Co tam słychać w Szarlotce

Hej hej!

Ahh, cóż to był za intensywny tydzień!

Przede wszystkim – praca zajęła mi dużo czasu i sił. Od poniedziałku ciągnęła się moja pierwsza hodowla drożdży, transformowanych takimi genami, żeby produkowały nasze białko. Trzeba najpierw zwykły szczep zaopatrzyć w specjalny konstrukt genowy, potem wyhodować na małą skalę, następnie w 1 litrze pożywki, zaindukować produkcję naszego konkretnego białka, rozwalić komórki, żeby wyszło z nich całe białko, a potem oczyścić NASZE białeczko za pomocą przeciwciał. W ten sposób otrzymuje się materiał do dalszych doświadczeń. Cała operacja ciągnie się w czasie, te małe wredne żyjątka rosną jak chcą (albo nie rosną 😉 ), a jak się popsuje w którymś momencie efekty pracy z całego tygodnia, to jest ból… Ja przez cały tydzień brnęłam przez ten protokół, co chwilę trafiając na przeszkody typu „nie wiem o co chodzi” albo „gdzie ja mam szukać tych wszystkich odczynników”. Musiałam nieustannie zadawać komuś pytania, co nie jest komfortowe. Poza tym, moi współpracownicy zajmują się zupełnie innymi rzeczami i często po prostu nie wiedzą co mi odpowiedzieć. Jedyną osobą, która jest w stanie mi pomóc jest David, który ostatnio jest bardzo zajęty, bo zespół jest o krok od opublikowania kolejnego artykułu. Kilka dni temu przyszły recenzje, bardzo dobre, ale jednak trzeba coś poprawić, a nawet powtórzyć jeden pomniejszy eksperyment. Dlatego ciągle nie wiem do końca, czy dobrze robię, to co robię. Pewnie wkrótce się okaże. W piątek chciałam długo siedzieć i jeszcze pocisnąć dalej temat, ale w końcu ogarnęło mnie uczucie bezradności, które przeszło w irytację (złość?) , w rezultacie rzuciłam wszystko w cholerę do zamrażarki i poszłam się weekendować – wreszcie! 😀

A weekend mam naprawdę miły. W piątek (czyli wczoraj) wróciłam z pracy bardzo późno i zmęczona. Dziewczyny poszły grać w plażówkę, czego ja nie robię z zasady, więc zostałam sobie w domu i chillowałam, zbierałam siły na noc 🙂

Marta i Beata wróciły z naszym znajomym Chrisem. Pojechaliśmy na zakupy, a że nie było jakichś konkretnych planów na wieczór, zaprosiłyśmy ekipę siatkówkową do siebie na małą imprezę. Poza tym oczywiście był stały skład w postaci Gavina i Josha (Rendi była zmęczona). Posiedzieliśmy do późnych godzin porannych przy grach i piwku. Dzisiaj rano (hm, może raczej w południe) lał deszcz, więc zostałyśmy w domu. Wpadł do nas Łukasz i przyniósł wszystko, co potrzebne, żeby zrobić coconut bread. Świetny pomysł! Nam by pewnie nie wpadł do głowy 😛 Łukasz kupił całego kokosa, któego starliśmy – dzięki temu ciasto smakuje o wiele lepiej niż z suchych kokosowych wiórów. W międzyczasie zjedliśmy też pyszny obiad. Na deser dołączyli do nas też Rendi i Josh i tak sobie siedzimy 🙂

Wieczorem wybieramy się na parapetówkę do Chrisa, której przedsmak był już w środę. Coś czuję, że będzie dobra impreza!

Jutro po południu jesteśmy proszone na kolację w wykonaniu Josha. Bardzo wychwalał swoje umiejętności, czas się przekonać, co za magię uprawia w kuchni 🙂

Dobrze, że te weekendy są takie relaksujące (no, może poza niespaniem w nocy…), to bardzo osładza nasz wypełniony pracą żywot.

Pięknej niedzieli!

K8i

Komentarze

comments

Follow

Get every new post on this blog delivered to your Inbox.

Join other followers: