Wyzwania i rozczarowania

[sobota]

Hej!

Wczoraj nastąpił w pewnym sensie przełom w moim życiu szarlotkowym. Skończyła się pewna era – Ramya wraz z końcem tego tygodnia, kończy pracę w Auble lab. Wszyscy bali się tego momentu, ponieważ jest to osoba wszechogarnięta, wszechwiedząca wręcz. Kilka razy dziennie ktoś z labu zadawał jej różne pytania, począwszy od tego, gdzie stoi dany odczynnik, skończywszy na proszeniu o porady dotyczące sposobu wykonania doświadczeń.

Dla mnie odejście Ramii to spora rewolucja. Przejmuję jej biurko, jej bench czyli blat do pracy, a przede wszystkim staję się samodzielną jednostką. Do tej pory miałam przez większość czasu nadzór, nie podejmowałam też decyzji o tym, w którą stronę mają dalej iść badania, jakie robić kolejne eksperymenty itp. Do wczoraj głównie chodziłam za Ramyą i próbowałam jak najwięcej zapamiętać z tego, co robimy. Byłam ewidentnie w roli uczennicy i w takim trybie pracował mój umysł.

Od poniedziałku czeka mnie nowe wyzwanie. Muszę samodzielnie zagłębić się w temat badań i zacząć narzucać tempo mojemu projektowi. Nie ukrywam, że stres jest. Mam nadzieję, że podołam wyzwaniu, zrozumiem problem, zobaczę bigger picture i osiągnę imponujące wyniki 😀 Na szczęście David zdaje sobie sprawę z tego, że zostałam rzucona na głęboką wodę… Mam nadzieję, że nie będzie wymagał ode mnie aż tak bardzo dużo na początku. W tym tygodniu nie będzie go wcale, więc będę miała czas na spokojne zaaranżowanie przestrzeni do pracy, przemyślenie kilku wątków i zrobienie paru doświadczeń sama.

[niedziela]

No to teraz coś przyjemniejszego niż pożegnania i wyzwania – weekend!

W piątek razem z Martą (Beata została zaproszona na kolację do swojej host family) udałyśmy się na imprezę urodzinową Pawła i Rafała. Było bardzo dużo ludzi, większość Polaków, ale nie tylko. Super się bawiłyśmy, dzięki chłopaki! :)) Poza tym, kilka osób, które poznałam, kojarzyły mnie już z bloga! Jak fajnie 🙂

W związku z tym, że balowałyśmy do rana, sobotni poranek nie należał do najlżejszych. Ale w końcu udało się zebrać mi i Beacie (Marcie nie:P), stwierdziłyśmy, że pójdziemy na zakupy, bo nie mamy już zupełnie w czym chodzić (regularnie ubywa nam ciuchów z powodu ułomności pralek, które robią dziury w koszulkach i od czasu do czasu zostawiają rdzawe plamy).

Pomysł niczego sobie. Wybrałyśmy się w związku z tym na Fashion Square, zdeterminowane i trochę podekscytowane. Przed wyjazdem wszyscy znajomi mówili nam, że w USA są takie tanie ubrania, żeby w ogóle ze sobą żadnych nie brać, bo kupimy na miejscu fajniejsze i tańsze. Nasze oczekiwania były więc spore.

Rzeczywistość niestety była okrutna. Long story short – przez pół dnia (ze 4 godziny na pewno), łaziłyśmy po centrum handlowym, po sklepach, w których było MILION ciuchów, setki wieszaków i stołów obłożonych rzeczami. Niestety wszystko było po prostu szpetne, od kolorów począwszy, na materiałach skończywszy. W końcu, po paru godzinach, trafiłyśmy na małe stoisko z ubraniami z Mango – radość, europejskie ciuchy! I to w dodatku bardzo tanie (pewnie Amerykanom nie pasują, więc je wyprzedają). Kupiłyśmy sobie trochę bluzek, Beata jeszcze fajną koszulę z Levisa, mi się trafiły kobaltowe spodnie w GAPie. No i kupiłam wreszcie porządny sprzęt do Skypa (trochę przepłaciłam, ale jest jakość! Można dzwonić 🙂 ). Wnioski są smutne, trzeba szukać jakichś innych miejsc do kupowania ubrań, no i korzystać z okazji, jak będziemy w DC lub NYC.

Dzisiaj zapowiada się ciekawy dzień. Zapraszamy naszych amerykańskich znajomych na polską kolację 🙂 Cieszymy się, że robimy w końcu coś dla nich – każda z tych osób nam już bardzo pomogła w którymś momencie , chcemy się jakoś odwdzięczyć.

Mam nadzieję, że dobrze nam pójdzie z gotowaniem, ja sama się nie czuję pewnie jeśli chodzi o lepienie pierogów 😛 no ale cóż, może uda nam się nadrobić miną w razie niepowodzenia (odpukać!).

Postaram się zrobić jakieś fajne zdjęcia i wrzucić w poniedziałek.

Całuski!

K8

Komentarze

comments

Follow

Get every new post on this blog delivered to your Inbox.

Join other followers: