Finding the perfect pumpkin

Dzisiaj, razem z Łukaszem i Martą, byliśmy częścią amerykańskiej tradycji. Stało się tak trochę przypadkiem. Spontanicznie zarządziliśmy wyjazd do Carter Mountain Orchard (pisałam już o tym miejscu tutaj). Okazało się, że WSZYSCY wpadli dokładnie na ten sam pomysł. W związku z tym na dobry początek utknęliśmy w ogromnym korku. Szczerze mówiąc, byłam trochę zaniepokojona. Przed nami na górskiej drodze stał sznur samochodów – gdzie one się wszystkie podzieją? Pamiętałam, że parking nie jest zbyt pokaźnych rozmiarów. Okazało się, że na ten cel przeznaczone jest całe ogromne pole na sąsiednim wzniesieniu! Dzięki temu jednocześnie mogła się tam zatrzymać szalona liczba samochodów i nie byliśmy zmuszeni zawracać. Jednak z drugiej strony pokaźny tłum opanował sad, przezco stracił sporo uroku. Pierwsze nasze skojarzenie – Krupówki 😉

Po krótkiej chwili stało się jasne, po co przyjechali ci wszyscy ludzie. Późną jesienią bardzo popularne jest odwiedzanie tzw. pumpkin patches w celu wybrania swojej idealnej dyni. Wykładane są całe masy wielkich, wyrośniętych dyń oraz kosze mniejszych – tych dekoracyjnych. Trzeba przyznać, że im dłużej byliśmy na miejscu, tym bardziej udzielał nam się przytulny, pomarańczowy klimat. Taras widokowy wysypano sianem, w którym tarzały się dzieciaki (soo much fun!), można było sobie na nim siedzieć, jeść brzoskiniowe donaty, pić jabłkowy cydr i podziwiać widoki. Z jakiegoś powodu, bardzo dużo osób przjeżdża ze szczeniakami <3 , więc nie było końca ochom i achom 🙂

Kupiliśmy kilka małych kolorowych dyniek i po jednej sredniej na każde gospodarstwo domowe 🙂 Nie skusiliśmy się na ogromną, wydało się to nam nadmiarowe. No ale cóż, Ameryka lubi super size. Poniżej kilka zdjęć, przyznacie, że czarujące widoki 🙂

Wracając z Carter Mountain zrobiliśmy ogromne zakupy, potem szybką kolację i przeszliśmy do realizacji planów na wieczór – tak, to jeszcze nie był koniec atrakcji! Dzisiaj pierwszy raz wybraliśmy się w super miejsce – do kina, w którym filmy wyświetlane są z pewnym opóźnieniem względem premiery, ale za to bilety kosztują – uwaga, uwaga – $1,50! No, chyba, że seans jest wyświetlany w technologii 3D, taka przyjemność kosztuje $3. Dla porównania, w normalnym kinie trzeba liczyć około $20 na wieczór.

Obejrzeliśmy super film (ja wybrałam, hehe 😉 ) pt. Way, way back. Nakręciła go ta sama ekipa, co Juno i Little Miss Sunshine, więc klimat totalnie w moim guście. Polecam! Było to super zwieńczenie pięknego dnia.

Komentarze

comments

Follow

Get every new post on this blog delivered to your Inbox.

Join other followers: