Mieszkać u stóp gór jest najlepiej! [zdjęcia!]

Taka byłam zajęta, że zwlekałam od poniedziałku z tym wpisem!

Nie jestem zwykle fanką nieogarnięcia, ale czasami ma ono też dobre strony – można zostać przyjemnie zaskoczonym. Tak samo było ze mną. W poniedziałek było święto pracy, czyli teoretycznie wolne. Ja, jako że muszę wziąć trochę wolnego, przyszłam do pracy. Miałam męczący dzień, pełen monotonnej i żmudnej pracy obliczeniowej przy komputerze. Moje dziewczyny zostały zaproszone przez Josha do domu jego rodziców, co chętnie wykorzystały. To jeszcze bardziej wprawiało mnie w poczucie, że jestm poszkodowana. Około 16 zadzwonił do mnie Łukasz z pytaniem, czy jadę. Coś mi zaświtało – Beata wspominała o propozycji wycieczki ‚na zachód słońca’ w jakieś ładne miejsce. Ucieszona, powiedziałam, że oczywiście jadę na Hump Back Rocks. Pomyślałam, że uratuję ten dzień. Wyobraziłam sobie, że Łukaszowi i Karolinie chodzi o jakieś miejsce w stylu sadu, w którym byłam jakiś czas temu. Pobiegłam szybko do domu, napiłam się kawy, szybko ogarnęłam i wyszłam w sandałkach i z kocem piknikowym pod pachą.

Niedługo później okazało się, że buty górskie byłyby bardziej odpowiednie. Podjechaliśmy na parking, z którego jeszcze kawałek trzeba było dojść na szczyt góry. Dotarliśmy do miejsca, gdzie skały tworzyły idealne miejsce do oglądania zachodu słońca, który właśnie się zaczynał. Pobyliśmy tam jakiś czas, podziwiając widoki, robiąc zdjęcia i poznając tajemniczego i bardzo sympatycznego Kazacha (Karolina 🙂 ). Całe zmęczenie odeszło, zabrał je kolorowy wiatr rodem z Pocahontas, poczułam głęboki relaks, jaki można osiągnąć tylko przez kontakt z naturą. Siła zaczerpnięta od skał naprawdę przydała mi się w tym czasie.

To była piękna wycieczka, z resztą zdjęcia pokazują swoje 🙂 Wielkie dzięki dla Karoliny i Łukasza za zabranie mnie do tej pięknej miejscówki 🙂 🙂

 

Dzisiaj miałam swoją pierwszą prezentację na lab meetingu. Sama prezentacja poszła ok, bo nie czułam się jakoś specjalnie zestresowana, miałam przyjazne i nie liczne (4 os) audytorium – zaleta małych labów. Gorzej było przez kilka poprzedzających dni – musiałam pozbierać dane, których już całkiem sporo naprodukowałam przez te 2 miesiące, poukładać w sensownej kolejności, poprzycinać zdjęcia, dorobić opisy itp. Czego się nauczyłam – dane trzeba opracowywać na bieżąco!! Wtedy lab meeting nie jest żadnym problemem, a i w głowie panuje większy porządek. Przede wszystkim cieszę się, że jest już z głowy.

Zostawiam Was ze zdjęciami z naszego hike’a – enjoy!

Wasza K8 – Pocahontas 🙂

PS. W stopce nowa rubryka z super adresem kontaktowym: kasia@k8away.pl. Nie wiem czy komuś się przyda, ale wygląda super, l@n$! 😉

 

 

Komentarze

comments

Follow

Get every new post on this blog delivered to your Inbox.

Join other followers: