O Sympozjum, baseballu oraz kilku [bardziej lub mniej planowanych] nocnych niespodziankach

Dziś niedziela, koniec spokojnego weekendu – zasłużonego odpoczynku po szalonych wydarzeniach ostatniego tygodnia. Muszę to wszystko spisać, żeby oczyścić umysł. Poza tym w następnych dniach szykują się kolejne przygody (California), także przyda się podsumować wcześniejsze zdarzenia.

Ostatnie tygodnie sprowadziły się do jednego – przygotowań do Sympozjum, które zorganizował dla nas pan Zygmunt Derewenda, który jest pomysłodawcą i organizatorem Visiting Research Graduate Traineeship Program już od 10 lat. Wszystkie osoby, które brały udział w naszej wymianie w tym roku (razem 12), prezentowały swoje projekty i wyniki.

Nad swoją prezentacją pracowałam w sumie całkiem długo, bo ponad tydzień przed Sympozjum miałam już przedstawić ją (na próbę) przed moim labem. Było to dosyć bolesne przeżycie – wystarczy powiedzieć, że dyskusja nad moją 15 minutówką trwała 1,5 h. No, ale otrzymałam bardzo dużo cennych porad i wskazówek, do których skwapliwie się zastosowałam. Było w tym baaaaardzo dużo nauki – nigdy wcześniej nie prezentowałam niczego poważnego w tak krótkim czasie. Przedstawienie podstaw teoretycznych zagadnienia w taki sposób, żeby ludzie o różnej wiedzy zorientowali się o co chodzi, następnie opowiedzenie o eksperymentach i wynikach, podsumowanie i podziękowania – zmieścić to wszystko w 15 minutach to naprawdę wyczyn. No i każdemu polecam robienie próbnych prezentacji przed publicznością – uwagi są bezcenne.

W końcu przyszedł czwartek, nasz wielki dzień. Ja byłam chyba w najlepszym położeniu – prezentowałam druga, czyli nie pierwsza (wiadomo – stres), ale szybko mogłam się odstresować. W ostatniej z czterech sesji miałam jeszcze za zadanie przedstawiać kolejnych spikerów, ale to oczywiście nie było aż tak stresujące. Pod koniec całego sympozjum odwiedziła nas pani dziekan UVa School of Medicine, co było bardzo miłe, bo nie dość, że dodało nam +50 do prestiżu, to jeszcze mogliśmy poznać tę fantastyczną osobę.

Podsumowując – całe wydarzenie sporo nas kosztowało emocjonalnie, ale wszystko udało się bardzo dobrze. Przetrwał nawet Chris, który jest informatykiem, ale wysiedział w zamknięciu pół dnia jako nasze wsparcie 🙂 We mnie został jednak pewien niedosyt – z powodu ograniczonego czasu, nie mogłam powiedzieć tego, co najbardziej chciałam przekazać – ile różnych umiejętności zdobyłam czy ulepszyłam przez ostatnie 10 miesięcy i to na bardzo różnych polach. Może na pociechę napiszę o tym osobną notkę, żeby moje spostrzeżenia nie przepadły.

Bardzo mi było przyjemnie, kiedy pan Zygmunt publicznie docenił mój wkład w nawiązanie współpracy z Polsko-Amerykańską Komisją Fulbrighta, organizacją, przyznającą bardzo prestiżową stypendia w ramach naukowej wymiany między Polską a USA. Dzięki pomocy ze strony Komisji, udało się nawiązać współpracę z kolejnymi polskimi uniwerkami (bardzo to dziwne, ale to właśnie był etap limitujący!) i dzięki temu więcej studentów będzie mogło skorzystać z naszego programu. To dla mnie naprawdę duża satysfakcja!

Zjedliśmy pyszny lunch i rozeszliśmy się. To jednak nie był koinec wrażeń. Powiedziałabym, że raczej początek…

O 18:30 pan Zygmunt zaprosił nas na kolację. Poszliśmy do bardzo fajnej restauracji Himalayan Fusion, gdzie mieli przepyszne jedzenie z Indii i okolic (lamb!!!!<3) oraz obłędne mango mojitos. Coś czuję, że będziemy tam wracać… 😉

Około 20 wraz z Martą i Beatą wyszłyśmy z restauracji. Była piękna letnia noc, aż szkoda było chować się w jakichś wnętrzach, więc poszłyśmy do parku i patrzyłyśmy w gwiazdy. Wszystko było idealne, ale ja trochę się denerwowałam. A to dlatego, że od kilku dni planowałam niespodziankę urodzinową dla Betti. Co prawda jej uro były w piątek, ale z kilku powodów stwierdziłam, że czwartek pasuje o wiele lepiej.

Dołożyłam wszelkich starań, żeby wszystko było jak najlepiej przygotowane i zorganizowane – razem z Chrisem zrobiliśmy potrzebne zakupy, zapakowaliśmy prezenty, przygotowaliśmy kartkę (razem z długopisem!) do podpisania dla wszystkich gości, zamówiliśmy najlepszy tort w całym mieście… No, ale w decydującym momencie naszym zadaniem było dostarczenie jubilatki na czas, nie mieliśmy wpływu na to, jak ostatecznie będzie wyglądało miejsce imprezy. Akcja rozegrać się miała w całkiem niesamowitym miesjcu – na wzgórzu, gdzie znajduje się obserwatorium UVa. Jest tam bardzo klimatycznie, głównie dlatego, że prawie zupełnie ciemno.

Wróćmy do sytuacji w parku. Siedziałyśmy sobie tam we trzy w radosnej atmosferze, zachwycając się pięknem świata. Niedługo dołączył do nas Chris. W tym momencie miała miejsce pierwsza niespodzianka wieczoru, bo odśpiewałyśmy dla niego Sto lat i wręczyłyśmy zaległe urodzinowe prezenty. We czwórkę wybraliśmy się na drinka do baru, który nie ma sufitu.

Wszyscy byliśmy już naprawdę zmęczeni, w ramach relaksu popijaliśmy drinki i dalej patrzyliśmy w gwiazdy. I to było bardzo, bardzo sprytne. Sprowadziłam rozmowę na ten temat – jakie piękne gwiazdy, bezchmurne niebo, znam miejsce, które jest stworzone do star gazingu. Od słowa do słowa stwierdziliśmy, że wycieczka na Observatory Hill to świetny spontaniczny pomysł.

Nie wierzyłam własnemu szczęściu, nie przypuszczałam, że tak łatwo uda się Betti zaciągnąć w tak dziwne miejsce. Kiedy byliśmy już niedaleko, daliśmy znać osobom, które już były na miejscu, że niedługo dotrzemy. Ciągle byłam trochę zaniepokojona. Mimo dokładnych instrukcji moi pomocnicy mogli o czymś zapomnieć. Wkrótce przekonałam się, w jak dużym byłam błędzie.

Poprowadziliśmy zdezorientowaną Betti przez ciemne pustkowie. Kiedy skręciliśmy za budynek, ukazał się nam widok iście bajkowy. Ekipa niespodziankowa zrobiła niesamowitą robotę aranżując przestrzeń. Ułożyli ścieżkę ze świeczek, która prowadziła do stołu, na którym pięknie ułożono dwa torty (Łukasz i Marta też jeden zamówili nie wiedząc, że dublują), talerzyki, kubeczki, snacki, świeczki, kwiaty, baloniki z helem… Całość wyglądała naprawdę wspaniale w tej ciemności.

Bardzo już zmęczona i zaskoczona Beata zalała się łzami (kochana 🙂 ). Przez jakieś 15 minut zajmowaliśmy się otwieraniem prezentów, wyściskiwaniem jubilatki, obwieszaniem się glowing sticks i przygotowaniami do jedzenia wszystkich pyszności.

Wszystko przebiegało pięknie, w idealnie urodzinowej atmosferze, kiedy nagle usłyszałam przeraźliwy krzyk. Odwróciłam się i zobaczyłam, że stolik przewrócony jest do góry nogami, torty zmiażdżone, wszystko rozsypane, a wszyscy obecni mają szok wymalowany na twarzach. Jakiś mężczyzna świecił latarką i krzyczał jak zacięta płyta „get the fuck out of here!”. Był naprawdę BARDZO przerażający. Kazał nam wszystko zbierać i się wynosić. Kiedy przytomnie zauważyłam, że ciężko jest posprzątać tort, który rozgniótł na trawie, powiedział, że ma cierpliwość (sic!).

Cała akcja brzmi dosyć komicznie, ale naprawdę nie było nam do śmiechu. Tego człowieka nie było zupełnie widać w ciemności, zakradł się i bez ostrzeżenia, z pełną furią uderzył stolik. Nikt nawet nie wdał się z nim w dyskusję, biła od niego agresja (chociaż aż nas nosiło, szczególnie chłopców i mnie). Nie wiem co tak bardzo zirytowało go w grupce 9 czy 10 osób kulturalnie spędzających czas, ewidentnie świętujących urodziny (balonik Happy Birthday, torty), nie spożywających nawet alkoholu (jeszcze nie zdążyliśmy ;))… Chyba się tego nie dowiemy. Nawet, jeśli w jakiś sposób złamaliśmy zasady, to wydaje mi się grubą przesadą takie zachowanie, a przede wszystkim niszczenie naszego mienia (szczególnie ekskluzywne torty, RIP).

Nie mając wyboru zwinęliśmy manatki i przenieśliśmy imprezę do mieszkania Chrisa. Wróciliśmy do zabawy, zjedliśmy to, co się dało uratować z czekoladowego ciasta (marcepanowe Princess Cake przepadło), wypiliśmy jakieś drinki, posłuchaliśmy muzyki… Wszystko pięknie, chociaż ciągle pozostał niesmak. Szczerze mówiąc, poczucie bezpieczeństwa do tej pory mamy trochę zaburzone.

No, ale najważniejsze, że niespodzianka udała się w 100%, Beatka miała swoją noc, a jak dobrze pójdzie, za jakiś czas ta historia stanie się legendą i będzie wywoływać tylko uśmiech na naszych twarzach. Tak to już jest z takimi wydarzeniami.

W piątek przyszedł czas na nasz pierwszy mecz baseballowy! Sport ten ma to do siebie, że przez dłuższe chwile nie dzieje się nic ciekawego, ale kiedy już jest akcja, to naprawdę dynamiczna. A przede wszystkim, cała rozgrywka jest bardzo przyjemna dla oka. Wynika to chyba z ciekawego kształtu boiska, przepięknych strojów zawodników oraz bardzo wyrafinowanych póz, jakie przyjmują pałkarze. Zdjęcia jak zwykle w galerii poniżej.

Najbliższa przyszłość maluje się w barwach jaskrawych – już w środę wylot do San Francisco! Jupiiii! 😀 Relacja i zdjęcia oczywiście po powrocie, stay tuned!

K8

Komentarze

comments

Follow

Get every new post on this blog delivered to your Inbox.

Join other followers: