New York Experience – part 1

Nie będzie łatwo napisać tę notkę. Myślałam o tym długo i ciągle nie do końca wiem jak ugryźć temat. No ale nie pozostaje mi nic innego, niż podjąć wyzwanie, po prostu zacząć i liczyć, że będzie dobrze.

Ważne aby drodzy czytelnicy zrozumieli całe okoliczności towarzyszące, które miały niemały wpływ na moje przeżycia. Otóż, jak niektórzy dobrze wiedzą, wychowałam się w kulcie Nowego Jorku. Podejrzewam, że pierwszy przekaz podprogowy przeniknął do mojego mózgu za pośrednictwem odcinków Ulicy Sezamkowej i Mostu Brooklińskiego. Trochę później zaczęłam oglądać (żeby to raz, żeby dziesięć…) kultowy serial Seks w wielkim mieście, w którym miasto (a ściślej Manhattan) jest właściwie głównym bohaterem. Nie wspomne o innych dziełach kinematografi (weźmy choćby równie kultowe i oglądane dziesiątki razy na video Śniadanie u Tiffany’ego).  Dlatego presja była spora. Powiem więcej – bałam się trochę stanąć twarzą w twarz z tą legendą. A co jeśli będę rozczarowana?

Mimo wszystko pojechać do Nowego Jorku chciałam zawsze. Nie było to właściwie w sferze marzeń – czułam, że prędzej czy później się tam znajdę. Gdy wyprowadzałam się do Szarlotki wydawało mi się, że do NYC będzie można ot tak wyskoczyć na weekend, bo przecież blisko. Okazało się, że do DC – proszę bardzo, można wyskakiwać nawet na jeden wieczór, ale biorąc pod uwagę czas i koszt podróży, a także czas potrzebny na zwiedzanie czy w ogóle przemieszczanie się po mieście, nie bardzo się to opłaca w przypadku NYC. Dlatego też trzem zapracowanym naukowczyniom nie udało się wybrać na tę wymarzoną wycieczkę od lipca aż do końca listopada. Trochę mi było głupio (?) z tego powodu.

Patrząc z perspektywy czasu – nie było z czym się śpieszyć. Długi weekend, obejmujący Święto Dziękczynienia, wydawał się świetną okazją na zrealizowanie planów. Bez większego problemu udało się wziąć wolne od środy do końca tygodnia. Dzięki temu, że poznałyśmy do tego czasu dużo nowych ludzi, nie musiałyśmy płacić za hostele, co znacząco zwiększyłoby koszty wyjazdu, ani martwić się, że jesteśmy rzucone na pastwę losu w 9-milionowym mieście. Większość naszych znajomych Polaków (wszyscy?) zdążyła już zwiedzić NYC, więc dostałyśmy całą masę rekomendacji dokąd pójść i co koniecznie zobaczyć. Jak na wszystko w życiu, przyszedł więc idealny moment i na to. Wyjazd do New York City.

Podróż zaczęła się we wtorek wieczorem. Nasz znajomy zawiózł nas do DC. Droga była ciężka, lał deszcz, mieliśmy nawet małą stłuczkę, tzw. fender bender (nauczyłyśmy się nowego określenia). Około północy dotarłyśmy, całe szczęście w jednym kawałku, do naszych kochanych Christine i Victora, no i oczywiście Roscoe Brown! Po raz kolejny pięknie nas ugościli. Z samego rana Victor zawiózł nas na stację, skąd o 8:30 odjechałyśmy autobusem w stronę Nowego Jorku.

Podróż wydłużyła się znacznie względem planu, jechałyśmy 5 godzin, byłyśmy zaspane. Umówiłyśmy się z Philippe, naszym pierwszym hostem, który miał nas odebrać z autobusu, więc chciałyśmy oszacować kiedy faktycznie dojedziemy na miejsce. W tym całym amoku nagle zatrzymałyśmy się jak wryte. Na horyzoncie, daleko (autobus przejeżdżał dopiero przez New Jersey) ale wyraźnie zarysowała się panorama Manhattanu. Zrobiło to na mnie ogromne wrażenie i dokładnie w tym momencie dotarło do mnie z całą mocą jak bardzo się cieszę na nowojorską przygodę. Przez kilka dni jeszcze wielokrotnie obserwowałam ten niesamowity widok i za każdym razem byłam w takim samym szoku. Iście pocztówkowy krajobraz. Wcielenie majestatycznego piękna z odcieniem mroku i tajemnicy, ozdobione smakowicie tysiącem światełek.

W końcu udało się dotrzeć na róg 34 ulicy i 5 alei. Miasto powitało nas szalonym tłumem oraz deszczem.Po chwili udało nam się namierzyć naszego przewodnika, którego poznałyśmy podczas Virginia Film Festival. Philippe jest pochodzenia belgijskiego, ale urodził się w USA. Początkowo mieszkał w Virginii, a kilka lat temu przeprowadził do Nowego Jorku. Jego osobowość ma bardzo silnie rozwinięty rys artystyczny z dominującym odcieniem mroku. Zajmuje się kręceniem dziwacznych teledysków, pełnych niepokojących obrazów. Ma też gotowy scenariusz pełnometrażowego filmu, historii mężczyzny uwiedzionego przez francuską śpiewaczkę niczym mityczną syrenę, trwają poszukiwania producenta. Wraz z naszym barwnym znajomym udaliśmy się na lunch do świetnej i taniej restauracji wietnamskiej na China Town. Następny punkt programu – wjazd na szczyt budynku Rockefellera – zaplanowany był na godzinę 16. O 16:30 miało tego dnia zajść słońce, a więc wszystko pomyślane było tak, żeby zobaczyć panoramę Manhattanu zarówno za dnia, jak i po zmroku. Trochę się martwiłam, że kiepska pogoda (deszcz, zachmurzenie) popsuje fun, ale okazało się, że niepotrzebnie. Mimo silnego wiatru i mżawki, widok zapierał dech w piersiach! Nie da się za dobrze tego opisać, pozostają zdjęcia. Po rozejrzeniu się na wszystkie strony, wróciliśmy do środka budynku, żeby nie marznąć na tarasie. Po mniej więcej pół godzinie było już totalnie ciemno. Wcale nie chciało mi się znowu wystawiać na wiatr… Wystarczył pierwszy rzut oka na panoramę, aby zapomnieć o złych warunkach pogodowych. Granatowy zmierzch, rozświetlony regularnie rozłożonymi światełkami okien i samochodów… Bajka! Mogłabym tak patrzeć bez końca. No ale niestety – nie dało się. Trzeba było zjechać na dół i udać się na Brooklyn do mieszkania Fifiego, żeby wreszcie pozbyć się naszych bambetli (nie udało się to wcześniej, za mało czasu).

Będąc już na Brooklynie, w części zwanej Bushwick, poszliśmy na kawę do kawiarni tak hipsterskiej, że aż mnie śmieszyła. Ludzie jak z obrazka – wszyscy wystylizowani, tak oryginalni, że aż tacy sami. Potem przyszła kolej na kilka piwek i drzemkę. Mi się jakoś udało z niej wybudzić, natomiast Beata zasnęła tak głęboko, że nie słyszała naszych wołań, dlatego we trójkę – ja, Marta i Philippe poszliśmy pozwiedzać kluby na China Town. Na pierwszej imprezie było tak tłoczno, że aż ciężko było się ruszyć. Na kolejnej już lepiej, chociaż muzyka nie do końca w naszym guście. Wraz z nowo poznanymi ziomkami wyruszyliśmy w poszukiwaniu innych miejscówek, ale okazało się, że noc przed Thanksgiving to nie jest najlepszy moment na takie rzeczy – wszystko było zamknięte. Wyruszyliśmy w podróż z powrotem na drugą stronę rzeki, żeby się trochę przespać. Mieszkanie na Brooklynie ma jedną niekwestionowaną zaletę. Przejeżdżając pociągiem przez most można się wgapiać w oddalający się Manhattan. Wspominałam już, że to całkiem przyjemny widok? 😉

Resztę dni opiszę w osobnej notce, bo to już gruba przesada! 

Niestety zdjęcia pojechane po jakości, ale muszę oszczędzać miejsce na następne.

Komentarze

comments

Follow

Get every new post on this blog delivered to your Inbox.

Join other followers: