NYC po raz trzeci oraz Wielkanoc pełna przygód

Kolejny raz zamieszczam post z dużym opóźnieniem (2 tyg!). Podejrzewam, że życie będzie galopowało już tylko szybciej aż do lipca, co jest równie przerażające, jak ekscytujące.

Ostatnie dwa weekendy były pełne wrażeń.

W połowie kwietnia zorganizowałyśmy prawdziwie babski wypad do Nowego Jorku. Ja, Beata, Marta i Liz zarezerwowałśmy bilety na  Les Miserables, wsiadłyśmy w samochód i ruszyłyśmy w drogę. Poszło gładko, przyjechałyśmy bez zatrzymania.

Liz nocowała u znajomych w Jersey City, więc pierwszy raz miałyśmy okazję zobaczyć panoramę Manhattanu z tej strony. Wygląda pięknie, a Statua Wolności chyba z żadnej strony nie jest tak blisko lądu.

W sobotę spędziłyśmy przemiły dzień z Christianem, który po raz kolejny gościł nas u siebie, oraz Bobem. Połaziliśmy po mieście, zrobiliśmy dużo ładnych zdjęć, w ramach lunchu urządziliśmy piknik w Central Parku, oraz wybraliśmy się na przejażdżkę wiszącym ponad rzeką tramwajem na Wyspę Roosvelta.

Wieczorem przyszedł czas na gwóźdź programu czyli Brodway show! Niektórzy czytelnicy może pamiętają, że podczas pierwszej wizyty w Święto Dziękczynienia byłyśmy na Chicago. Muzykę z tego spektaklu znałam bardzo dobrze, poza tym fabuła jest lekka, ogląda się przyjemnie. Z Les Miserables historia jest trochę inna. Spektakle grane są w o wiele większym i bardziej eleganckim teatrze, występuje o wiele więcej aktorów, większa orkiestra… Więc chociaż sam musical jest całkiem smutny, to robi ogromne wrażenie! Poziom wokalny i taneczny jest wspaniały, tricki scenograficzne niezwykle przemyślane, trzygodzinny spektakl nie dłużył się ani przez chwilę. Świetna sprawa!

W niedzielę rano ja i Betti wybrałyśmy się na wycieczkę do Coney Island. Naprawdę było warto! Wystarczyło raz spojrzeć na ocean i drobniutki piasek, zaciągnąć morskim zapachem, żeby poczuć natychmiastowy relaks. Pospacerowałyśmy po plaży, a następnie Marta i Christian dołączyli do nas i wybraliśmy się na lunch. Coney Island to nieoficjalna eksklawa Rosyjska. Nie ma w tej okolicy ani śladu Ameryki. Mówi się po rosyjsku, sprzedaje się rosyjskie jedzenie, ubrania, alkohole. To całkiem interesujące przeżycie, dla mnie całkiem zabawne – takie państwo w państwie. Chociaż pewnie po zmroku było by mi mniej do śmiechu. Niesamowite, jak bardzo mało asymilują się niektóre społeczności. Jakiekolwiek mechanizmy by tym procesem nie kierowały, dla nas oznaczało to jedno – barszcz ukraiński i pierogi na obiad w Rosyjskiej restauracji.

Droga powrotna upłynęła spokojnie, pod znakiem ścieżki dźwiękowej z Frozen Disneya. Ciekawostka podróżnicza – suma skasowana przez bramki na autostradach była sporo wyższa niż koszt benzyny. W 4 osoby i tak opłaca się jechać samochodem, ale przy jednej czy dwóch autobus to chyba lepsza opcja.

To już mój trzeci raz w NYC i za każdym razem odbieram to miasto inaczej. Tym razem było zdecydowanie najmniej turystycznie, wszystko na spokojnie, bez gorączkowego planowania. Już czuję, że będzie mi ciężko pożegnać się na dobre z weekendowymi wypadami do Nowego Jorku czy mojego kochanego Waszyngtonu… Na pociechę – galeria wiosennych zdjęć.

Następny weekend był również wyjątkowy, ze względu na Święta Wielkanocne.

Szczerze mówiąc, cały natłok innych wrażeń przysłonił nam oczekiwanie na Wielką Niedzielę. Ale gdy z kilkudniowym wyprzedzeniem dotarło do nas, że idą Święta, razem z Beatą podjęłyśmy decyzję – musi być tradycyjnie! Oczywiście zadziałał tu efekt niedostępności – będąc w Polsce bierzemy pewne sprawy za pewnik, na odległość wszystko nabiera dodatkowego czaru.

Tak też się stało – w Wielką Sobotę dziarsko wybrałyśmy się do kościoła na święcenie pokarmu. No, może w rzeczywistości było to trochę bardziej nerwowe – pisanki na ostatnią chwilę (wyszły piękne!), szynka sprezentowana przez Ewelinę (polska, prosto z Chicago!), sól i pieprz w kieliszkach do wódki oraz ostatecznie fatalne spóźnienie do kościoła. Ale cóż – czy tak właśnie nie wyglądają przygotowania w każdym domu?

Oczywiście święconka to typowo polski zwyczaj (chociaż np. na Węgrzech też praktykowany), dlatego całe wydarzenie organizowane jest dla okolicznej polonii. Sama byłam zaskoczona, jak bardzo dużo przyjemności dostarczyło mi spotkanie się w tych okolicznościach ze znajomymymi Polakami – chociaż mijamy się często na korytarzach UVa. Była to także okazja, żeby poznać kilka nowych interesujących osób oraz spotkać znajomą parę lekarzy z Polski – Jacka i Basię z dziećmi jak z obrazka :).

Reszta dnia upłynęła nam na sprzątaniu i gotowaniu. Było już bardzo (baaaardzo) późno kiedy skończyłyśmy. Na niedzielę zostawiłam sobie robienie mazurka kajmakowego. Jako że na 10 zaplanowałyśmy wielkanocne śniadanie, postanowiłam wstać około 6 rano i zacząć gotować puszki z mlekiem skondensowanym. Plan wydawał się genialny w swojej prostocie – ok. 8-9 kajmak będzie gotowy. Wstałam ze dwa razy, żeby sprawdzić czy woda nie wyparowała. Wszystko wyglądało idealnie. Około 8:30 obudził mnie huk i od razu wiedziałam co się stało – jedna z puszek EKSPLODOWAŁA, rozbryzgując zawartość po CAŁEJ kuchni. Widok był równie śmieszny, co straszny. Całe szczęście, że druga puszka pozostała nietknięta i mogłam wylać nadzienie na spód z kruchego ciasta oraz ozdobić całość migdałami, rodzynkami, suszonymi morelami i żurawiną.

Prawie że punktualnie, razem z Beatą i Chrisem zasiedliśmy do uroczystego śniadania wielkanocnego. Stół wyglądał bardzo wiosennie. Tradycyjnie dominowały jajka, wędliny i sery. Była też pyszna sałatka jarzynowa z domowym majonezem Bettinki oraz chrzanowy sos wg przpisu mojej babci Teresy, który każdego roku zdobywa nowe rzesze fanów na całym świecie (już teraz oficjalnie). Przy okazji przesyłam w tym miejscu pozdrowienia i ucałowania dla babci, która należy do najwierniejszych czytelników mojego bloga i nawet odpisuje na newsletter. 🙂 Jedzonko popiliśmy pyszną gwatemalską kawą, którą sprezentował nam Chris.

Kolejnym punktem programu było odebranie ze stacji autobusowej moje siostry Pauliny i jej koleżanki Kasi. Dziewczyny, w ramach wakacji, przyjechały do Stanów na 2-3 tygodnie. Główną bazę mają w Waszyngtonie, ale zaplanowały dwudniowy pobyt w Charlottesville. Poza dużą radością, dziewczyny przywiozły same wspaniałości, przede wszystkim nieodzowny świąteczny atrybut – jajka z niespodzianką Kinder!

Około drugiej zebrałyśmy się do wyjścia. Poprzedniego dnia w kościele, Jacek i Basia zaprosili nas do swojego domu w malowniczej Dolinie Shenandoah. Najpierw Jacek zabrał nas na przejażdżkę po pięknych górach. Następnie zajęliśmy się jedzeniem wielu pyszności (to dopiero było prawdziwe wielkanocne śniadanie, a także obiad i deser) oraz rozmową. Wielkanocna Niedziela, chociaż w tym roku daleko od domu, była naprawdę piękna. Idealna wiosenna, świeżutka pogoda, wspaniałe towarzystwo (!!!! <3) oraz niezwykle pyszne jedzenie (tzw. prawdziwe). Nie pozostaje nic innego, niż ogromna wdzięczność, że życie się tak pomyślnie układa i stawia na naszej drodze cudownych ludzi. 🙂

PS. Mam nadzieję, że wszyscy to zauważyli – gelerię zdjęć można włączyć w trybie pełny ekran. Poza tym, wszystkie zdjęcia razem (do wyboru też opcja z podziałem na albumy) są tutaj.

Komentarze

comments

Follow

Get every new post on this blog delivered to your Inbox.

Join other followers: