W poszukiwaniu straconego (?) czasu

Czasami, kiedy zaczynamy zdobywać doświadczenie w nowej dziedzinie, ciężko w wymierny sposób odnotować postępy. Do tej pory tak samo myślałam o mojej pracy – czułam się oczywiście coraz pewniej, ciągle jednak raz na jakiś czas robiłam błąd, z którego musiałam wyciągnąć lekcję.

W ostatnich dniach miałam okazję przypomnieć sobie, jaką mgłą byłam otoczona zaraz po przyjeździe do Szarlotki oraz stwierdzić, że naprawdę zrobiłam spory progres. Wszystko zaczęło się od tego, że mój szef chciał, żebyśmy wrócili do wyników z serii eksperymentów, które robiłam w lipcu i sierpniu. Wydawało mi się, że nie będzie z tym żadnego problemu, mam wyniki, mam notatki, wszystko robiłam sama, no, i nie minęło przecież aż tak dużo czasu.

Otóż z przykrością musiałam stwierdzić, że temat, który uważałam za zamknięty, został ledwie rozgrzebany. Wyników właściwie nie dało się jakoś sensownie podsumować – wymagają dodatkowych powtórzeń i duuuużej analizy. Zrobiło mi się totalnie wstyd! Ale czułam głównie zaskoczenie, z lekką nutą niedowierzania. Jak ja mogłam to TAK zostawić?

Właśnie to bezgraniczne zdziwienie uświadomiło mi, jak rozwinęło się moje naukowe myślenie przez ostatnie 7 miesięcy na UVa. Zestaw danych z eksperymentów, za które zabrałam się w następnej kolejności, wygląda już ładnie, wszystkie dane liczbowe są zebrane w arkuszach, zilustrowane pojedynczymi wykresami, a także jednym zbiorczym. Mam świadomość, że z drugiego eksperymentu łatwiej było uzyskać porządne dane liczbowe, wszystko zmierzyć i przeanalizować. Ten zestaw wakacyjny ciągle sprawia mi problemy (głównie przez konieczność wyciągania liczb z mało wyraźnych obrazków), na pewno jeszcze sporo pracy będę musiała włożyć w ogarnięcie materiału. Z tym, że teraz dojrzałam już na tyle, żeby tę świadomość mieć, zaakceptować i zmierzyć się z nią. Czy tamten czas był stracony? Z pewnością nie, bo tamtego etapu nie dało się przeskoczyć, musiałam przez niego przebrnąć, żeby teraz widzieć więcej. Cieszę się, że tak wyraźnie mi się ten postęp zarysował, to całkiem satysfakcjonujące.

W Szarlotce kilka dni temu spadł śnieg, ciągle jest lekki mróz, więc utrzymał się biały krajobraz. Cieszę się bardzo, lubię zimę. Szczególnie taką nie-zimną, jak tutaj. Mróz wcale tak nie szczypie w policzki, jest rześko, ale w dobrym znaczeniu tego słowa 🙂

Uściski dla wszystkich czytających 🙂

K

 

[zdęcie z fanpage University of Virginia na FB]

Komentarze

comments

Follow

Get every new post on this blog delivered to your Inbox.

Join other followers: