Do tej pory nie wiem, jak to wszystko mogło zdarzyć się w tak krótkim czasie

Czas mija szybko. Czasem trochę ZA szybko. Ani się obejrzeliśmy, a tu już listopad, środek listopada, końcówka listopada! Zaraz grudzień, a to właściwie koniec roku, potem już bliżej niż dalej do wyjazdu z USA! Trzeba działać i doświadczać typowych amerykańskich sytuacji 🙂 To właśnie robiłam przez ostatnie, jakże intensywne dni – zawsze w doborowym towarzystwie.

W poprzednią sobotę, idąc za ciosem festiwalu filmowego, postanowiliśmy się dalej ukulturalniać. Poszliśmy do teatru na terenie kampusu UVa obejrzeć An Enemy of the People. Sztuka przerosła nasze oczekiwania! Świetny scenariusz i wysoki poziom aktorstwa – polecam wszystkim mieszkańcom Cville. Kolacja w uroczej restauracji na Downtown zwieńczyła bardzo miły wieczór.

W niedzielę trzeba było zregenerować się przed kolejnym intensywnym tygodniem. W poniedziałek wieczorem odbyło się VFF Volunteer Appreciation Party – kolacja wydana w podziękowaniu za pracę wolontariuszy. Spotkałyśmy kilkoro naszych festiwalowych współpracowników oraz poznałyśmy kilka nowych świetnych osób. Ja i Marta (która przyszła, bo gdyby nie konferencja, to na pewno by się zgłosiła jako wolontariuszka!) wygrałyśmy super nagrody w losowaniu (!!), a do tego można było sobie brać koszulki dla wolontariuszy z poprzednich lat i super kieliszki do wina z nadrukiem festiwalowym. W rezultacie mamy ich w domu całą zastawę. Bardzo się przydają, bo do tej pory miałyśmy może 4 kieliszki, każdy z innej parafii, w tym 2 do martini 🙂

We wtorek, razem z Łukaszem i Chrisem, zaliczyliśmy typowo amerykański wieczór. Pojechaliśmy do DC i z powrotem na mecz NBA, Washington Wizards vs Minessota Timberwolves. Ja mam z koszykówką niewiele wspólnego (oglądanie meczy pociąga mnie głównie ze względów estetycznych 😉 ), za to sędzina Betti jest ekspertem od reguł. Podczas kupowania biletów, wygłosiła prognozę, że tyłki Wizardów zostaną skopane, ponieważ drużyna przeciwna jest znacznie wyżej w rankingach. Dlatego przywdziałam klubowe barwy, nastawiając się na kibicowanie przegranym. Wyjechaliśmy po pracy (przychodząc i wychodząc trochę wcześniej), 2,5h później byliśmy w Waszyngtonie. Krótka jazda metrem i dotarliśmy na miejsce. Początkowo, poza wrażeniami wynikającymi z ogromnych rozmiarów Verizon Areny, mecz nie był specjalnie emocjonujący. Jednak w drugiej połowie obie drużyny zaczęły iść łeb w łeb i zdobywać punkty na przemian. Obudzili się kibice, wszyscy zagrzewali graczy i w napięciu czekali na ostateczny wynik. Okazało się, że wygraliśmy 104:100! Zasady w NBA są mniej restrykcyjne niż w koszykówce międzynarodowej (oczywiście powtarzam za Betti), więc częściej zdarza się przekroczenie setki. Przyjemnie zaskoczył mnie fakt, że wbrew przewidywaniom nasza drużyna wygrała. No, i fajnie było zobaczyć na parkiecie Marcina Gortata czy Rickiego Rubio. 🙂 Dodatkowo wszyscy wygrali darmowe kanapki do odebrania w Chick Fill A, bo Timberwolves dwa razy pod rząd spudłowali rzut osobisty. Tradycyjnie przespałam całą drogę powrotną (no dobra, w tamtą stronę też…). Dzielny Chris bezpiecznie dostarczył nas do domu, i chociaż wszyscy byliśmy zmęczeni – warto było! Takie rzeczy tylko w USA.

To absolutnie nie jest koniec atrakcji! Aż ciężko wszystko spamiętać. W środę znowu miała miejsce specjalna kolacja. W tym tygodniu na UVa przyjechała pani Małgosia Krasowska, która zarządza Polsk0 -Amerykańską Komisją Fulbrighta. Panią Małgosię poznałam w Rezydencji Ambasadora USA w Warszawie, podczas przyjęcia finałowego Know America (przy okazji – serdeczne pozdrowienia dla konkursowej ekipy i moich dzieciaczków <3), potem skontaktowałam z panem Zygmuntem, jako głównym ogarniaczem naszej wymiany i wygląda na to, że jesteśmy blisko zawiązania współpracy między Fulbrightem a UVa – fantastycznie! Zorganizowaliśmy mnóstwo spotkań mniej i bardziej oficjalnych, między innymi kolację we Flaming Wok, gdzie kucharz przygotowywał jedzenie na bieżąco, dosłownie przed naszymi oczami, na rozgrzanej blasze, która była częścią stołu. So much fun! I było naprawdę pysznie.

Żeby moi czytelnicy nie doszli do pochopnych wniosków – poza tym wszystkim pracowałam w tym tygodniu jak szalona (zaczęłam jeszcze wcześniej wstawać, testuję nową strategię), dlatego wieczory czwartkowy i piątkowy poświęciłam na regenerację. W sobotę razem z Betti i Chrisem pojechaliśmy odebrać nasze promocyjne kanapki – były pyszne! A potem, dla odmiany… mecz koszykówki. Tym razem to koszykówka akademicka… i totalne zaskoczenie! Taki mecz jest prawie takiej samej rangi, jak football’owy, wchodzi się do ogromnej areny (prawie jak ta w Waszyngtonie), w środku jest dużo stoisk restauracji fast food’owych, no wszystko! Jedna cała trybuna jest zajęta przez orkiestrę, która wygrywa skoczne melodie. Betti uważała, że to trochę żenua 🙂 wg mnie – całkiem urocze! Z meczu pojechaliśmy prosto do… kościoła! Znajoma rodzina Beaty zaprosiła nas na kolację z okazji Święta Dziękczynienia, którą wydawał dla społeczności międzynarodowej jeden z szarlotkowych kościołów prezbiteriańskich. Było mnóstwo dobrego jedzenia – mogliśmy spróbować tradycyjnych świątecznych potraw, no  i – nie oszukujmy się – free food  zawsze przyciągnie studentów. Po jedzeniu zostaliśmy (oczywiście) wmanewrowani w wysłuchanie programu artystycznego. Charyzmatyczny kantor intonował 2 piosenki. Jedna składała się ze słów God is good, he is so good, a druga z jednego słowa – Hallelujah. Rozumiem, że miało być łatwo dla cudzoziemców, ale bez przesady, spodziewałam się czegoś więcej. 😛 Wszystko było mówione w trzech językach – angielskim, hiszpańskim i chińskim. To chyba najbardziej intrygująca obserwacja wieczoru – kościół był pełen Azjatów! Podobno w Chinach chrześcijaństwo jest potęgą, całkiem to ciekawe. Podsumowując – cała sytuacja była całkiem wesoła. Stwierdziliśmy, że był to zupełnie inny fun niż zwykle, ale ciągle fun. Poza tym, takie działanie jest jak najbardziej zgodne z zasadą próbowania wszystkiego, na co tylko nadarzy się okazja. W ten sposób intensywnie absorbujemy Amerykę.

Po kościelnej imprezce przyszedł czas na domówkę z okazji obrony doktoratu przez studenta, którego co prawda ja ani Beata nie znałyśmy, ale krążyło o nim sporo historii, więc to już prawie jak dobry znajomy. 🙂 Spotkałyśmy duuużo bardzo kochanych znajomych i spędziłyśmy przemiły, typowo szarlotkowy wieczór.

Dzisiaj rano odwiedzili nas Karol z Grażyną i 4 letnim Maksiem. W przeciągu tygodnia powinna się urodzić jego siostrzyczka, hurrrra! Było super miło się spotkać, pojadając nachosy z guacamole i przepyszne ciasto. Maks przez równe 2 godziny biegał w kółko – taki rodzaj energii przydałby mi się jutro rano w labie, piękna sprawa.

Kiedy już wydawało się, że wystarczy atrakcji, wpadł do nas Josh z Randi (plus Sophie w brzuchu <3) oraz swoimi rodzicami (dziewczyny poznały ich lepiej, spędzając dzień w ich domu, mnie to ominęło). Mieliśmy niesamowity ubaw, bo Josh uparł się, żeby nauczyć ich grać w Jungle Speeda – sam jest zagorzałym fanem. Gra jest zawsze bardzo zabawna, a kiedy tłumaczy się zasady nowym osobom, to śmiech właściwie nie ustaje. W taki o to sposób kończymy kolejny piękny weekend.

Poza tym wszystkim, cały czas szykujemy się do wyjazdu w nadchodzący długi weekend. Jestem tak niesamowicie podekscytowana, że nie mogę usiedzieć w miejscu! New York City zbliża się wielkimi krokami…

🙂 🙂 🙂

Komentarze

comments

Follow

Get every new post on this blog delivered to your Inbox.

Join other followers: