Richmond – miasto tatuaży, street artu i vintage shopów

Hej!

Strasznie chciałam napisać tę notkę, ale nie miałam jakoś czasu przez cały tydzień.

W zeszły weekend, razem z Beatą i Thomasem wybraliśmy się do stolicy Virginii – Richmond. Kompletnie nie wiedziałam czego się spodziewać po tym mieście. Rzeczywistość była dosyć zaskakująca.

Mimo bardzo deszczowej pogody (lało cały dzień), powitał nas bardzo energetyczny event – bieg na 10 km. Biegło chyba całe miasto, a garstka pozostałych mieszkańców miasta wyszła przed swoje domy, żeby kibicować. Ludzie rzucali biegaczom i wracającym już pieszo sportowcom butelki wody oraz piwa (?), zakładali różne przebrania i trzymali transparenty. Gapiliśmy się z otwartymi buziami 🙂

Niedługo później dotarliśmy do jednej z głównych atrakcji miasta, Virginia Museum of Fine Arts.

Bardzo ładny budynek:

20140329_120214
20140329_112253
Mój ulubiony jesienny obraz <3 oraz wczesny Picasso.

20140329_114029

20140329_110810

 

Następny punkt to Carytown. Wydawało nam się, że będzie to standardowy zakupowy deptak, ale to, co na nim znaleźliśmy przysporzyło nam mnóstwo zabawy.

Po pierwsze – sklep z sukniami na prom, czyli bal maturalny. Nasze studniówkowe szaleństwo to przy tym NIC. Sklep jest ogromny, wisi w nim na oko kilka tysięcy sukien. Aż ciężko je opisać… Są totalnie przypałowe, przerysowane, w złym guście (!!!!), a przede wszystkim zrobione z plastiku (jakby były przetopione z używanych butelek czy toreb foliowych, serio). Były tak okropne w dotyku, że nawet nie skusiłyśmy się na przymiarkę dla żartu. Zresztą – obejrzyjcie te cudeńka sami. Absolutnie rozbrajał mnie wyraz twarzy klientek. Dziewczęta przyodziane w szkaradne plastikowe suknie wydawały się wniebowzięte. Mogłabym przysiąc, że naprawdę czuły się jak księżniczki, wyjątkowe, piękne, eleganckie. No cóż, niewiele trzeba 🙂 I jeszcze ciekawostka. Liz powiedziała mi, że w sklepach są rejestry, w których zapisuje się, jakie sukienki zostały już w danym roku kupione przez uczennice danej szkoły – nie ma szansy na powtórki. To się nazywa szaleństwo!

Oprócz tego, na Carytown jest mnóstwo najróżniejszych sklepów z dziwnymi rzeczami. Naszym absolutny faworyt to salon ubrań i akcesoriów z (albo stylizowanych na) początek XX wieku. Absolutnie urocze! Kawałek dalej znajduje się wypożyczalnia przebrań na każdą okazję, a także sklep z profesjonalnymi kosmetykami do makijażu scenicznego.

W Richmond mieszka bardzo dużo studentów kierunków artystycznych. Przejawia się to w bardzo dużym zagęszczeniu salonów tatuażu na kilometr kwadratowy oraz fantastycznej sztuce ulicznej.

Idąc dalej, w stronę właściwego centrum miasta znalazło się jeszcze kilka kuriozalnych sklepów i usług. Więc jeśli ktoś chciałby kupić ukulele, prezenty gwiazdkowe (najlepsze to deskorolki), albo wysłać dziecko do salonu spa, żeby je trochę upiększyć, czy też może skorzystać z darmowego prania flag (tylko amerykańskich!), to wiadomo gdzie szukać. 😀

A tu kilka zdjęć z pubu, w którym schroniliśmy się w końcu przed deszczem. Piwo można było wybrać z listy chyba 30 różnych, niestety głównie amerykańskich.

20140329_175556

20140329_175633

 

Podsumowując – Richmond absolutnie mnie zaskoczyło swoim zróżnicowaniem i nieszablonowością. Mimo, że tak naprawdę nia ma tam nic szczególnego, to miasto w jakiś zakamuflowany sposób wzbudza sympatię. Dlatego chociaż pogoda była fatalna, zjedliśmy najgorszą pizzę na świecie z prawdziwego włoskiego pieca (mogę już oficjalnie stwierdzić – w USA nie da się zjeść dobrej pizzy. Po prostu nie.), to jednak całodniowa wycieczka była bardzo przyjemna.

W następnym odcinku możecie spodziewać się relacji z weekendowego tripa do Nowego Jorku – robimy wypad na Brodway 🙂 Nie mogę się doczekać!!!!

Komentarze

comments

Follow

Get every new post on this blog delivered to your Inbox.

Join other followers: