Weekend w DC!

No to czas na długą opowieść. Z dużą liczbą zdjęć, i to takich, na których są ludzie, nie tylko widoki!

W piątek wybiegłyśmy z pracy najwcześniej jak się dało (ja się uwinęłam tak, że przed 15 byłam wolna, David oznajmił, że traktuje nas jak dorosłych i jeśli skończyłam to, co miałam, to jego nie interesuje o której wyjdę. Przy okazji – piękny żeluś zrobiłam w piątek!). Jakoś po 17 przyjechał po nas Sutirtha. To właśnie on rzucił przy Beacie kilka dni temu w labie, że w piątek wybiera się samochodem w stronę Waszyngtonu, co było katalizatorem naszej decyzji o wyjeździe. Sutirtha to bardzo sympatyczny Hindus (pięknie się uśmiecha), który właśnie obronił doktorat u szefa Beaty. Teraz wybiera się do Nowego Jorku i tam będzie pracował. Niestety nie dane mi było dowiedzieć się więcej, bo swoim zwyczajem przespałam dokładnie całą drogę :>

Jeszcze przed wyjazdem z Szarlotki, dostałam telefon od Victora, że jego żona, Christine miała wypadek samochodowy i musi po nią pojechać. Miałyśmy jednak nie zmieniać planów. Dostałam instrukcje jak trafić do domu i gdzie schowany będzie klucz. Byłyśmy lekko skonsternowane całą sytuacją (może w takim momencie nie powinnyśmy zawracać głowy właściwie obcym ludziom?), ale szczerze mówiąc, nie miałyśmy nawet czasu na przemyślenie sprawy – trzeba było jechać.

Wysiadłyśmy z samochodu Sutirtha przy stacji metra Vienna na obrzeżach Waszyngtonu. Stamtąd bezpośrednio pojechałyśmy pomarańczową linią do centrum.  Po drodze spotkała nas tylko jedna mini przygoda – bramki nie chciały nas wypuścić na zewnątrz. Okazało się, że za mało zapłaciłyśmy za bilety – do jednorazowej karteczki przejazdowej dopłacić trzeba dodatkowego dolara. Na szczęście pan strażnik tylko wytłumaczył nam o co cho i wypuścił boczną bramką. Nasze zdziwienie całym zamieszaniem było szczere, nie mogłyśmy wyglądać na drobnych rzezimieszków, którzy specjalnie nie dopłacają. Po wyjściu z podziemi, naszym oczom ukazała się piękna okolica mieszkalna w południowo-wschodniej części DC.  Przy prostopadłych ulicach stały szeregowe domki o zadbanych gankach i ogródkach.

Bez problemów znalazłyśmy właściwy dom. Okazało się, że Christine nie musiała zostać w szpitalu i oboje z Victorem wrócili kilka chwil przed naszym przyjściem. Nasi gospodarze bardzo serdecznie nas powitali i umieścili w uroczym pokoju gościnnym, w którym stało podwójne łóżko i wielki materac (który nb sam się pompował po podłączeniu do kontaktu). Byli dla nas od pierwszych sekund niesamowicie serdeczni, od razu poczułyśmy, że jesteśmy u przyjaciół. Przy kolacji Christine opowiedziała co dokładnie się wydarzyło. Jechała do ośrodka jogi, oddalonego o 2 godziny drogi od DC (z resztą w stronę C-ville), kiedy nagle zajechał jej drogę samochód, skręcający w lewo na autostradzie (!). Nie miała czasu zareagować. Na szczęście uderzyła w jego przednie koło, samochody zaczęły się obracać i w ten spin weszła cała energia. Miała wiele szczęścia, nie odniosła większych obrażeń, chociaż cała była posiniaczona i obolała. Jej ukochany samochód prawdopodobnie jest do kasacji.

Po kolacji (pyszne tajskie jedzonko z dostawą do domu), entuzjastyczny jak zawsze Victor, zabrał nas na przejażdżkę po mieście, żeby pokazać nam Capitol Hill nocą. Monumentalne budynki są pięknie podświetlane, efekt rzeczywiście robi wrażenie! Podczas jazdy samochodem oraz spacerowania po stolicy, wreszcie poczułam klimat USA – rozmach, ogrom możliwości, doniosłe osiągnięcia, dumę narodową, piękno – cała mieszanka doznań i odczuć. Szczególnie hipnotyzujący wydał mi się Lincoln Memorial – gigantyczna świątynia prezydenta z bardzo dużym pomnikiem w środku. Całość prezentowała się niesamowicie, ale nie mogłam pozbyć się myśli, że to trochę zbyt wystawny pomnik dla tak skromnego człowieka. Największym rozczarowaniem był natomiast Washington Monument. Po trzęsieniu ziemi zostały na nim pęknięcia, które teraz są naprawiane, przez co obelisk otulony jest rusztowaniami. Całość podświetlona od wewnątrz prezentuje się wg mnie brzydko. Mieszkańcy miasta traktują to raczej jako taki inside joke (może trochę tak, jak my różowy PKiN?) i nawet chcieli, żeby tak zostało. Trzeba przyznać, że taki element przełamuje nieskazitelną i dostojną biel okolicy.

Niestety zdjęcia w ciemności wyszły słabe. A, właśnie, co do zdjęć – jest to mieszanka autorstwa Beaty, Victora i mojego. Mój aparat, do którego ciągle nie mam ładowarki, jakimś cudem cały czas działa! To istny fenomen.

Sobotę zaczęliśmy oczywiście od śniadania: kawy, tostów, jogurtów, i naszego ostatniego przeboju – kanapek z masłem orzechowym i wszystkimi owocami, jakie są pod ręką. Następnie ruszyliśmy na podbój miasta.

Pierwszym punktem programu był pobliski targ z ogromną liczbą wspaniałych straganów. Najpierw oczarowała nas sztuka, biżuteria i ubrania, w drugiej części świeżutkie jedzenie – zarówno zielenina, jak dorodne mięsiwa i kolorowe przetwory.

Kilka chwil później wysiedliśmy z metra pod budynkiem Air and Space Museum, należącego do całego kompleksu Smithsonian. Było fantastycznie! Eksponaty w przestronnej głównej sali stanowiły głównie statki kosmiczne (zaskakująco małe), kapsuły, w których przebywali ludzie (ciasne jak pralki!) i ogromne (szczególnie w porównaniu do maszyn załogowych) rakiety amerykańskie i sowieckie.  W bocznych korytarzach i salach znajdowały się ekspozycje tematyczne, które bardziej szczegółowo omawiały konkretne zagadnienia. Całość miała również bardzo wysokie walory estetyczne, prezentowała się zajmująco i przejrzyście, zawierała elementy interaktywne (ale bez niezdrowej przesady).

Następny punkt programu znajdował się nieopodal – Museum of the American Indian. [Może Was zaskoczyć nasze zainteresowanie muzeami, ale każdy by je zrozumiał, gdyby znalazł się w tym wilgotnym upale!] Victor sam pochodzi z Nowego Meksyku, jego matka należała do jednego z wielu tamtejszych plemion, dlatego do tego muzeum ma szczególny stosunek. 5 pięter wystawy o historii i kulturze Indian robi wrażenie! Zjedliśmy pyszny lunch złożony z adekwatnych do klimatu potraw, niezwykła sprawa.

Po drugim muzeum przyszedł czas na spacer w stronę Kapitolu. Po drodze weszliśmy jeszcze do ogrodu botanicznego, gdzie znajduje się ogromny kwiat, który wydziela bardzo nieprzyjemny zapach, kiedy się otworzy.

Kapitol jest ogromny, lśniąco biały. Gdyby nie męczący upał, spędzilibyśmy więcej czasu w otaczającym go parku. Nie mieliśmy zarezerwowanego z wyprzedzeniem zwiedzania, więc wpuszczono nas tylko do ogólnodostępnej strefy dla zwiedzających. Wnętrza są bardzo eleganckie, pięknie wykończone, dostojne. Wystawa o historii budowli oraz systemie politycznym USA wygląda bardzo ładnie i całkiem ciekawie się ogląda.

Specjalnym tunelem (klimatyzacja!) przejść można do Biblioteki Kongresu. Tak też zrobiłyśmy, już bez Victora, który pojechał z Christine do lekarza. Wnętrza biblioteki są wykończone z takim przepychem, że wyglądają prawie śmiesznie.

Pozostawione same sobie, postanowiłyśmy trochę połazić, poczuć klimat miasta, zgubić się… Jednak okazało się to zbyt przytłaczające, z powodu gorąca. Muzea pozamykały już ogromne wrota, nie było gdzie się schronić, więc przemknęłyśmy się (szukając kawałków cienia) do parku, gdzie w ekspresowym tempie zjadłyśmy topiące się na bieżąco lody (nie pozostało to bez wpływu na gardła 🙁 ). Potem postanowiłyśmy wrócić do domu (kilka stacji metrem), żeby trochę się odświeżyć i wyjść znowu wieczorem.

Skończyło się na długiej kolacji z burgerami i domowym guacamole, opowiadaniem historii rodzinnych Christine i Victora, oglądaniem domu, zdjęć, filmów i wielu innych rzeczy. Było bardzo śmiesznie i miło, czas leciał szybko i w końcu zmorzył nas sen.

W niedzielę, po śniadaniu, pojechaliśmy do Keniworth Park and Aquatic Gardens, gdzie Christine chciała obejrzeć kwitnące lotosy. Park okazał się niezmiernie malowniczy. Żadna z nas nie widziała jeszcze na żywo kwiatów lotosu. Christine, która jest wyznawczynią i nauczycielką jogi, wytłumaczyła nam symbolikę tej rośliny i w jaki sposób symbolizuje ludzkie życie.

Po odwiezieniu Christine, zaliczyliśmy jeszcze dwa obowiązkowe punkty zwiedzaniowe. Pierwszy był oczywiście Biały Dom. Nie robi on jakiegoś ogromnego wrażenia na żywo, szczególnie w porównaniu do innych gigantycznych budowli. Ale wiadomo, że to ‚must see’. O wiele bardziej podobała nam się dzielnica (kiedyś osobne miasteczko) Georgetown. To miejsce z niepowtarzalnym klimatem, pełne knajpek i sklepików (póki nie wiadomo, co z naszą wypłatą, zadowoliłyśmy się Second Time Around – ekskluzywnym second handem). Zjedliśmy pyszny lunch w restauracji Wietnamskiej i przeszliśmy się po ulicach, ogrodach i mostku nad kanałem.

W końcu przyszedł czas jazdy na dworzec i pożegnanie 🙁

Przez ten jeden weekend bardzo zżyłyśmy się z naszymi wspaniałymi gospodarzami. Spędziłyśmy wspaniały czas z nimi i ROSCOE, pięknym wyżłem weimarskim, wcieleniem słodyczy i jednocześnie charakteru. I tutaj ważne podziękowania!!!!!! Dla mojej siostry Pauliny! Jak słusznie stwierdził Victor – to wszystko dzięki opiece, jaką otoczyła Ch i V, kiedy przyjechali na festiwal filmowy Jewish Motifs do Warszawy. Wspaniała znajomość 🙂 Musisz koniecznie przyjechać do DC i Szarlotki!!

Dodaję ostatnią porcję zdjęć i kończę tę długaśną opowieść. Może na raty ktoś przeczyta ją sobie dzisiaj, mam nadzieję, że moja relacja sprawi Wam radość i przeniesie na chwilę do Capital City of the USA.

Całuję mocno!

K8

xx

Komentarze

comments

Follow

Get every new post on this blog delivered to your Inbox.

Join other followers: