy czytelnicy poznają w następnym odcinku. Już jestem bardzo senna (patrz akapit 1), nie chcę pisać głupot.

W celu zapełnienia pustki po opisie pozostałych festiwalowych dni – kilka zdjęć.

Kilka słów o tym, dlaczego Halloween jest super [+zdjęcia!]

Nigdy nie byłam wielką fanką Halloween. W polskim wydaniu jest to dosyć nieciekawe święto, nie ma jasnych reguł kto ma się przebierać i jak oraz co zrobić z żebrającymi o słodycze dziećmi. Poza tym mamy swoje tradycje związane z Dniem Wszystkich Świętych, które uważam za bardzo piękne.

W tym roku jednak byłam podekscytowana zbliżającym się Halloween, w końcu w USA to spora rzecz. Rzeczywistość absolutnie mnie nie rozczarowała! Okazało się, że jak to w Ameryce – jak już coś się dzieje, to z przytupem. Halloween jest świętem absolutnie uwielbianym przez ludzi. Wszyscy wyczekują ostatniego dnia października, kiedy będą mogli zaprezentować swoje przebrania.

Moje halloweenowe obserwacje trwały sporo czasu, bo pierwsze 2 imprezy zaliczyłam już w weekend poprzedzający samo święto, taka rozgrzewka. Nie było za dużo czasu na kompletowanie kostiumów, więc razem z Martą postawiłyśmy na mroczny makijaż 🙂 Założyłam zwiewną sukienkę, utapirowałam włosy i założyłam na nie hawajskie kwiaty, do uszu kolczyki-kwiatki i nazwałam to przebranie Creepy Flower Fairy.

W czwartek wybraliśmy się w kilka osób na the Lawn, duży skwer przed Rotundą, głównym budynkiem UVa. Po obu stronach trawnika ciągną się niskie zabudowania – akademiki dla wybrańców.

Co roku całe masy dorosłych, dzieci i zwierząt przemieszczają się w jedną stronę naokoło całego skweru, zbierając cukierki od mieszkańców domków. Kiedy już oswoiłam się z tłumem, zaczęłam uważniej przyglądać się ludziom, wyodrębniać poszczególne jednostki.

Przebrani byli prawie wszyscy – od starców, przez dzieci, po psy. Różnorodność strojów była pełna – bardziej i mniej rozbudowane, kupione lub zrobione w domu, zaczerpnięte z filmów czy bajek oraz zupełnie oryginalne. Zaskoczyło mnie trochę, że wcale nie dominowały kostiumy przerażające i obrzydliwe (zombie, wiedźmy itp.), jak to często bywa w Polsce. To był raczej karnawał – dzieci (nawet maleńkie, kilkumiesięczne) miały na sobie urocze stroje pszczółek, dyń czy cupcakes (plus nasze ulubione banana baby 🙂 ), dorośli wcielali się w postaci z „Gwiezdnych wojen” czy modne w tym sezonie Minionki. Niektórzy umawiali się na przebranie w większych grupach. Absolutnym mistrzostwem był pomysł jednej z rodzin – rodzice-kucharze ciągnęli za sobą wózek-brytfankę, w którym siedziały dzieci – bliźniaki przebrane za homary! To nie koniec – dziadkowie zaopatrzyli się w sztućce i serwetki, gotowi do konsumpcji. Takie przykłady mogłabym mnożyć, chyba jednak zdjęcia przekażą więcej.

Podsumowując, stałam na Lawn’ie przez godzinę, rozglądając się dookoła, co chwilę wznosząc ochy i achy z zachwytu. Mogłabym spędzić w ten sposób jeszcze duużo więcej czasu, ale musiałam wrócić do labu i skończyć eksperyment. Ciężko było odejść, głównie ze względu na to, jak przeurocze były przebrane maluchy. 🙂 Tutaj galeria z Facebooka.

Następnym punktem programu była impreza organizowana przez Graduate School of Arts & Sciences dla wszystkich graduate students. Przyszło dużo ludzi, sporo z mojego departamentu. Aż się zdziwiłam, że znam już tyle osób. Kilka razy zdarzyło mi się, że ktoś mnie zaczepił, pytając o improv – jakie to było miłe! Panowała super atmosfera, ludzie zaczepiali się nawzajem chwaląc kostiumy albo po prostu zagadując. My też tym razem bardziej przemyślałyśmy nasze stroje. Znajomy zabrał nas do gigantycznego sklepu z kostiumami i dokupiłyśmy sobie potrzebne akcesoria. Mnie po raz kolejny uratowała najlepsza przyjaciółka każdej kobiety – Agatha by YES TO DRESS. Jej miętowy kolor był moim natchnieniem, pomyślałam sobie, że przebiorę się za Statuę Wolności. 🙂 Na szczęście udało mi się kupić odpowiednią koronę, ale latarni nie było. Użyłam klosza od lampy, jako trzonek posłużyła zwinięta w rulon tektura. Całość owinęłam kawałkiem plastikowego obrusa, który też znalazłam w sklepie imprezowym – idealny kolor! Beata dorobiła piękny płomień z papieru i znicz gotowy. Marta wystąpiła jako Upiór w Operze.

Ostatnią odsłoną tegorocznego Halloween była impreza w jednym z polskich domów Szarlotki. Dom był super udekorowany,  było jedzonko i bardzo dużo ludzi! Przebrania były prześwietne! Z resztą – zobaczcie sami 🙂

 

Jak widać, Halloween w USA to świetna sprawa. Bardzo mi się podobało to, że każdy chciał wykazać się kreatywnością, zaskoczyć strojem. Niektórzy naprawdę się napracowali! Panowała przy tym pełna dowolność, nie było zewnętrznej presji czy negatywnych komentarzy. Ja czułam się świetnie w roli Statui Wolności, aż mi żal, że to już koniec przebieranek! Ale cóż, może to i lepiej – imprezowanie naprawdę potrafi być męczące, chyba każdy student przyzna mi rację 🙂

Ściskam mocno!

K8i of Liberty

Improv experience

Przyszedł czas na opisanie doświadczenia, które (zupełnie niespodziewanie!) sprawiło mi bardzo dużo radości.

Niecałe 3 tygodnie temu odbyło się spotkanie, o którym dowiedziałam się w ostatniej chwili. Zaproszeni byli wszyscy studenci z departamentu Biochemii i Genetyki Molekularnej. Stwierdziłam, że skoro coś się ma dziać, to muszę przynajmniej wiedzieć co. No i przyznam, że zwabiła mnie pizza, która została użyta jako podnośnik frekwencji.

Okazało się, że zebranie dotyczyło części rozrywkowej corocznego Retreat’u. Nie bardzo wiem jak to się tłumaczy na polski – jakieś pomysły? Jest to dzień, w którym szefowie labów i zaproszeni goście wygłaszają prezentacje i dyskutują o przyszłych kierunkach rozwoju. Zasadniczo chodzi o to, żeby wszyscy spotkali się, zorientowali w sprawach bieżących no i trochę zintegrowali. W tym celu władze wydziału zapewniają atrakcje – w tłustych latach całość odbywała się w winiarni. W tym roku, ze względu na fatalną sytuację finansową, musieliśmy zadowolić się salą konferencyjną. Czego oczy nie widziały, tego sercu nie żal – nie miałam porównania, więc nie doznałam zawodu (w przeciwieństwie do innych).

Wracając do tajemniczego spotkania – część rozrywkowa, ostatni punkt programu, miała być zorganizowana przez jednego z profesorów – Stefana. Nie wiedziałam o tym wcześniej, ale okazało się, że ma on spore doświadczenie sceniczne. Wszędzie, gdzie mieszkał (San Diego, Nowy Jork, DC), dołączał do grup ćwiczących sztukę improv. Oznajmił, że zdobyte umiejętności postara się nam przekazać w trybie przyśpieszonym, żebyśmy mogli zaprezentować się podczas Retreat. Początkowo autentycznie się zestresowałam – improwizacja? W sensie, że nie ma scenariusza? Ale wystarczyło trochę poczekać, posłuchać i wszystko stało się jasne.

Improv to nurt, który powstał w Chicago w wyniku naturalnej potrzeby zawodowych aktorów. Jak wiadomo, pewne sztuki wystawiane są całymi latami, nierzadko w tej samej obsadzie. Czasami może nawet dochodzić do sytuacji, kiedy aktor reaguje na kwestie, zanim zostaną one wypowiedziane, bo tak dobrze zna już całą sekwencję emocji i zdarzeń. Improwizacja miała pomóc w odzyskaniu świeżości i spontaniczności. Z czasem stała się osobnym zjawiskiem i zaczęła żyć własnym życiem, zdobywając (przynajmniej w USA) ogromną popularność. Na uczelniach, a nawet w szkołach, istnieją grupy, bawiące się improv na różne sposoby.

A więc jak to wszystko ma wyglądać? Po prostu – wychodzimy na scenę i mówimy, co nam ślina na język przyniesie? Co za chaos! Otóż nie, okazuje się, że ktoś nad tym myślał. Żeby nie zostawiać aktorów zupełnie bez struktury, powstały gry. Wprowadzają one pewne ramy, które w znaczący sposób ułatwiają i ubarwiają scenki. Co bardzo istotne – publiczność ma duży wkład w przebieg całego widowiska. Wszystko łatwiej zrozumieć, przeglądając przykładowe scenariusze improv games.

Jedną z moich ulubionych jest Clap Game. Dwoje (lub więcej) aktorów zaczyna grać scenkę. Realia, np. miejsce, okoliczności lub temat, wokół którego ma się kręcić dialog, podrzuca ktoś z widowni.  Nasze w założeniu miały się odbywać w przestrzeni okołolabowej, w konwencji science. Co jakiś czas aktorzy klaszczą w dłonie i zatrzymują się w pół zdania – powstaje miejsce na słowo od publiczności. Oczywiście widzowie wcale nie chcą ułatwić aktorom życia – większość wykrzykiwanych słów ma się nijak do kontekstu. Np.: Scena dzieje się na konferencji naukowej, podczas przerwy na kawę. Aktorzy: „Hej, słyszałeś kto ma pierwszą prezentację w sesji popołudniowej?” „Tak, na pewno będzie ciekawa, bo mówić będzie… >CLAP<”  W tym momencie pojawia się głos z widowni: „Lady Gaga”, a aktor kontynuuje: „…Lady Gaga, specjalistka od regulacji transkrypcji w pączkujących drożdżach”. I tak dalej. Oczywiście cały wic polega na tym, żeby wpleść podrzucony wyraz w scenę, a jeśli naprawdę jest śmieszny, pociągnąć temat Lady Gagi i przerobić go na wszystkie możliwe sposoby. Do jakiego poziomu absurdu dojdzie – to zależy od kreatywności aktorów, ale także widowni!

Inna słynna gra to ABC. Znowu podana jest sceneria i okoliczności. Tym razem jednak, frazy wypowiadane przez aktorów muszą zaczynać się od kolejnych liter alfabetu – pierwszy aktor zaczyna zdanie od A, drugi od B i tak dalej. Niesamowicie ciężko jest jednocześnie budować historię, kontrolować przebieg alfabetu i jeszcze wykonywać jakikolwiek ruch sceniczny! To naprawdę trudniejsze, niż się wydaje.

Gier jest całe mnóstwo, niektóre angażują publiczność bardziej, inne mniej. Jednak ich największą zaletą jest właśnie to, że sterują aktorami, stanowiąc szczątkowy scenariusz scenki. Jednak aby wszystko działało jak trzeba i aby historia naturalnie się toczyła, należy pamiętać o kilku ogólnych zasadach. Najgłówniejsza ze wszystkich to Yes-And. Wydaje mi się, że to właśnie ona odróżnia improv od innych form i nadaje jej niepowtarzalny czar. Otóż aby w ogóle się dogadać, aktorzy-partnerzy muszą sobie przytakiwać i dodawać treść do tego, co powiedział poprzednik. Jeśli jedna osoba coś stwierdzi, a druga to zaneguje, to na tę pierwszą z powrotem przechodzi cała presja wymyślania sceny. Natomiast jeśli partner przytaknie i rozwinie pomysł, akcja samoistnie się rozwija, przy czym dodawane są kolejne elementy. Z tego samego powodu powinno się też unikać zadawania pytań – za bardzo stawiają partnera pod ścianą, przez co wpada w lekką panikę – co tu odpowiedzieć? Ten element chyba najbardziej mnie urzekł i przekonał do całej inicjatywy. Spodobała mi się idea współpracy między aktorami, którzy razem coś budują, tworzą, nawzajem się inspirując. Improv wyklucza także element, który zniechęca mnie w kabaretach i stand-upach, czyli chamskie żarty kosztem innych ludzi. Oczywiście można też tak, ale nie daje to aż tak dobrego efektu.

Początkowo miałam naprawdę mieszane uczucia względem swojego udziału w całym tym show. Co prawda nie stresuję się jakoś specjalnie występami publicznymi, ale nie da się ukryć, że moje doświadczenie na scenie ogranicza się do kilku szkolnych przedstawień wystawianych lata temu. Czułam jednak jakąś głęboką chęć wzięcia udziału. Chciałam spróbować czegoś nowego, zaangażować się w sprawy departamentu, poznać nowych ludzi, a przede wszystkim mieć post factum satysfakcje z tego, że podjęłam wyzwanie – wyszłam ze strefy komfortu – i przeżyłam. 🙂

Próby miały odbywać się w środy i czwartki od 17 do 19. Brzmi niewinnie, ale faktycznie to spore wyrzeczenie. Po pierwsze, trzeba wyrobić się z pracą do 17, co wymaga pewnej gimnastyki logistycznej. Po drugie, powrót do domu odwleka się do jakiejś 19:30, trzeba jakoś dotrwać. Pomyślałam jednak, że to tylko 4 razy – dam radę. I dałam. 🙂 Próby okazały się super doświadczeniem, niezwykle rozwijającym i relaksującym. Okazało się, że po otrzymaniu kilku wyjaśnień, komentarzy i poprawek od Stefana, wszyscy zaczęliśmy radzić sobie coraz lepiej. „Wszyscy” brzmi dumnie – początkowo oznaczało to całe 3 osoby. Później dołączyło więcej, ostatecznie wystąpiło 7 albo 8. To naprawdę było świetne uczucie, kiedy zaczynał powstawać flow, i  lepiej albo gorzej – system działał, gra się toczyła! Mieliśmy niezły ubaw z siebie nawzajem. W małym gronie o wiele łatwiej pozbyć się umysłowych hamulców i puścić wodze fantazji. Po każdym spotkaniu naładowana byłam super pozytywną energią. Zdecydowanie tego mi brakowało – oderwania się od labowej rutyny, odmiany od indywidualnego charakteru pracy, użycia tej absurdalnej, niedosłownej części umysłu. Nie jest łatwo się oderwać od codzienności, ale kiedy już się uda, to jest właśnie najlepszy odpoczynek. W momencie, kiedy zaczynasz poważnym tonem rozmowę o karmieniu myszy laboratoryjnych masłem orzechowym czy marshmallowsami i wpływie takiej diety na ich metabolizm, a twój partner wprowadza konwersacje na kolejne poziomy abstrakcji, to jest naprawdę fun.

Występ naszej trupy „Weird Science” (nazwa zaczerpnięta z tytułu filmu, którego nie widziałam) odbył się dzisiaj. Jak nam poszło? Nie mogę tego ocenić. Publiczność się śmiała 🙂 ja oglądając sceny, w których sama nie brałam udziału, bawiłam się super. Najważniejsze jednak jest dla mnie to, że to zrobiłam. Zaangażowałam się w coś, co było trudne – językowo, z powodu braku doświadczenia oraz kompletnego zaniedbania prawej półkuli. Zaryzykowałm i zyskałam świetne przeżycie, rozwinęłam umiejętności, lepiej poznałam innych studentów z mojego piętra, przezwyciężyłam tremę.

Mam nadzieję, że to nie koniec przygody, bo muszę przyznać, że zauważam u siebie objawy uzależnienia od improv-endorfin.

Ściskam mocno wszystkich wiernych czytelników!!!! Już porządnie tęsknię, cieszę się na święta w Warszawie 🙂

K8away 

PS. Przypominam o możliwości powiadomienia mailowego o nowych notkach- przycisk Follow w prawym dolnym rogu załatwia sprawę 🙂

Finding the perfect pumpkin

Dzisiaj, razem z Łukaszem i Martą, byliśmy częścią amerykańskiej tradycji. Stało się tak trochę przypadkiem. Spontanicznie zarządziliśmy wyjazd do Carter Mountain Orchard (pisałam już o tym miejscu tutaj). Okazało się, że WSZYSCY wpadli dokładnie na ten sam pomysł. W związku z tym na dobry początek utknęliśmy w ogromnym korku. Szczerze mówiąc, byłam trochę zaniepokojona. Przed nami na górskiej drodze stał sznur samochodów – gdzie one się wszystkie podzieją? Pamiętałam, że parking nie jest zbyt pokaźnych rozmiarów. Okazało się, że na ten cel przeznaczone jest całe ogromne pole na sąsiednim wzniesieniu! Dzięki temu jednocześnie mogła się tam zatrzymać szalona liczba samochodów i nie byliśmy zmuszeni zawracać. Jednak z drugiej strony pokaźny tłum opanował sad, przezco stracił sporo uroku. Pierwsze nasze skojarzenie – Krupówki 😉

Po krótkiej chwili stało się jasne, po co przyjechali ci wszyscy ludzie. Późną jesienią bardzo popularne jest odwiedzanie tzw. pumpkin patches w celu wybrania swojej idealnej dyni. Wykładane są całe masy wielkich, wyrośniętych dyń oraz kosze mniejszych – tych dekoracyjnych. Trzeba przyznać, że im dłużej byliśmy na miejscu, tym bardziej udzielał nam się przytulny, pomarańczowy klimat. Taras widokowy wysypano sianem, w którym tarzały się dzieciaki (soo much fun!), można było sobie na nim siedzieć, jeść brzoskiniowe donaty, pić jabłkowy cydr i podziwiać widoki. Z jakiegoś powodu, bardzo dużo osób przjeżdża ze szczeniakami <3 , więc nie było końca ochom i achom 🙂

Kupiliśmy kilka małych kolorowych dyniek i po jednej sredniej na każde gospodarstwo domowe 🙂 Nie skusiliśmy się na ogromną, wydało się to nam nadmiarowe. No ale cóż, Ameryka lubi super size. Poniżej kilka zdjęć, przyznacie, że czarujące widoki 🙂

Wracając z Carter Mountain zrobiliśmy ogromne zakupy, potem szybką kolację i przeszliśmy do realizacji planów na wieczór – tak, to jeszcze nie był koniec atrakcji! Dzisiaj pierwszy raz wybraliśmy się w super miejsce – do kina, w którym filmy wyświetlane są z pewnym opóźnieniem względem premiery, ale za to bilety kosztują – uwaga, uwaga – $1,50! No, chyba, że seans jest wyświetlany w technologii 3D, taka przyjemność kosztuje $3. Dla porównania, w normalnym kinie trzeba liczyć około $20 na wieczór.

Obejrzeliśmy super film (ja wybrałam, hehe 😉 ) pt. Way, way back. Nakręciła go ta sama ekipa, co Juno i Little Miss Sunshine, więc klimat totalnie w moim guście. Polecam! Było to super zwieńczenie pięknego dnia.

Niedzielny piknik i zajawki na przyszłe dni

Dzisiaj byliśmy we czwórkę – ja, pozostałe Oxfordantki i Łukasz – na Annual Mary Ellen Brown Picnic organizowany przez Lorna Sundberg International Center. Orgomny namiot ze stołami rozłożony został – jak co roku na terenie posiadłości państwa Brown w Batesville. Chociaż chodziło o upamiętnienie Mary Ellen Brown, która w latach 90′ organizowała kursy angielskiego dla cudzoziemców, to nie było żadnej części oficjalnej – od razu przeszliśmy do rekreacji.

Niestety cały czas padał deszcz, więc nie było warunków, żeby pozwiedzać teren. A szkoda, bo farma położona jest w pięknej pagórkowatej okolicy. Całe szczęście nie było jednak specjalnie zimno (ok. 15 stopni), więc siedzenie przy stolikach w wielkim namiocie było całkiem przyjemne. Zapewnione było jedzonko i picie (niestety tylko zimne, ale cóż, to nie Polska, żeby pić gorącą herbatę), a główną rozrywką – gry planszowe. Jak zwykle Jungle Speed robił furorę, ludzie patrzyli się na nas z zainteresowaniem i pytali o zasady, niekiedy dołączali do zabawy. Poza tym grane było także domino i zwykłe karty. U innych widzieliśmy też Monopoly i Scrabble, szachy i inne, nieznane nam gry.

Jakieś 95% przybyłych stanowili Azjaci, głównie Chińczycy, także integracja nie przebiegała zbyt wydajnie. Moim zdaniem brakowało też jakiejś wspólnej aktywności czy zabaw integracyjnych, choćby jednej – na pierwsze przełamanie lodów. Mimo to udało nam się porozmawiać z kilkoma interesującymi osobami, a w autobusie powrotnym poznałyśmy urocze młode małżeństwo z Chin. Mam nadzieję, że zobaczymy się z nimi jeszcze na podobnym evencie 🙂

Wiadomo, że na myśl o poniedziałku nikt nie czuje specjalnej ekscytacji… Ale przed nami dużo fajnych wydarzeń! Ja zaczynam przygotowania (bo ciężko mówić w tym przypadku o próbach) do improwizowanego przedstawienia, tzw. improv games o tematyce naukowej, które będę wystawiać razem z resztą graduate students z mojego departamentu już pod koniec października. W niedzielę idziemy na lekcję gotowania dań kuchni karaibskiej, też do LS Inernational Center, jupi 🙂 A w międzyczasie… na pewno coś wymyślimy 🙂

K8i

PS. Trochę zaszalałam z liczbą zdjęć na blogu oraz ich rozdzielczością i teraz nie mam już miejsca na kolejne. Dopóki nie wymyślę jakiegoś rozwiązania, muszę publikować fotki w gorszej jakości, mam nadzieję, że dadzą się oglądać mimo wszystko 🙂

K

Trochę o samym Charlottesville [jesienne zdjęcia]

Jesień jak zwykle przyszła nieoczekiwanie. Zaczęła powoli przejmować władzę nad przyrodą. Jej obecność wzbudziła we mnie mieszane uczucia. Z pewnym zaskoczeniem odkryłam, że oprócz zachwytu zmieniającym się krajobrazem, wpadłam też w popłoch.
Bo przecież jesień jest tak nieuchwytna! Pod koniec lata zaczyna powoli wpełzać na drzewa, ale w mgnieniu oka cały świat robi się żółty i pomarańczowy, potem czerwony, a potem już całkiem opadają liście i jest po sprawie – przychodzi długa zima. Jak to zrobić, żeby nie przepuścić okazji i nacieszyć się widokami i atmosferą?
Nie wszystkie jesienne plany udało mi się zrealizować – mam nadzieję, że jeszcze nie jest za późno, chociaż zaczęło robić się mgliście i deszczowo.
Ale w poprzednią niedzielę, zupełnie spontanicznie wybrałam się na spacer po Szarlotce. To, co zobaczyłam przekroczyło moje oczekiwania i wprawiło w totalny zachwyt. Jednocześnie uświadomiłam sobie, że nigdy właściwie nie publikowałam zdjęć miasta i kampusu! Przygotowałam więc jesienną UVa-ową galerię 🙂 ENJOY!
Proszę wybaczyć przeświecone zdjęcia, taki ze mnie amator 😉

Follow

Get every new post on this blog delivered to your Inbox.

Join other followers: