Meetup’owe przygody

Notka miała być pisana na gorąco, nawet zaczęłam wczoraj od razu po powrocie. Niestety tradycyjnie zasnęłam przy Grze o Tron, więc nadrabiam teraz 🙂

Wczoraj spędziłam bardzo intrygujący wieczór. Otóż jakiś tydzień temu, Łukasz zaproponował mi, żebyśmy wybrali się na spotkanie. Miałam mieszane uczucia, ale pomyślałam, że nie zaszkodzi się przejść, może poznamy ciekawych ludzi? Poza tym, zamiłowanie Amerykanów do tworzenia społeczności i grup różnego typu było jedną z rzeczy, które chciałam zbadać podczas swojego pobytu w USA.

Całą drogę musiałam oczywiście przejść pieszo (kocham system autobusowy Szarlotki :> ), więc wpadłam do sali spóźniona i zgrzana. Moim oczom ukazał się duży prostokątny stół, przy którym zasiadało już kilkanaście osób. Usiadłam koło Łukasza, napisałam swoje imię na nametagu („Hello, my name is ______” ) i przyjrzałam się otoczeniu odrobinę uważniej. Wszyscy, poza mną, Łukaszem i jeszcze jedną dziewczyną w naszym wieku, która przyszła, bo brała udział w jednym z opisywanych w prezentacji badań, byli w wieku okołoemerytalnym, więc najpierw czuliśmy się trochę dziwnie. Szczerze mówiąc, w sumie nie wiem dlaczego, spodziewałam się bardziej uniwersyteckiego klimatu. No ale co za różnica – przyszedł czas na wysłuchanie prezentacji profesora Andersona z UVa.

Profesor napisał książkę „Why do we believe in god(s)”, która jest naukowym opisem mechanizmów w ludzkiej psychice i fizjologii, które powodują, że religia jest ludziom potrzebna i że w ogóle narodziła się w procesie rozwoju cywilizacji.

Nie byłam przekonana czy temat mnie porwie. W końcu nie mieści się w głównym nurcie moich zainteresowań. Ale wydaje mi się, że prof. Anderson mógłby do mnie mówić na każdy temat i byłabym tak samo zafascynowana. Okazało się bowiem, że prezentacja była wspaniale przygotowana – struktura przemówienia, słowa, slajdy, oraz synchronizacja między nimi. Trzeba przyznać – takie wystąpienia to jest coś, w czym Amerykanie są naprawdę diabelnie dobrzy.

Zaczęło się od omówienia teorii ewolucji życia na Ziemi i człowieka, później kilku przełomowych momentów tego procesu, wreszcie nastąpiło płynne przejście do religii i jej obrzędowości. Niejednokrotnie podana została definicja rytułału religijnego – hard to fake, honest, costly signal of committment. Pojawił się także ciekawy, a wręcz intrygujący eksperyment. Wszyscy słuchacze mieli najpierw zastanowić się, jak się dzisiaj czują, opisać to jednym słowem, później uszczypnąć się mocno w rękę – zadać sobie ból i przywołać w myślach osobę, z którą miało się ostatnio konflikt. Potem nastąpiło coś niespodziewanego. Dostaliśmy za zadanie objąć się ramionami (w kole), kołysać na boki (zsynchronizowany ruch) i zaśpiewać 4 zwrotki Amazing Grace (tekst był na slajdzie). Te wszystkie elementy stanowią tzw. „song, dance, and trance”, czyli podstawę pierwotnej religii. Ich wykonywanie zwiększa poziom endorfin i oksytocyny, co powoduje m.in. powstawanie więzi między ludźmi oraz ogólną poprawę samopoczucia. Po odśpiewaniu piosenki (wg mnie było to bardzo śmieszne + lubię tę piosenkę!), mieliśmy powtórzyć czynności – ocenić swój nastrój (opisałam go wcześniej w swojej głowie słowem intrigued, więc nic się nie zmieniło w wyniku ćwiczenia, wręcz przeciwnie 😉 ), uszczypnąć w ręke (nie było wg mnie różnicy). Co mnie zaskoczyło – przypomnienie sobie konfliktu zajęło mi o wiele więcej czasu niż kilka minut wcześniej i musiałam się bardzo skupić! A więc coś w tym jest, taki grupowy rytuał ma kojącą (dobre słowo?) moc.

Po prezentacji, która naprawde była bez zarzutu, wywiązała się rozmowa na średnim poziomie. Najwięcej emocji wywołał fakt, że Anderson kazał śpiewać religijną pieśń ateistom – niektórzy czuli się dotknięci czy zniesmaczeni.

Największym hitem było to, co stało się później. Okazało się, że współautorka książki, która też była na sali, jest w połowie Polką, a jedyne tłumaczenie jakie się ukazało, to – zgadnijcie – wersja polska. Kiedy ja i Łukasz powiedzieliśmy, że jesteśmy Polakami, kobieta się upewniała „Are you Polish-Polish, real Polish, like, you speak Polish?” 🙂 Radość była wielka. W efekcie dostaliśmy egzemplarz polskiej książki „Dlaczego wierzymy w boga(-ów)?” z dedykacją od obojga autorów. Bardzo śmieszne, że spotkanie, do którego wcale nie byłam przekonana, okazało się tak bardzo intrygującym i wzbogacającym doświadczeniem. Jednak niesiedzenie w domu popłaca 🙂

Jeszcze kilka zdań o sprawach zawodowych. Dzisiaj byłam na prawie godzinnej rozmowie u mojego szefa. Niesamowicie mnie to doładowało. Powiedział, że chce, żebym po roku w jego labie miała „a story to tell”,  jakieś konkretne odkrycia i efekty mojej pracy. Póki co mam się skupić się na jednym wątku, bo każdy jeden eksperyment w jego ramach mówi coś nowego o badanym kompleksie białkowym. Czuję, że będą się działy wielkie rzeczy! David jest tak w to wkręcony, że napędza też mnie do pracy. Efekt natychmiastowy – dzisiaj siedziałam do 19 🙂 Ale tak naprawdę to dlatego, że skończył mi się jeden bufor i zrobienie go zajęło mi sporo czasu, a  późno zaczęłam.

Pozdrowienia i buziaki dla wszystkich, którzy czytają 🙂 Tęsknię już dosyć mocno za moim warszawskim życiem, wielu rzeczy i OSÓB mi bardzo brakuje. Ale cóż, skupiam się na tym, że tu też jest fajnie i jakoś ciągnę do przodu 🙂

K8away

Komentarze

comments

Follow

Get every new post on this blog delivered to your Inbox.

Join other followers: