Otwarcie sezonu!

Wierni fani zauważyli już, że miałam pewną przerwę w pisaniu. Sporo się działo przez ten czas. Przede wszystkim kolejna lekcja od życia, banał, którego musiałam doświadczyć na własnej skórze, żeby go tak naprawdę zrozumieć. Uwaga, uwaga. Kiedy jest się daleko od bliskich, to jest się NAPRAWDĘ bardzo daleko od bliskich. Tysiące kilometrów dalej dzieją się różne rzeczy, czasem dobre, czasem ciężkie i nie ma możliwości uczestniczenia w nich. Mieszkanie w Charlottesville jest świetne, ale czasem ta odległość naprawdę boli.

Ten weekend był tak bogaty w atrakcje, że trochę oderwałam się od codzienności. Wszystko dlatego, że wreszcie zaczął się semestr, do miasta przyjechały tysiące studentów i Cville odżyło!

Szczególnie duży fun mamy przy okazji otwarcia sezonu sportowego. W piątek Beata wyciągnęła mnie (dziękuję!) na mecz naszych siatkarek. Byłyśmy zachwycone!!! Chociaż to „tylko” turniej drużyn studenckich, poziom gry jest naprawdę super, fajnie się ogląda. A na dodatek nasze dziewczyny są takie śliiiiczne! Jedyny błąd – żadna z nas nie wzięła aparatu. Ale to nas tylko zmotywowało, żeby wrócić na kolejny mecz w sobotę wieczorem i nadrobić braki w dokumentacji 😉 Ostatecznie widziałyśmy 2 mecze, oba wygrane 3:0.

Sobota upłynęła pod znakiem footballu. Szał, jaki ogarnął całe miasto przerósł nasze oczekiwania. Kto żyw zakładał ubrania w kolorach UVa, czyli niebiesko-pomorańczowe; ludzie malowali sobie twarze, przebierali dzieci, ogólnie robili wszystko, żeby zamanifestować swoje oddanie drużynie. Dodam, że ubrania z logo UVa, hasłami Cavaliers, Go Hoos itd. są noszone przez baaardzo wiele osób na codzień. Wczoraj na każdym większym skrawku trawnika oraz na wszystkich możliwych parkingach, rozkładano namioty, grille, krzesełka, stołeczki, stoliczki, wszystko, co się dało. Ludzie jedli, pili, świętowali. Ciężko sobie wyobrazić skalę zjawiska, dopóki się tego nie zobaczy. Oczywiście kwitł też handel gadżetami, można było kupić dosłownie wszystko. Ja i Beti zainwestowałyśmy w śliczne koszulki Virginia 1 z napisem „Go Hoos” na plecach.

Kiedy już doszłyśmy do stadionu (drogi były zamknięte, więc komunikacja wyłącznie piesza) i weszłyśmy do środka, powalił nas przede wszystkim jego rozmiar. Uwaga uwaga. Stadion w Charlottesville mieści 65 tysięcy kibiców. Biorąc pod uwagę, że miasto ma 50 tys. stałych mieszkańców (plus oczywiście drugie tyle studentów i pracowników UVa), a Stadion Narodowy w Warszawie ma ile, 50 tys. miejsc? – ta liczba naprawdę jest niesamowita. Dołączyłyśmy do znajomych, poszłyśmy zjeść burgera, frytki i długaśnego hot-doga i czekałyśmy na rozpoczęcie meczu.

Kiedy stadion wypełnił się już po same brzegi, rozpoczęła się ceremonia – nie można tego nazwać inaczej. Było wszystko – pompatyczne filmiki i animacje na wielkich LEDach, peany na temat drużyny Virginii, pognębianie przeciwników, hymn narodowy. Na boisku występowała orkiestra, akrobaci, grupy cheerleaderskie, maskotka, nawet człowiek na koniu!!! Wydaje mi się, że jednocześnie mogło być tam nawet z 200 osób. W końcu wbiegli też zawodnicy. Cały ten wstęp naprawdę robił piorunujące wrażenie. Ciężko to przekazać, może zdjęcia trochę pomogą.

Niestety, nie mogę tak samo zachwycać się samą grą :> Jake zabrał nas w poprzedni weekend na oglądanie meczu w tv i wyjaśnił wszystkie zasady. Mimo wszystko mecz na żywo oglądało się ciężko. Moje spojrzenie świeżaka rejestrowało nie wiele więcej niż chaotyczną bieganinę i bijatykę. Dodatkowo, nie wiedzieć czemu, wszyscy na trybunach stali, co było trochę męczące. Z rzeczy pięknych – oczywiście sami zawodnicy oraz przyśpiewki i okrzki, które brzmiały super!

Po jakichś 15 minutach gry (czyli około 45 faktycznych minutach), rozbrzmiał komunikat z prośbą, żeby ze względów bezpieczeństwa opuścić stadion. Okazało się, że zbliżała się burza z wichurą i piorunami. Trochę nas to zdziwiło, bo niebo wydawało się tylko trochę zachmurzone, a poranek był piękny. Ale kiedy 20 minut później zaczęło mocno lać i wiać, nie pozostało nam nic innego niż podziwiać doświadczenie Amerykanów w organizacji tak wielkich imprez. „Ewakuacja” przebiegła bardzo sprawnie, każdy miał czas dotrzeć do domu czy chociaż schronić się przed deszczem gdzieś po drodze. Podsumowując – dane nam było zobaczyć piękną ceremonię otwarcia, a nie musieliśmy siedzieć na stadionie 4 godziny, oglądając grę, którą średnio rozumiemy – ideał! Reszta meczu odbyła się wieczorem, chciałyśmy pójść pocykać trochę zdjęć, ale było już za późno i tylko z daleka zobaczyłyśmy fajerwerki nad stadionem 🙂 oficjalny komunikat: Virginia beat BYU 19-16 in a wild, rain-drenched season-opener that had a 2-hour weather delay. Jupii!

Aparat był w akcji cały czas, miłego oglądania zdjęć! 🙂

Poniżej galeria do komentowania, tutaj to samo, tylko do oglądania, za to ładniej.

Ściskam!

K8i

 

Komentarze

comments

One thought on “Otwarcie sezonu!

  1. […] przewidywalna. No, ale przecież nie o grę tu chodzi. Super Bowl to dzień apogeum amerykańskiego footballowego szału, dzień specjalnych game snacks (głównie panierowane skrzydełka), kupowania gadżetów, spotkań […]

Comments are closed.

Follow

Get every new post on this blog delivered to your Inbox.

Join other followers: