Przełom 2013/14

Miniony listopad zaskoczył mnie tym, jaki był urozmaicony, zwykle był to raczej martwy miesiąc. Iście szalony grudzień to chyba jednak standardowy scenariusz 🙂

Przede wszystkim starałam się przez ostatni miesiąc 2013 sporo pracować, mając w perspektywie świąteczną przerwę. Poza tym, jak to w grudniu, odbyło się całe mnóstwo świątecznych spotkań, imprez i eventów. Najbardziej oficjalne były obchody „okresu świątecznego” mojego departamentu (nie wypada mówić, Christmas, żeby nie urazić odmiennych od chrześcijańskiej religii). Chociaż może „oficjalne” to za mocne słowo 🙂 Lokal, wynajętey na tę okoliczność, przypominał prywatny salon. Jedzenie też było domowe – każdy przynosił jakiś specjał – więc atmosfera raczej kameralna i swojska. W poprzednich latach bywało bardziej elegancko, stroje wieczorowe itp. Teraz jednak sytuacja finansowa się pogorszyła, stąd te domowe klimaty. Według mnie to akurat bardzo miłe. Mój szef, David, też tak powiedział – po co się wbijać we frak, skoro chodzi o to, żeby się spotkać i spędzić przyjemnie czas poza pracą. 

Aby wprowadzić polski świąteczny klimat, dla kilkorga znajomych (Christiana, który gościł nas w Nowym Jorku, a w grudniu przyjechał z rewizytą, Liz i Erdema) przygotowałyśmy barszcz z uszkami oraz rybę. Mówili, że bardzo dobre jedzonko 🙂 z całą pewnością inne, niż znali do tej pory. Śmieszy mnie trochę, że akurat po wyjeździe przyszło mi robić takie rzeczy – nie jestem najlepsza w gotowaniu polskich potraw, ale nabieram wprawy!

Przyszedł w końcu upragniony moment wytchnienia, ja i Betti zapakowałyśmy się do wyładowanego już samochodu Liz i wyruszyłyśmy w stronę DC. Tego dnia w naszych stronach było około 20 stopni (Celsjusza!), więc nie było powodu do niepokoju jeśli chodzi o punktualność lotów. Wszystko przebiegło tak bardzo sprawnie, że nie udało nam się zmęczyć, a przez to przespać chociaż ułamka długaśnego lotu. Na pewno swoje zrobiły też emocje, związane z powrotem do Polski i zajawka perspektywą zobaczenia najbliższych już za kilka godzin.

Jak dobrze było wrócić do Polski! Spędzić Święta z rodziną, Sylwestra z przyjaciółmi, odbyć ważne rozmowy, dobrze się bawić (nie tylko do 1:30 jak w Virginii), przytulać, wysypiać. Absolutnym hitem wszystkiego było jedzonko <3 Do tej pory wmawiałam sobie, że amerykańskie produkty nie są takie złe, da się na nich przeżyć. Teraz jem tylko z rozsąsku – nic nie wygląda apetycznie czy zachęcająco. Wczoraj mając do wyboru tlustą pizze (trochę się spóźniłam na porę lunchową), zjadłam ostatecznie porcję wodorostów z sezamem, wyglądały tak zdrowo!

Powrót do Stanów zapowiadał się nieciekawie. Do tej pory nie rozumiem, czemu aż takie wielkie halo na temat zimy stulecia w USA było podniesione w polskiej telewizji, w każdym razie trąbiono o tym wszędzie. Nastawiłam się bojowo i przygotowałam psychicznie na ewentualne koczowanie na lotnisku czy też przymusowe lądowanie w innym miejscu niż zamierzone. Okazało się, że nasz plan ani na chwilę nie został zakłócony. Poszło nawet lepiej niż zwykle, ponieważ wiele lotów nie dotarło do DC, więc nie było kolejek do kontroli paszportowej. Na lotnisko przyjechał po nas kochany Erdem 🙂

Taki dwutygodniowy pobyt w Polsce to z jednej strony coś pięknego – powody chyba oczywiste. Z drugiej jednak trochę rozbija emocnojalnie, sprawia, że częściej myśli się o tym wszystkim, co zostało te 6 tysięcy mil stąd. Żeby nie było aż tak smętnie – można też docenić kilka aspektów życia w nowym środowisku i w pełnej samodzielności 🙂 Jednak nostalgia za pewnymi rzeczami zostaje.

Ciekawym zjawiskiem przy przemierzaniu takich sporych odległości jest jetlag. Fascynuje mnie obserwowanie, jak mój organizm reaguje na 6-godzinną zmianę czasu. Poza oczywistym – sennością w dziwnych godzinach – występuje jeszcze cała gama pomniejszych objawów. Trochę utrudnia życie fakt, że głodnieje się w zupełnie niestosownych porach. Kiedy chodzę do pracy, jem zgodnie z regularnym schematem i w rezultacie pora lunchu jest o 18-19 czasu polskiego, a kolacji – dokładnie w środku nocy, kiedy już śpię. Kiedy już zwlokę się z łóżka (najchętniej wczesnym polskim popołudniem), czuję się głodna jak wilk!

W drugą stronę działa to znacznie lepiej. Kto by nie chciał mieć więcej siły rano? Budzić się skoro świt, otwierać szeroko oczy i od razu być rozbudzonym? Mieć czas by zjeść śniadanie spokojnie, bez pośpiechu, ucinając dłuższą pogawędkę z równie zjetlagowaną współlokatorką? Dla osoby takiej jak ja, która ma manię długich śniadań (to dla mnie jedna z największych małych przyjemności), to naprawdę fajne uczucie. Aż by się chciało zatrzymać taki tryb, szczególnie, że fajnie jest być w labie przed wszystkimi (np. o 7:30) i na spokojnie sobie popracować. Niestety w środku dnia przychodzi kryzys, oczy się zamykają i aż ciężko uwierzyć, że jeszcze chwilę temu można było góry przenosić.

Po tygodniu wszystko wraca już powoli do normy. Trzeba znowu rozpocząć pracową rutynę i walczyć z wyzwaniami, jakie stawia każdy dzień. W nowym roku mam zamiar cały czas starać się, żeby w moim życiu nie zabrakło momentów wartych zapamiętania, super przygód, podróży i tych wszystkich drobnych chwil szczęścia, które pozwalają zabarwić szarą rzeczywistość jaskrawym różem 🙂

Korzystając z tego, że zostało mi jeszcze pół roku życia we względnym odcięciu od wszystkiego, co otaczało mnie i kształtowało tak długo, chciałabym poświęcić sporo uwagi zaglądaniu we własne wnętrze i odkrywaniu czego chcę, czego potrzebuję do szczęścia i jak widzę siebie w przyszłości. Mam świadomość, że po powrocie do Polski czekają mnie całkiem ważne decyzje. Chyba dobrze będzie znaleźć wewnętrzny balans i podejść do sprawy możliwie spokojnie.

No, i oczywiście, lekarstwo na wszystko – joga, joga, joga, jak najwięcej jogi w tym roku! 🙂

Kilka fotek listopadowo-grudniowych dla ozdoby wpisu 🙂

 

Komentarze

comments

Follow

Get every new post on this blog delivered to your Inbox.

Join other followers: