Virginia Film Festival – część druga relacji

Pora na ciąg dalszy ciąg festiwalowych przygód. Może tym razem nie zasnę w czasie pisania, tak jak wczoraj 😉

Piątek był przeznaczony na oglądanie filmów. Studenci mogli otrzymać bilety za darmo, trzeba było je zarezerwować przez internet i odebrać w kasie studenckiego teatru. Betti postawiła na klasykę – Ptaki  oraz rozmowę z Tippi Hedren. Ja postanowiłam bardziej zaryzykować, założyłam, że skoro to festiwal, to filmy są wyselekcjonowane i w programie nie ma słabych pozycji. Poszłam na dwa amerykańskie filmy. Powiem tylko, że nie wyszłam na tym dobrze – zobowiązałyśmy się jako staff nie krytykować festiwalu. Ten wieczór był dla mnie sygnałem, żeby nie pokładać za dużej nadziei w filmach. Ciężko mi wytłumaczyć na czym to dokładnie polega, ale mam dosyć specyficzny gust. Nie chodzi o to, że jestem przesadnie wybredna – podobają mi się filmy różnych gatunków, nakręcone w różnych czasach, w różnym stylu. Czasem fascynują mnie wielowątkowe, skomplikowane scenariusze, innym razem urzeka mnie prostota opowiedzianej historii. Z całą pewnością poszukuję w sztuce filmowej powiązań z rzeczywistością – nie koniecznie w sposób oczywisty i bezpośredni, ale jednak. Jeśli profil psychologiczny postaci, tok zdarzeń czy w końcu zakończenie nie są uzasadnione w ramach świata przedstawionego, coś mi w nich nie styka, to ich po prostu nie kupuję. A rozczarowanie filmem, to dla mnie naprawdę spora przykrość. Zawsze starannie zastanawiam się na co mam danego dnia ochotę i zastanawiam się czy film wpasuje się w mój nastrój. Nie mam 100% skuteczności, ale zawsze wiem, czym kierowałam się przy wyborze. Moje zaufanie do organizatorów VFF było trochę na wyrost. NA SZCZĘŚCIE nie po to jest festiwal, żeby oglądać filmy! Liczy się przygoda – wolontariat 🙂

W sobotę (odsypiając jeszcze czwartkową galę – oczywiście w piątek rano pobudka do pracy) zaspałyśmy na disneyowskiego Piotrusia Pana. Zrealizowałyśmy jednak późniejsze filmowe plany. Betti z wypiekami na twarzy pochłonęła The Armstrong Lie – była tak przejęta, że w domu opowiedziała mi dokładnie całą historię, dosłownie czuję się, jakbym też widziała ten film. Ja poszłam na najlepszy z moich festiwalowych seansów – Philomena. Wybór był prosty, zarezerwowałam bilet gdy tylko zobaczyłam nazwisko Judi Dench. Zagrała ona kobietę, której 50 lat wcześniej odebrano dziecko. Przypadkowo kontaktuje się z dziennikarzem, którego kariera stanęła w martwym punkcie. Wspólnie postanawiają odnaleźć syna Philomeny. Film nakręcono w typowym brytyjskim stylu, z odpowiednią dawką humoru i dramatyzmu. Można by powiedzieć, że historia jest mało realna, gdyby nie to, że wszystko zdarzyło się naprawdę! Sala była pełna, człowiek na człowieku, więc siłą rzeczy obserwowałam reakcje publiczności. Amerykanie generalnie bardzo głośno się śmieją, to mnie nie zdziwiło. Ale głośny szloch w finałowej, wzruszającej scenie – już trochę tak. Mimo, że sama jestem podatna na takie uniesienia, wydawało mi się to trochę przesadzone. Wzruszenia z większą dawką pozytywnego przekazu kwitowane były przeciągłym aww… Całkiem to urocze.

W końcu nadszedł wieczór i wyczekane Late Night Wrap Party. Wrap party to impreza, którą tradycyjnie organizuje się po zakończeniu zdjęć do filmu – taki branżowy akcent. Lekko spóźnione (ale nie ostatnie!) stawiłyśmy się na zbiórkę. Większość ekipy wolontariuszy obsługiwała już z nami Opening Galę, więc nie było problemów z orientacją w sytuacji. Znowu zaczęło się od zbierania biletów (przed nami police officer sprawdzał dokumenty – wstęp, jak wszędzie, od 21 lat). Tym razem był to jeszcze większy fun – ludzie kojarzyli nas z poprzedniej imprezy, miło zagadywali. Nie było już sztywnej atmosfery typu black tie, tylko wyluzowana sobotnia imprezka. Tym razem występowałyśmy w naszych służbowych longsleevach. Umiar ważny jest we wszystkim, blietów nie można sprawdzać w nieskończoność. Szczególnie w wypadku, kiedy impreza nie trwa do rana, tylko – zgodnie ze stanowym prawem – maksymalnie do 2:00. Postanowiłyśmy, że czas pokazać się w centrum wydarzeń.

Impreza miała miejsce na lodowisku – oczywiście lód był zakryty. Rozstawiono bar, stoisko cateringowe i sprzęt muzyczny, a także wysokie stoliki. W tle wyświetlane były klimatyczne obrazy, wieża Eiffla itp. Wszystko prezentowało się naprawdę nieźle. Zaspokoiłyśmy głód porcyjkami różnych specjałów (tym razem już bez luksusu, ale przyzwoicie) i przeszłyśmy do gaszenia pragnienia 😉 Szczerze mówiąc to, jaką zrobiłyśmy furorę przerosło nasze oczekiwania. Przypomnę, że ubrane byłyśmy w dresowe niemal bluzy, pełna skromność. Zaczepiały nas osoby poznane na gali i na filmach, ale ogólnie wzbudzałyśmy zainteresowanie, jakbyśmy to my były gwiazdami filmowymi, hehe 🙂 Czas uciekał, nie było na co czekać – po chwili networkingu, przeniosłyśmy się na parkiet. Muzyka bardzo przypadła nam do gustu, więc reszte imprezy przetańczyłyśmy, bawiąc się przednio! Razem z ekipą poznanych studentów UVa (jeden z nich jest reżyserem filmu, wyświetlanego na FVV – 22 letni chłopak!) wybraliśmy się jeszcze na mały afterek, a potem do domu spać.

Znowu nie dane nam było odespać nocy – po zaledwie paru godzinach odezwały się budziki. Czas na ostanią porcję fesiwalowej pracy, tym razem w kinie. Mimo wczesnej pory i naprawdę baaardzo nadszarpniętych zasobów energetycznych, miałyśmy dobre nastawienie. Póki co, spośród naszych współwolontariuszy, może nie wszyscy byli super odpowiedzialni, ale z pewnością mili i uśmiechnięci. Ostatniego dnia, wrażenia trochę się popsuły, bo niestety zarówno dwie menadżerki, jak i reszta ekipy obsługującej poranne seanse, nie grzeszyła otwartym nastawieniem. Próbowałyśmy dowiedzieć się jak możemy pomóc i jaki generalnie jest plan działania. Nikt nie poświęcił czasu, żeby nam to wyjaśnić, miałyśmy wręcz wrażenie, że specjalnie nas ignorowano. Być może to konsekwencja dołączenia ostatniego dnia – zabrakło cierpliwości, żeby 4 raz powtarzać to samo. W końcu okazało się, że mamy za zadanie rozdawać przy wejściu do sali kinowej karteczki, do oceny filmu (bardzo dobrze pomyślane – wystarczyło w odpowiednim miejscu przedrzeć papier, zero długopisu), w trakcie projekcji siedzieć na sali i pilnować, czy wszystko ok, a po wszystkim zebrać ewaluacje. Obejrzałyśmy razem Invisible woman o kochance Charlesa Dickensa (Beata wzgardziła afrykańską produkcją z figurkami glinianymi zamiast aktorów), a potem ja zostałam przydzielona do pilnowania podczas Vannin’, dokumentu o zlotach wielbicieli vanów (tak, chodzi o typ samochodu). Bardzo interesująca, typowo amerykańska śmiesznostka.

Po zakończeniu naszej zmiany byłyśmy tak zmęczone, że wróciłyśmy do domu i nie poszłyśmy już na żaden film. Jednak niesamowity entuzjazm i szalona energia ciągle są w nas. To jest właśnie ten paradoks – kiedy dużo się dzieje, człowiek jest zmęczony, ale czuje się jednocześnie niesamowicie silny radością życia.

Wiem, że na pewno nie udało mi się do końca oddać całego klimatu festiwalu – zatłoczonych ulic, grupek stojących przed kinami z rozpiskami w rękach, rozmów o obejrzanych filmach z ludźmi przypadkowo spotkanymi w autobusie. Po raz kolejny rzucał się w oczy amerykański rozmach, skala działania. Dla orientacji (dane z głowy, proszę mnie poprawić w razie czego): w zeszłym roku filmy obejrzało ok. 25 tys osób. W tegorocznym programie było ponad 100 filmów. Na Opening Galę przyszło około 400 osób (szacunki organizatorów), wg mnie na Wrap Party drugie tyle. Dodatkowo odbyło się całe mnóstwo akcji towarzyszących – wystawy, zabawy dla dzieci, akcja kręcenia filmów na spontanie w 72h. Całkiem spory był event, o tak!

Niestety część zdjęć nie nadaje się za bardzo do publikacji, bardzo ciemno było na imprezach 😉 Ale dla lepszego przedstawienia klimatu wrzucam kilka.

Dzięki za uwagę!

the-end

 

 

 

 

 

 

 

 

 

PS. Jeśli ktoś brał udział w VFF i chce się podzielić wrażeniami – proszę śmiało pisać w komentarzach. Może nawet ktoś się szarpnie na gościnną notkę-recenzję filmu? Super by było 🙂

Komentarze

comments

Follow

Get every new post on this blog delivered to your Inbox.

Join other followers: