Improv experience

Przyszedł czas na opisanie doświadczenia, które (zupełnie niespodziewanie!) sprawiło mi bardzo dużo radości.

Niecałe 3 tygodnie temu odbyło się spotkanie, o którym dowiedziałam się w ostatniej chwili. Zaproszeni byli wszyscy studenci z departamentu Biochemii i Genetyki Molekularnej. Stwierdziłam, że skoro coś się ma dziać, to muszę przynajmniej wiedzieć co. No i przyznam, że zwabiła mnie pizza, która została użyta jako podnośnik frekwencji.

Okazało się, że zebranie dotyczyło części rozrywkowej corocznego Retreat’u. Nie bardzo wiem jak to się tłumaczy na polski – jakieś pomysły? Jest to dzień, w którym szefowie labów i zaproszeni goście wygłaszają prezentacje i dyskutują o przyszłych kierunkach rozwoju. Zasadniczo chodzi o to, żeby wszyscy spotkali się, zorientowali w sprawach bieżących no i trochę zintegrowali. W tym celu władze wydziału zapewniają atrakcje – w tłustych latach całość odbywała się w winiarni. W tym roku, ze względu na fatalną sytuację finansową, musieliśmy zadowolić się salą konferencyjną. Czego oczy nie widziały, tego sercu nie żal – nie miałam porównania, więc nie doznałam zawodu (w przeciwieństwie do innych).

Wracając do tajemniczego spotkania – część rozrywkowa, ostatni punkt programu, miała być zorganizowana przez jednego z profesorów – Stefana. Nie wiedziałam o tym wcześniej, ale okazało się, że ma on spore doświadczenie sceniczne. Wszędzie, gdzie mieszkał (San Diego, Nowy Jork, DC), dołączał do grup ćwiczących sztukę improv. Oznajmił, że zdobyte umiejętności postara się nam przekazać w trybie przyśpieszonym, żebyśmy mogli zaprezentować się podczas Retreat. Początkowo autentycznie się zestresowałam – improwizacja? W sensie, że nie ma scenariusza? Ale wystarczyło trochę poczekać, posłuchać i wszystko stało się jasne.

Improv to nurt, który powstał w Chicago w wyniku naturalnej potrzeby zawodowych aktorów. Jak wiadomo, pewne sztuki wystawiane są całymi latami, nierzadko w tej samej obsadzie. Czasami może nawet dochodzić do sytuacji, kiedy aktor reaguje na kwestie, zanim zostaną one wypowiedziane, bo tak dobrze zna już całą sekwencję emocji i zdarzeń. Improwizacja miała pomóc w odzyskaniu świeżości i spontaniczności. Z czasem stała się osobnym zjawiskiem i zaczęła żyć własnym życiem, zdobywając (przynajmniej w USA) ogromną popularność. Na uczelniach, a nawet w szkołach, istnieją grupy, bawiące się improv na różne sposoby.

A więc jak to wszystko ma wyglądać? Po prostu – wychodzimy na scenę i mówimy, co nam ślina na język przyniesie? Co za chaos! Otóż nie, okazuje się, że ktoś nad tym myślał. Żeby nie zostawiać aktorów zupełnie bez struktury, powstały gry. Wprowadzają one pewne ramy, które w znaczący sposób ułatwiają i ubarwiają scenki. Co bardzo istotne – publiczność ma duży wkład w przebieg całego widowiska. Wszystko łatwiej zrozumieć, przeglądając przykładowe scenariusze improv games.

Jedną z moich ulubionych jest Clap Game. Dwoje (lub więcej) aktorów zaczyna grać scenkę. Realia, np. miejsce, okoliczności lub temat, wokół którego ma się kręcić dialog, podrzuca ktoś z widowni.  Nasze w założeniu miały się odbywać w przestrzeni okołolabowej, w konwencji science. Co jakiś czas aktorzy klaszczą w dłonie i zatrzymują się w pół zdania – powstaje miejsce na słowo od publiczności. Oczywiście widzowie wcale nie chcą ułatwić aktorom życia – większość wykrzykiwanych słów ma się nijak do kontekstu. Np.: Scena dzieje się na konferencji naukowej, podczas przerwy na kawę. Aktorzy: „Hej, słyszałeś kto ma pierwszą prezentację w sesji popołudniowej?” „Tak, na pewno będzie ciekawa, bo mówić będzie… >CLAP<”  W tym momencie pojawia się głos z widowni: „Lady Gaga”, a aktor kontynuuje: „…Lady Gaga, specjalistka od regulacji transkrypcji w pączkujących drożdżach”. I tak dalej. Oczywiście cały wic polega na tym, żeby wpleść podrzucony wyraz w scenę, a jeśli naprawdę jest śmieszny, pociągnąć temat Lady Gagi i przerobić go na wszystkie możliwe sposoby. Do jakiego poziomu absurdu dojdzie – to zależy od kreatywności aktorów, ale także widowni!

Inna słynna gra to ABC. Znowu podana jest sceneria i okoliczności. Tym razem jednak, frazy wypowiadane przez aktorów muszą zaczynać się od kolejnych liter alfabetu – pierwszy aktor zaczyna zdanie od A, drugi od B i tak dalej. Niesamowicie ciężko jest jednocześnie budować historię, kontrolować przebieg alfabetu i jeszcze wykonywać jakikolwiek ruch sceniczny! To naprawdę trudniejsze, niż się wydaje.

Gier jest całe mnóstwo, niektóre angażują publiczność bardziej, inne mniej. Jednak ich największą zaletą jest właśnie to, że sterują aktorami, stanowiąc szczątkowy scenariusz scenki. Jednak aby wszystko działało jak trzeba i aby historia naturalnie się toczyła, należy pamiętać o kilku ogólnych zasadach. Najgłówniejsza ze wszystkich to Yes-And. Wydaje mi się, że to właśnie ona odróżnia improv od innych form i nadaje jej niepowtarzalny czar. Otóż aby w ogóle się dogadać, aktorzy-partnerzy muszą sobie przytakiwać i dodawać treść do tego, co powiedział poprzednik. Jeśli jedna osoba coś stwierdzi, a druga to zaneguje, to na tę pierwszą z powrotem przechodzi cała presja wymyślania sceny. Natomiast jeśli partner przytaknie i rozwinie pomysł, akcja samoistnie się rozwija, przy czym dodawane są kolejne elementy. Z tego samego powodu powinno się też unikać zadawania pytań – za bardzo stawiają partnera pod ścianą, przez co wpada w lekką panikę – co tu odpowiedzieć? Ten element chyba najbardziej mnie urzekł i przekonał do całej inicjatywy. Spodobała mi się idea współpracy między aktorami, którzy razem coś budują, tworzą, nawzajem się inspirując. Improv wyklucza także element, który zniechęca mnie w kabaretach i stand-upach, czyli chamskie żarty kosztem innych ludzi. Oczywiście można też tak, ale nie daje to aż tak dobrego efektu.

Początkowo miałam naprawdę mieszane uczucia względem swojego udziału w całym tym show. Co prawda nie stresuję się jakoś specjalnie występami publicznymi, ale nie da się ukryć, że moje doświadczenie na scenie ogranicza się do kilku szkolnych przedstawień wystawianych lata temu. Czułam jednak jakąś głęboką chęć wzięcia udziału. Chciałam spróbować czegoś nowego, zaangażować się w sprawy departamentu, poznać nowych ludzi, a przede wszystkim mieć post factum satysfakcje z tego, że podjęłam wyzwanie – wyszłam ze strefy komfortu – i przeżyłam. 🙂

Próby miały odbywać się w środy i czwartki od 17 do 19. Brzmi niewinnie, ale faktycznie to spore wyrzeczenie. Po pierwsze, trzeba wyrobić się z pracą do 17, co wymaga pewnej gimnastyki logistycznej. Po drugie, powrót do domu odwleka się do jakiejś 19:30, trzeba jakoś dotrwać. Pomyślałam jednak, że to tylko 4 razy – dam radę. I dałam. 🙂 Próby okazały się super doświadczeniem, niezwykle rozwijającym i relaksującym. Okazało się, że po otrzymaniu kilku wyjaśnień, komentarzy i poprawek od Stefana, wszyscy zaczęliśmy radzić sobie coraz lepiej. „Wszyscy” brzmi dumnie – początkowo oznaczało to całe 3 osoby. Później dołączyło więcej, ostatecznie wystąpiło 7 albo 8. To naprawdę było świetne uczucie, kiedy zaczynał powstawać flow, i  lepiej albo gorzej – system działał, gra się toczyła! Mieliśmy niezły ubaw z siebie nawzajem. W małym gronie o wiele łatwiej pozbyć się umysłowych hamulców i puścić wodze fantazji. Po każdym spotkaniu naładowana byłam super pozytywną energią. Zdecydowanie tego mi brakowało – oderwania się od labowej rutyny, odmiany od indywidualnego charakteru pracy, użycia tej absurdalnej, niedosłownej części umysłu. Nie jest łatwo się oderwać od codzienności, ale kiedy już się uda, to jest właśnie najlepszy odpoczynek. W momencie, kiedy zaczynasz poważnym tonem rozmowę o karmieniu myszy laboratoryjnych masłem orzechowym czy marshmallowsami i wpływie takiej diety na ich metabolizm, a twój partner wprowadza konwersacje na kolejne poziomy abstrakcji, to jest naprawdę fun.

Występ naszej trupy „Weird Science” (nazwa zaczerpnięta z tytułu filmu, którego nie widziałam) odbył się dzisiaj. Jak nam poszło? Nie mogę tego ocenić. Publiczność się śmiała 🙂 ja oglądając sceny, w których sama nie brałam udziału, bawiłam się super. Najważniejsze jednak jest dla mnie to, że to zrobiłam. Zaangażowałam się w coś, co było trudne – językowo, z powodu braku doświadczenia oraz kompletnego zaniedbania prawej półkuli. Zaryzykowałm i zyskałam świetne przeżycie, rozwinęłam umiejętności, lepiej poznałam innych studentów z mojego piętra, przezwyciężyłam tremę.

Mam nadzieję, że to nie koniec przygody, bo muszę przyznać, że zauważam u siebie objawy uzależnienia od improv-endorfin.

Ściskam mocno wszystkich wiernych czytelników!!!! Już porządnie tęsknię, cieszę się na święta w Warszawie 🙂

K8away 

PS. Przypominam o możliwości powiadomienia mailowego o nowych notkach- przycisk Follow w prawym dolnym rogu załatwia sprawę 🙂

Komentarze

comments

Follow

Get every new post on this blog delivered to your Inbox.

Join other followers: