Wino, żagle, delfiny i kąpiel w oceanie czyli jak dobrze wykorzystać ciepły październikowy weekend

Ostatni weekend był tak PIĘKNY i pełen wrażeń, że aż nie wiem jak to wszystko pogrupować i od czego zacząć. Będę się trzymać klasyki i opiszę zdarzenia chronologicznie 🙂

W piątek po pracy poszłyśmy po raz kolejny na degustację wina do wine shopu na Downtown.  Przyciąga nas tam klimat winnej piwniczki, który określiłabym jako europejski (nie wiem do końca dlaczego, ale jakoś mi się to ciśnie na usta). Może to przez obecność włoskiego, hiszpańskiego, francuskiego i niemieckiego płynnego bogactwa i cudownych serów? Zawsze wychodzimy stamtąd z pięknymi zakupami i robimy sobie w domu ucztę 🙂

Poza tymi wszystkimi podniebiennymi doznaniami, jest też po prostu bardzo miło przejść się po Downtown Mall, głównym deptaku Szarlotki. W restauracjach jest pełno ludzi, którzy wychodzą całymi rodzinami na kolację. To też mi się kojarzy z południową Europą – a może po prostu widzę to, czego szukam z powodu tęsknotek?

Plany na sobotę wyłoniły się trochę w ostatniej chwili, w ciekawych okolicznościach. Otóż pan Zygmunt poznał się na koncercie z panem Jackiem. Pan Jacek powiedział, że jeśli znajdzie się kilkoro studentów (max 4), mających ochotę na wyjazd za miasto, to chętnie zabierze ich ze sobą na łódkę na cały dzień. Tak się stało, że ta informacja wpadła w moje ręce. Więc bez większego zastanowienia pojechałyśmy – ja, Marta, Beata i Karolina.

Jakże dobra była ta spontaniczna decyzja! Było SUPER.

Z Jackiem i Markiem (dostałyśmy zakaz mówienia per pan 😉 ) spotkałyśmy się z samego rana. Wyruszyliśmy w stronę wybrzeża vanem, który ciągnął na przyczepie łódkę (widać na zdjęciu jak śmiesznie to wyglądało). Zatrzymaliśmy się tylko żeby zgarnąć kawę i subwaya na wynos i po jakichś 2h byliśmy na miejscu – nad Zatoką Chespeake. Ma ona powierzchnię około 11 600 km² – może ktoś sprawdzi jak to się ma do Bałtyku – i sąsiaduje z aż sześcioma stanami. Niezawodny virginijski krajobraz pozostał bez zmian, nawet przy samym wybrzeżu. Po prostu nagle z gęstego lasu wyłoniła się woda.

Zatrzymaliśmy się na specjalnym dużym parkingu i zajęliśmy się rozkładaniem sprzętu. W tyle osób poszło to całkiem sprawnie – wkrótce można było wjechać przyczepą do wody i odpiąć łódź. Najpierw przepłynęliśmy kawałek na silniku, żeby w dogodnym miejscu postawić żagle. Ile było uciechy z pływania przez cały dzień! Wiał lekki wiatr, co uniemożliwiało rozwijanie większych prędkości, ale za to nie trzeba było zbyt dużo energii poświęcać walce z żywiołem – pełen relaks. Słuchaliśmy muzyki, piliśmy piwko i łapaliśmy promienie słoneczne. Pogoda była wprost nieziemska! Październik nas zdecydowanie rozpieszcza – nie da się inaczej nazwać bezchmurnego nieba i temperatury 30°C.

Płynęliśmy tak sobie kilka ładnych godzin, zmieniając się przy sterach. Szczególnie w rolę kierowcy wczuła się Marta – zdecydowanie złapała żeglarskiego bakcyla 🙂 Wybuchem radości powitałyśmy stada delfinów, pływające całkiem niedaleko od nas. Tak się cieszę, że udało się je zobaczyć na żywo! Czułam się jak w filme, w którym „czytała Krystyna Czubówna”. W końcu dopłynęliśmy prawie do brzegu z latarnią morską, ale było za płytko, żeby podpływać, więc rzuciliśmy kotwicę i przyszedł czas na kąpiel. Woda idealnie nas ochłodziła (chociaż przy okazji zasoliła), super sprawa! Po południu, kiedy już wracaliśmy w stronę naszej przystani, wiało już trochę mocniej – większe wyzwanie dla dzielnych żeglarzy 😉

Do celu dopłynęliśmy już w całkowitej ciemności (tak, tak, zachód słońca też był grany). Posprzątaliśmy wyprodukowane podczas wycieczki śmieci, przypięliśmy łódkę do przyczepy i wciągnęliśmy na ląd. Przyszedł czas na najmniej wdzięczną część żeglugi – składanie łódki. Znowu przydały się każde ręce do pracy. Sprawnie uwinęliśmy się ze zwinięciem żagli, złożeniem masztu i zabezpieczeniem wszystkiego, co mogło się zahaczyć na autostradzie (liny, linki, lineczki). Po dniu pełnym wrażeń, słońca i świeżego powietrza, prawie całą drogę powrotną przespałyśmy snem uczciwym, mocnym i zdrowym. Sobota należała zdecydowanie do najbardziej udanych Szarlotkowych dni. Dziękujemy bardzo Jackowi i Markowi!

Zrobiłyśmy całą masę zdjęć! Miłego oglądania 🙂

Bardzo się cieszyłam na myśl o podzieleniu się z Wami tym dniem 🙂 Mam nadzieję, że udało mi się go dobrze zobrazować. W wyniku całego ogromu radości miałam cudowny sen w nocy z soboty na niedzielę. Jeździłam w nim na snowboardzie! To jest jedna z moich największych zajawek w ostatnim czasie i nie mogę się doczekać kiedy wreszcie znowu będę mogła pojechać na deskę. Miałam genialną namiastkę tej przyjemności, bo wszystko wyglądało tak realistycznie, czuję się teraz jakbym naprawdę jeździła, co za magia!

Szczególne ucałowania dzisiaj kieruję do mojej siostry Pauliny, która ma dzisiaj (u mnie jeszcze przez 13 minut!) urodziny. WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO!!!!!!!!! <3 <3 <3

Do wszystkich pozostałych również wysyłam serdeczności i uśmiechy.

K8i

PS. Jeszcze mały teaser. W niedzielę też była piękna pogoda i mam mnóstwo ładnych zdjęć z pewnego spaceru… Ale to już materiał na następny post. Fani jesieni na pewno się ucieszą 😉

Komentarze

comments

Follow

Get every new post on this blog delivered to your Inbox.

Join other followers: